Reklama

Wczoraj srebro, dziś brąz. Ennaoui i Kiełbasińska z medalami HME

Sebastian Warzecha

Autor:Sebastian Warzecha

04 marca 2023, 20:23 • 6 min czytania 1 komentarz

Wczoraj Adrianna Sułek i Ewa Swoboda zdobyły dla Polski medale na halowych mistrzostwach Europy. Dziś dorzuciły się Sofia Ennaoui i Anna Kiełbasińska. Jedyna różnica jest taka, że po srebrnym dublecie przyszedł brązowy. Mało zresztą brakowało, by zrobiło się z tego tryplet medali – o jedną tysięczną(!) sekundy podium w biegu na 60 metrów przegrał Dominik Kopeć. 

Wczoraj srebro, dziś brąz. Ennaoui i Kiełbasińska z medalami HME

Holandia, a za nią Ania

Nadzieje na dziś pokładaliśmy w duecie Sofia Ennaoui i Anna Kiełbasińska. Obie miały pobiec po brąz, a może nawet i srebrne medale. Bo złota raczej były rozdane jeszcze przed startami ich konkurencji. Na 1500 metrów pewniaczką wydawała się Laura Muir. Na 400 metrów z kolei fenomenalna Femke Bol, która w tym sezonie zdążyła już pobić halowy rekord świata. Dodajmy, że rekord, który utrzymywał się od… 41 lat i należał do Jarmili Kratochvilovej. Trudno było przypuszczać, by jakakolwiek zawodniczka miała z nią dziś wygrać.

I faktycznie, Femke wyprzedziła wszystkie rywalki, triumfując spokojnie, z czasem 49.85. To jej trzeci w karierze bieg poniżej 50 sekund, co samo w sobie jest wynikiem fenomenalnym. I takim, który po prostu musiał przynieść złoto. Za jej plecami z kolei do mety dobiegła Lieke Klaver (50.57), która tym samym uzyskała czas lepszy od… życiówki Ani Kiełbasińskiej (51.10). Sami rozumiecie – trudno było z tą dwójką rywalizować.

Zresztą skoro o życiówce mowa – to Polce zabrakło do niej ledwie 15 setnych sekundy. Pobiegła 51.25 s (najlepszy wynik w tym sezonie) i zdobyła drugi w karierze indywidualny brąz mistrzostw Europy. Tyle tylko, że tym samym uzupełniła kolekcję – bo ten poprzedni to mistrzostwa w Monachium, z zeszłego sezonu, odbywające się na stadionie. Wtedy lepsze od Kiełbasińskiej okazały się Natalia Kaczmarek i oczywiście bezkonkurencyjna Femke Bol. Dziś do Bol dołączyła jej rodaczka, a obie to… koleżanki Ani z grupy treningowej.

Reklama

Cóż, wyszło, że to najmocniejsza grupa w Europie.

– Mówiłam na początku sezonu, że brakuje mi tego medalu. Dziś mogę go odhaczyć. Z dziewczynami biegającymi na takim poziomie, i to z dziewczynami, z którymi trenuję na co dzień, smakuje to zupełnie inaczej. Daje satysfakcję, że zrobiłyśmy to razem. Czy mogłam powalczyć o srebro? Może gdybym miała wyższy tor, to miałabym łatwiej. Rozpoczęłam szybko, w drugie okrążenie weszłam tuż za Lieke [na hali po jednym kółku zawodniczki zbiegają do środka – przyp. red.]. Gdybym miała handicap w postaci lepszego toru, może udałoby mi się zejść na pozycję bezpośrednio za Femke. Wtedy trudno byłoby mnie wyprzedzić – mówiła Ania przed kamerą TVP Sport.

Dodawała również, że musiała wystartować mocno, bo na trzecim torze, który jej się dostał, po prostu nie było innego wyjścia. I nie odpuszczała do samego końca, bo czuła, że napierają na nie inne rywalki. Cel, jaki miała, udało się jednak zrealizować. Zdobyła medal. A przy okazji – pod nieobecność większości koleżanek ze sztafety – obroniła honor polskich czterystu metrów.

I to musi nas cieszyć.

Sofia coś sobie udowodniła

Przede wszystkim Sofia Ennaoui zgarnęła medal. Oprócz tego, co też istotne: poprawiła życiówkę. Czas 4.04:06 przybliżył ją zresztą znacznie do rekordu Polski Lidii Chojeckiej. Ale dla niej najważniejsze było to, że wiele rzeczy sobie tym startem, i wywalczonym na hali medalem, udowodniła.

Reklama

Jestem chyba najszczęśliwsza w tej hali. Nie ukrywajmy, dwa tygodnie temu nie wszystko wyglądało tak, jak to sobie zaplanowaliśmy z trenerem. Bardzo się cieszę, że udało się osiągnąć i sprawdzić to, co chcieliśmy. Dołożyłam jeszcze jeden medal do swojej okazałej kolekcji, ale z drugiej strony wielkie cele dopiero przede mną. Mam przed sobą starty na mistrzostwach świata czy igrzyskach olimpijskich. Jak testować swoje przygotowania, to właśnie na takich imprezach jak ta – mówiła.

Jej taktyka na ten bieg była prosta: trzymać się z przodu, żeby nie przegapić momentu, gdy ze swoim atakiem ruszy – a że to zrobi, było oczywiste – Laura Muir. Brytyjka może nie była w najlepszej dyspozycji, ale i tak pozostawała wielką faworytką, jak zawsze od kilku lat w biegach w europejskiej stawce. I faktycznie, w końcu wysforowała się do przodu, za nią pobiegła prowadząca długo bieg Claudia Mihaela Bobocea, a do tego dołączyła się jeszcze Esther Guerrero.

Sofia poradziła sobie z ostatnią z nich. Dwóch pozostałych już nie dała rady wyprzedzić. Ale to i tak był dobry bieg, taktycznie zupełnie inny od tego, który zaprezentowała na mistrzostwach Europy na stadionie (gdzie też była trzecia). Wówczas czekała w głębi stawki, nie wyczuła dobrze momentu na przesunięcie się, została nieco przyblokowana, a potem zabrakło jej dystansu, by złapać rywalki. Teraz rozegrała to wszystko na swoich warunkach.

– Stwierdziłam, że skoro dobrze się czuję i po wczoraj dobrze poszła regeneracja… to czemu nie zaryzykować? Nie biegłam jako pierwsza, to był ekonomiczny bieg przy bandzie, bez przepychanek. To było to, co chciałam tu zrobić. Nie udało się oczywiście ruszyć za Laurą, ale jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa. Ada [Sułek] zapytała mnie wczoraj, czy Laura jest do pokonania. Myślę, że tak jak Thiam jest do pokonania dla niej, tak Laura dla mnie – stwierdziła Ennaoui.

Dla niej to już trzeci medal halowych mistrzostw Europy, stąd można zrozumieć, że bardziej niż nim, cieszyła się tym, że nowe dla niej przygotowania dały efekt. Do tej pory była brązowa w 2017 i srebrna w 2019 roku. Teraz dołożyła do kolekcji kolejny brąz. Kiedy tylko biega (w 2021 nie startowała na HME), sięga po medale. Podobnie ma Laura Muir. Z tą różnicą, że ona przy tych trzech okazjach kończyła złota.

Ale skoro Sofia mówi, że da się ją pokonać, to najpewniej tak jest. Może Polka udowodni to na przykład na mistrzostwach świata na otwartym stadionie?

Najmniejsza możliwa różnica

Mało brakowało, a trzecim bohaterem medalowym Polski zostałby dziś Dominik Kopeć. Mało dosłownie. Od medalu w biegu na 60 metrów Polaka dzieliła… jedna TYSIĘCZNA sekundy. W przeliczeniu na odległość to może centymetr. O tyle przegrał na finiszu z Henrikiem Larssonem ze Szwecji, który pobił zresztą rekord swojego kraju z czasem 6.53. W tabelach dokładnie taki sam rezultat zostanie zapisany i Polakowi. I to świetny bieg, na nasze warunki wręcz doskonały.

Złożyła się na niego znakomita reakcja startowa, najlepsza w całej stawce. A potem okazało się, że i na dystansie Dominik wcale nie traci. Owszem, odskoczyli reszcie Samuele Ceccarelli (wygrał z czasem 6.48) i Marcell Jacobs, ale Kopeć wyprzedził wielu renomowanych rywali i zanotował drugi w historii Polski rezultat na tym dystansie. Szybciej biegał tylko Marian Woronin. Dwójka zresztą jakoś się tu Polaka trzyma, bo to dopiero drugi raz w dziejach, gdy wynik 6.53 nie dał medalu na halowych mistrzostwach Europy.

https://twitter.com/Track_Gazette/status/1632081552325615616

Cóż, miał Dominik wielkiego pecha i pewnie będzie to przez jakiś czas rozpamiętywać. Ale taki start i tak powinien dać mu wielkiego kopa na przyszłość.

Szkoda tego podium. Po cichu liczyłem, że jest szansa na medal. W okolicy rekordu Polski się zakręcę, myślałem, że będę w stanie to pobiec. Widziałem trochę kątem oka i wiedziałem, że jestem z przodu. Nie wiem, czemu nie rzuciłem się na metę. Jestem troszeczkę zły na siebie. Zabrakło naprawdę niewiele. Mam nadzieję, że sezon letni też będzie dobry. Chciałbym zakręcić się w okolicach rekordu Polski na sto metrów. Czas w okolicach 10.10 czy 10.05 s – to już by fajnie brzmiało – mówił.

Pozostaje mu życzyć, by faktycznie zbliżył się do rekordu kraju Woronina (10.00 s), bo na hali już to zrobił (zabrakło dwóch setnych sekundy). A te 10.10 s, o którym mówił, to jak na europejskie warunki bieganie już naprawdę solidne. Na ubiegłorocznych mistrzostwach Europy na stadionie dałoby brązowy medal. Świata Dominik raczej nie dogoni, ale kolegów ze Starego Kontynentu już może i tak. Dziś pokazał, że ma na to potencjał.

Fot. Newspix

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Inne sporty

Igrzyska

Baumgart-Witan: Jesteśmy wybitnymi jednostkami, które mają twarde charaktery [WYWIAD]

Szymon Szczepanik
3
Baumgart-Witan: Jesteśmy wybitnymi jednostkami, które mają twarde charaktery [WYWIAD]

Komentarze

1 komentarz

Loading...