Reklama

Kupisz: Mówienie o turyście z Polski czasami wkurzało, ale znów wybrałbym Włochy

Szymon Janczyk

Autor:Szymon Janczyk

19 stycznia 2023, 11:30 • 17 min czytania 51 komentarzy

Latem Tomasz Kupisz wrócił do Polski po latach wojaży po Italii. Niewiele zabrakło, żeby znalazł się w TOP 10 obcokrajowców pod względem liczby występów w Serie B. Do piłkarskiej emerytury też wiele nie brakowało. Czy nadal myśli po włosku i czym „zaraził się” w Italii? Wspomnienia i przemyślenia skrzydłowego, który po kontuzji chce coś udowodnić w Ekstraklasie.

Kupisz: Mówienie o turyście z Polski czasami wkurzało, ale znów wybrałbym Włochy

Da się w Białymstoku zacząć dzień od rogala z espresso czy zmieniłeś nawyki?

Zostałem przy polskich śniadaniach, na słono, jakaś jajecznica. Raczej nie praktykowałem śniadań na słodko.

Ale jakieś włoskie przyzwyczajenia ci zostały?

Dieta śródziemnomorska. W ciągu tygodnia mam dietę „triste”, czyli smutną. 80 gramów makaronu po treningu. Po obiedzie 100 gramów bresaoli albo prosciutto San Daniele. Indyk, kurczak.

Reklama

Rzucasz tymi konkretami tak, że zapowiada się, że po karierze zostaniesz dietetykiem.

Jest to jakiś pomysł, ale aż tak bym się na to nie zapatrywał.

A jeśli chodzi o kwestie życiowe, to jakieś przyzwyczajenia pozostały?

Głównie żywieniowo, bo chłopaki się śmieją, że jak zjem śniadanie, to piję espresso, jak obiad to piję espresso, a jak kolację to też piję espresso. Każdy był zdziwiony, jak kończyliśmy jeść w restauracji po 22, a ja zamawiałem espresso. Na pewno też to, że jem o regularnych porach, bo we Włoszech restauracje były zamykane po 14.30 czy 15 i to chyba tyle.

Łukasz Skorupski mówił, że po tylu latach w Italii poczuł się jak Włoch i nie chce wracać do Polski. Nie miałeś takich myśli?

Myślałem, że już nie wrócę do kraju i zakończę karierę we Włoszech. Wydawało mi się, że ludzie w Polsce o mnie zapomnieli. Wyszło jednak tak, że udało się dogadać z Pordenone, Jagiellonia była chętna i ciekawie się to potoczyło, bo chcę się zmierzyć z Ekstraklasą po latach. To interesujące wyzwanie.

Reklama

Jak wygląda dzień na zgrupowaniu? Odwiedzamy Widzew Łódź

Z drugiej strony zaraz stuknęłaby ci dekada gry na południu Europy, to też kusząca wizja.

Zabrakło mi półtora roku do emerytury piłkarskiej we Włoszech, więc na pewno tego szkoda. Ale no nic — nie chciałem schodzić z poziomu Serie B. Uważałem się za zawodnika z tego poziomu rozgrywkowego, zaliczyłem tam ponad 200 występów. Nie było konkretnych ofert z drugiej ligi, a do Serie C schodzić nie chciałem, dlatego wróciłem. Gdyby zależało to tylko ode mnie, to chciałbym tam zostać.

Czujesz się trochę legendą tych rozgrywek?

Legendą? (śmiech)

Duże słowo, ale jesteś bardzo blisko TOP 10 jeśli chodzi o liczbę występów na tym poziomie wśród obcokrajowców.

Nawet nie wiedziałem, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Na pewno jest to jakieś osiągnięcie i nie wstydzę się tego. Jestem z tego dumny.

Brakowało ci czegoś w Serie B pod względem osiągnięć piłkarskich?

Nie przychodzi mi nic niesamowitego do głowy. Nie miałem sposobności, żeby grać w topowym zespole w Serie B, od początku musiałem tam walczyć o swoje. Wydaje mi się, że ten awans, który osiągnąłem z Salernitaną, był dla mnie zbawienny. Często myślałem o tym, że słabo byłoby zakończyć tę przygodę bez takiego osiągnięcia.

Ale pewnie zabolało, że nawet po awansie, do którego mocno się przyczyniłeś, zabrakło dla ciebie miejsca w kadrze na Serie A.

Zabolało jak cholera, ale czasami człowiek nie ma wpływu na różne rzeczy. Kiedyś wspominałem w „Kanale Sportowym”, że na tym poziomie zawodnicy mają mało do powiedzenia. Więcej zależy od klubów i menadżerów, więc niestety tak to się potoczyło. Bezpośrednio po awansie, tydzień po nim, dostałem informację, że kontrakt będzie przedłużony. Półtora miesiąca później, po wakacjach, poszło to w zupełnie inną stronę.

Gdyby to był sezon taki, jak w pandemii, mogliby nie zdążyć się rozmyślić, bo już byście grali.

Dobrze mówisz, szkoda!

Patrząc na to teraz, po powrocie do Polski, ten jeden występ w Serie A w Chievo Werona cieszy?

Myślę, że zagrałem, bo przez rok zdawałem sobie sprawę, w jakim jestem położeniu. Przyszedłem do zespołu, który grał 4-4-2, potem zmienił się trener i przeszliśmy na 3-5-2. Nie zawsze jeździłem na mecze, raz byłem na ławce, raz na trybunach, była niesamowicie duża rywalizacja, której nie było w Polsce. Nie oznacza to, że nie byłem na nią gotowy, po prostu byli lepsi ode mnie zawodnicy. Trener Corini na koniec zachował się bardzo fajnie, bo wynagrodził mi to, że przez ten rok się nie obrażałem, dawałem z siebie wszystko na treningach. W małym stopniu podziękował mi za tę postawę, tak to widzę.

Przy okazji trafił się fajny rywal, Inter.

To był pożegnalny mecz Javiera Zanettiego.

Wymieniłeś się koszulką?

Za szybko gdzieś uciekł! Bezpośrednio po meczu pobiegł pod trybunę ultrasów i tyle go widziałem. Szkoda, że taki zawodnik kończył na wyjeździe w Weronie, a nie na Stadio Giuseppe Meazza.

Zgodziłbyś się z tezą, że Serie B to jedna z bardziej nieprzewidywalnych lig?

Nieprzewidywalnych raczej nie. Faworyci, którzy na początku każdego sezonu są windowani, przeważnie robią awans.

Ja odnoszę wrażenie, że tam często zmienia się to tak, że gdy ktoś nie robi awansu, to sezon później może się znaleźć na drugim biegunie.

To tak, bo niestety te zespoły nie są budowane na lata, tylko na konkretny cel. Albo żeby nie spaść, albo żeby awansować. Nie ma wielkiej budowy, jest wielu zawodników zrzucanych z Serie A, wielu młodych, którzy muszą się ogrywać. To jest taki miks: ci, którzy dają jakość i tych, którzy czekają, żeby się wypromować. Młodsi zawodnicy, którzy w dłuższej perspektywie mogą coś dać drużynie, albo których można sprzedać, podpisują dłuższe kontrakty.

Mówiłeś o rynku menedżerskim we Włoszech. Z polskim agentem ciężej byłoby się utrzymać w tej lidze?

Na pewno. Na tym rynku rządzą przede wszystkim włoscy agenci. Nasi w tym uczestniczą, ale nie w takim stopniu.

Śledziłeś wariactwa calciomercato?

Bardziej interesowało to moją żonę niż mnie, nie byłem w to tak bardzo wkręcony, nie sprawdzałem, kto odchodzi, kto przychodzi. Włosi nie żyją twitterem, więc żona sprawdzała „Tuttomercatoweb”. Po latach po prostu zdałem sobie sprawę, jak to funkcjonuje, jak dużo jest transferów między klubami i tyle. Jest dużo plotek, jak jeden czy drugi menadżer chcą wrzucić jakieś nazwisko, to podają nieprawdziwą informację, żeby coś się urodziło. Klasycznie.

Denerwowały cię te ciągłe przeprowadzki, miałeś moment, w którym pomyślałeś sobie – ile można?

Bardziej denerwowało to moją żonę i jej się nie dziwię. Ja podchodziłem do tego tak, że tam, gdzie mnie chcą, tam idę i gram. Gdyby mnie to denerwowało, to pewnie bym tego nie robił. Zabolała mnie tylko ta Salernitana, bo gdybym zagrał tam siedem meczów, to bym to zrozumiał, ale miałem duży wpływ na ten awans na boisku.

Miałeś miejsce, w którym fajnie się grało, ale do życia nie za bardzo?

Problem z Włochami jest taki, że gdzie nie grasz, tam jest fantastyczny region! (śmiech) W poprzednim wywiadzie mówiłem, że Werona jest takim miastem, w którym mógłbym mieszkać na co dzień, ale jest mnóstwo innych fantastycznych regionów, jak np. Kampania, gdzie jest Salerno. Apulia, Sycylia, Toskania — czy grasz w Serie A, czy w Serie B, to wszystkie zespoły są w takich miastach, że pięknie tam żyć.

Lata mijają, Tomasz Kupisz mknie przez Italię

Pod względem codziennego życia odczułeś różnicę między południem a północą?

Na południu jest dużo więcej słońca, a ludzie są bardziej uśmiechnięci. Na północy mamy do czynienia z ludźmi, którzy pracują bardziej systematycznie. Jeśli poprosisz o coś kogoś z północy, to postara się to zrobić w kilka dni, na południu może to potrwać trochę dłużej. Specyficznie jest też pod względem jedzenia: na południu je się trochę tłuściej, ale z drugiej strony jest sporo ryb, więc można też trzymać dietę. No i język, wiadomo. Dialekt jest inny, na górze twardszy, na dole miękki. Nie ma co się dziwić, to jest 1200 kilometrów — tyle jechałem autostradą z Pordenone do Reggio di Calabria.

Trapani to najbardziej egzotyczne miejsce, w którym żyłeś? Końcówka kontynentalnych Włoch.

Śmiałem się, że dalej już tylko Maroko! Bardzo przyjemna miejscowość, ale bardziej mieszkałem w Macari obok San Vito Lo Capo, mieliśmy tam wynajęty dom. Na wakacje polecam każdemu, top. Wtedy był COVID, ale żyło nam się super, do tego grałem wszystkie mecze.

A zwiedzałeś w ogóle Włochy czy nie było na to czasu?

W Serie B w trakcie sezonu treningi są na tyle ciężkie i intensywne, że nie ma czasu na zwiedzanie czegokolwiek. Skupiałem się na pracy. Czasami w Serie B nie było nawet przerwy na reprezentację, ale jeżeli już były jakieś dni wolne, to jechaliśmy gdzieś, żeby coś zobaczyć. Czasu na zwiedzanie nie ma, ale samo życie jest piękne.

Środowisko piłkarskie we Włoszech jest trochę przaśne?

Tak myślisz?

Czasami tak mi się wydaje. Może patrzę na to przez szalone historie, które do nas docierają, przez częste zmiany trenerów i rozpędzoną karuzelę.

Wszystko jest do dyspozycji piłkarza, na tip-top. Byłem w wielu klubach i zawsze zawodnik był stawiany na pierwszym miejscu, miał wszystko, czego się zapragnie. Jeśli chodzi o trenerów — taka specyfika kraju. W Serie B też cały czas jest transfer na transferze. Aczkolwiek ja byłem w tylu klubach i tylko w Pordenone miałem sytuację, gdzie w parę miesięcy przerobiliśmy paru trenerów.

Polacy odzywali się, żeby „nagrać” im jakiś klub?

Ktoś tam pisał, ale bardziej piłkarze z niższych lig pytali, czy warto iść do Serie D i spróbować się przebić wyżej. Absolutnie odradzałem, bo profesjonalny futbol zaczyna się od Serie C. Ciężko się przebić z Serie D, Damian Rasak wygrał Primaverę z Chievo Werona, poszedł do czwartej ligi, trochę pograł i wrócił do Polski, co mu wyszło na dobre.

Ty sam w Serie C grałeś tylko przez chwilę, ale to był chyba dobry wybór? Nawet ostatnio furorę zrobiło to, ile osób przyszło na ich mecz.

Zdecydowałem się tam przejść, bo to był duży projekt. Ściągnęli wielu zawodników z Napoli, awans udało się jednak zrobić po trzech latach. Z mojej perspektywy nie był to dobry wybór. Tam był jeden koncept, trener został zwolniony chyba po pięciu kolejkach i przyszedł inny, u którego nie grałem w Ascoli. Powtórzyła się klasyczna historia: czego bym nie zrobił, trener mnie nie widział. Z Serie C poszedłem do Trapani, ligę wyżej i grałem wszystkie mecze. Byli w specyficznej sytuacji, walczyli o utrzymanie, ale zdobyliśmy 30 punktów w rundzie i nasza średnia dawałaby nam wtedy miejsce w play-offs. Ale spóźnili się z płatnościami dwa dni, odjęto im dwa punkty, spadli i ostatecznie upadli. Potem ten sam trener, u którego byłem w Trapani, wziął mnie do Salerno.

Zdarzało się, że finansowo coś się nie spinało?

We Włoszech są takie reguły, że co dwa miesiące pieniądze muszą być na koncie i tak jest. W Trapani to się nie spinało, ale miałem świadomość tego, co się tam działo, dlatego miałem specjalną umowę z Bari, gdzie wszystko pokrywał mi ten klub i nie musiałem się martwić o finanse. Miałem też problemy w Cesenie, ale po czterech latach odzyskałem prawie wszystko, bo powstał fundusz dla piłkarzy.

Czyli we Włoszech kontrakty i życie piłkarzy jest bardziej zabezpieczone niż w Polsce?

Nie ma porównania. To są proste reguły, których nie da się przeskoczyć.

Zanim zaczęła się moda na Serie B, uważałeś, że ciężko jest przystosować się do gry w tej lidze, wyjeżdżając z Polski?

Ja w ogóle uważałem, że to głupi pomysł, ale to był po prostu brak świadomości. Jak Thiago Cionek odchodził z Jagiellonii Białystok do Padovy to myślałem: Boże, gdzie on idzie? A potem życie cię weryfikuje i też jesteś w tej Serie B. Są takie fazy w życiu, w karierze, jak kiedyś pisał Krzysztof Stanowski – jesteś młody, dają ci grać, przechodzisz do momentu, że albo odpalisz, albo odpalą ciebie i jeżeli nie jesteś na tyle mocny, że odpalasz, to cię nie ma.

W którym momencie we Włoszech poczułeś, że taktycznie jesteś już świadomy i w pełni rozumiesz to, jak oni podchodzą do piłki?

Od początku zauważałem, jaki jestem ograniczony. Nawet w ostatnich latach uczyłem się czegoś innego, trener Roberto Stellone w Regginie też uczył mnie nowych rzeczy. Nie jest tak, że jestem obcykany i teraz przyjechał wielki taktyk. Ciągle są jakieś ciekawe rzeczy, nie pozjadałem wszystkich rozumów. Kiedyś, chyba cztery lata temu, mówiłem w wywiadzie, że gdy wyjeżdżałem z Polski, grałem tylko w systemie 4-2-3-1. To o czym ja mogłem wiedzieć, skoro funkcjonowałem tylko w jednym systemie? Potem przychodziło 4-3-3, 5-2-3, 3-4-3, 4-1-2-1-2 z trequartistą, 4-3-1-2 i były różne zachowania i wymagania. Trener może wymagać grać w piłkę, a może wymagać w nią nie grać i zbierać drugie piłki.

Czym się przedstawiało twoje ograniczenie?

Nie jesteś świadomy tego, jakie są ruchy na boisku, jak zawodnicy poruszają się w danym systemie. Nie wyobrażałem sobie gry w rombie, nie miałem świadomości, jak grają zespoły w takim ustawieniu. W Polsce nie miałem możliwości tego poznać, załapać. Od kiedy byłem mały, grałem w 4-4-2 i to tyle.

Ale byłeś też w Wigan.

Potwierdziło się tam to samo, co w Polsce. Jak tylko wylądowałem i podpisałem kontrakt, to trener tłumaczył mi rzeczy związane z taktyką 4-4-2. Mówiłem mu, że w tym systemie rozumiem wszystko, bo miałem to w Polsce — i tak było. Dopiero gdy po trzech latach przyjechał Roberto Martinez to miał jakieś inne uwagi, ale cały czas było to 4-2-3-1, więc innowacje były — np. wymienność pozycji i gra w trójkątach — jednak system pozostawał ten sam.

Widziałeś, jak włoska piłka szła do przodu?

Nie wiem, czy można to zobaczyć w seniorskiej piłce. Na pewno w latach 90. był boom na stadiony, powstały ośrodki, ale gdy przyjechałem do Włoch, one wszystkie były już stare. Przez te dziewięć lat zobaczyłem, że zaczęło się to zmieniać, zaczęto budować lepsze bazy, nowocześniejsze. Gdy przyszedłem, była moda na grę w systemie 3-5-2, teraz, dwa-trzy lata temu, wróciła moda na granie z trequartistą. Najważniejsze jest to, że we Włoszech nie ma możliwości na grę inną niż trójką środkowych pomocników, to dość specyficzne.

Po porażce z Macedonią Północną w eliminacjach mistrzostw świata Giovanni Costantino mówił mi, że włoska piłka stanęła w miejscu. To było rok po EURO 2020.

Typowe dla Włochów popadanie ze skrajności w skrajność.

Hayk Hovakimyan: Mój tata był ambasadorem Armenii w Polsce, to mój drugi dom

Ale mówił np., że nie ma pomysły na rozwój młodzieży i Włosi na tym tracą.

Nie znam się na tym, nie widziałem tego, więc nie chcę mówić farmazonów, ale powiem tyle, że miałem na siebie taki pomysł, że gdybym na kolejne 2-3 lata został we Włoszech, to chciałbym zacząć wchodzić w świat trenerki. Najzwyczajniej w świecie mnie to ciekawi, a kiedyś mnie nie ciekawiło, więc te lata spędzone tam coś mi dały. Możliwe, że będę chciał z tego skorzystać w przyszłości.

Kiedy zaszła ta zmiana?

Miałem 26 lat, wcześniej praktycznie nie oglądałem piłki nożnej. Wtedy zacząłem oglądać w weekend wszystko, co mogłem. Przeważnie mecze w Serie B były w sobotę, w niedzielę była Serie A. Zacząłem zupełnie inaczej patrzeć na piłkę, nie jak na spektakl, ale pod względem taktycznym: kto i jak się porusza, jak wygląda, jak funkcjonują zespoły i jaki to ma wpływ na pojedynczych zawodników.

Spotkałeś słabego włoskiego trenera?

Miałem trenerów, którzy chcieli wymieniać jak najwięcej podań, miałem też takich, którzy kazali bronić tylko i wyłącznie patrząc się prosto na piłkę, broniąc strefą. Miałem też takich, którzy kazali nam kryć tylko indywidualnie. Mogłem zobaczyć dwie strony medalu. Zrobiliśmy awans z Salerno z trenerem Fabrizio Castorim, który słynie z tego, że jego drużyny w ogóle nie grają w piłkę. Mieliśmy bardzo małe posiadanie piłki, a zdało to taki egzamin, że wywalczyliśmy awans. To samo zresztą zrobił z Carpi, w innych zespołach też zaliczał awanse, np. z Serie D do Serie C czy z Serie C do Serie B. Miałem trenera Vincenzo Viviariniego, u którego wygrałem, a który teraz robi rekord punktów w Serie C — może pobić wynik Ternany.

A myślisz, że włoski trener odnalazłby się w Polsce, w naszych warunkach do pracy?

Gdyby zapewniło się odpowiednie warunki finansowe… Trener musiałby być dużo bardziej elastyczny, bo we Włoszech klimat pozwala na grę w piłkę przez 10 miesięcy, tutaj tego nie ma. Przerwa między sezonami w Polsce jest krótka, a moim zdaniem musiałby poświęcić półtora miesiąca na to, żeby wytłumaczyć drużynie, co chce grać. Słyszałem historie o tym, że Włosi szli do np. Słowenii i to nie wychodziło. Z drugiej strony mega eksperci pracują w Realu Madryt, Chelsea, Tottenhamie i odnoszą sukcesy. Tutaj jest trochę inaczej, jest inne środowisko. W Anglii jest tyle pieniędzy, że jak ci się jeden zawodnik nie podoba, to bierzesz drugiego, w Polsce trzeba uczyć pewnych zachowań. To musiałby być dłuższy proces.

W Ekstraklasie coś cię zszokowało?

Plusem jest to, że rozwijają się bazy szkoleniowe, są też bardzo ciekawe transfery z innych lig. W Jagiellonii są Jesus Imaz, Marc Gual i Nene. Mają bardzo duże umiejętności. Gdybym był młodym napastnikiem, patrzyłbym tylko na to, jak Gual gra ciałem, jak potrafi zastawić piłkę. Myślę, że chłopaki nie mają świadomości, że mają takie możliwości. Gdy ja przyjeżdżałem do Białegostoku za pierwszym razem, warunki nie były idealne. Teraz warunki są bardzo dobre, zawodnicy są jakościowi — nie chcę powiedzieć, że kiedyś ich nie było, ale to coś innego.

Od ciebie też mogą coś podpatrzeć?

Czemu nie? Pod względem tego, jak się prowadzę, jak gram — jak najbardziej.

Pytam trochę w kontekście tego, jakie sam sobie stawiałeś cele wracając do Polski, bo pewnie byli tacy, którzy myśleli, że po latach gry na dobrym poziomie we Włoszech, pozamiatasz Ekstraklasę.

Zależy na jakiej pozycji grasz, jakie są oczekiwania. Ja przyszedłem i po 10 dniach niestety złapałem dość poważną kontuzję, nie miałem szansy, żeby się pokazać. Zobaczymy w najbliższym czasie.

Jagiellonia zaryzykowała, dając ci dłuższy kontrakt?

W Polsce jest tak, że jak zawodnik ma 30 lat, to jest skończony. Pytałeś, co mnie zszokowało — właśnie to.

Często zdarza się tak, że powroty do ligi są na siłę, dla odcinania kuponów.

Dla mnie w dalszym ciągu jest to wyzwanie. Coś, o czym myślałem będąc we Włoszech, żeby zmierzyć się z Ekstraklasą i zobaczyć, jak się zmieniła. Kiedyś byli starzy zawodnicy, ja byłem młodszy… Chciałem poczuć na własnej skórze, czy będę takim wujkiem, który mówi „kiedyś to się grało”.

Myślisz o tym, co będziesz robił po karierze? Wspominałeś o tym, że ciągnie cię do trenerki.

Tak, ale na sto procent skupiam się na tym, co się dzieje tu i teraz. Nie muszę wszystkiego zdradzać. Taktyka to moja pasja, ciekawi mnie to, lubię o tym rozmawiać. Piłka nożna to moja pasja od dziesiątego roku życia, gdy zacząłem trenować w Radomiaku. Ciężko byłoby to wyrzucić do kosza.

Myślałem, że wspomnisz coś o menedżerce, bo poznałeś pewnie tyle osób, że kilka nazwisk otworzyłoby ci furtki.

Na ten moment nie widzę siebie w tej roli.

Skoro wspomniałeś o Radomiu — dzwonili kiedyś? Jesteś zawodnikiem z tego miasta, a praktycznie nie miałeś z nim styczności grając w piłkę.

Jakieś kontakty były, ale bez konkretów. Bardzo szybko wyjechałem z Radomia, po kilku miesiącach w Radomiaku trafiłem do Juniora, potem przeniosłem się do Piaseczna. Chodziłem na mecze przy ul. Struga 63, gdy Radomiak robił awans z trzeciej do drugiej ligi. Grał tam wtedy Konrad Gołoś. Potem byłem już w Piasecznie.

Pozostał w tobie jakiś lokalny patriotyzm?

Śledziłem to wszystko, ale zawsze byłem osobą, która ceniła jednostki, a niekoniecznie kluby. Zawsze mnie interesowało w jakiej lidze gra Radomiak, jak sobie radzi i tyle.

Kwestia tych jednostek jest ciekawa. Do kogo się przywiązałeś?

Od szóstego roku życia tata bombardował mnie koszulkami Roberto Baggio. W Milanie, Interze, Brescii i tak dalej. Prezent był cały czas ten sam. Kiedy sam byłeś już świadomy, największe wrażenie robili na mnie ci, którzy robili najlepsze sztuczki. Ronaldo, Ronaldinho, Cristiano Ronaldo. To trafiało do dzieciaka.

Baggio, czyli Włochy, czyli było ci to pisane. Ale nawet jego przerosłeś w tej podróży po Włoszech.

Na pewno!

Denerwowało cię czasami, że najwięcej mówiło się o twoich „podróżach”, a nie o grze?

Wiadomo, że tak, czasami. „Turysta z Polski” – to musiało denerwować, ale skupiałem się na robocie. Takie życie, nie każdy robi idealną karierę.

Jakbyś drugi raz miał ją powtórzyć, to wolałbyś drugie Giro d’Italia czy bardziej egzotyczną podróż po świecie?

Wybrałbym Włochy. Jestem zadowolony z tego, co osiągnąłem.

WIĘCEJ O ZGRUPOWANIU W TURCJI:

fot. Newspix

Nie wszystko w futbolu da się wytłumaczyć liczbami, ale spróbować zawsze można. Żeby lepiej zrozumieć boisko zagląda do zaawansowanych danych i szuka ciekawostek za kulisami. Śledzi ruchy transferowe w Polsce, a dobrych historii szuka na całym świecie - od koła podbiegunowego przez Barcelonę aż po Rijad. Od lat śledzi piłkę nożną we Włoszech z nadzieją, że wyprodukuje następcę Andrei Pirlo, oraz zaplecze polskiej Ekstraklasy (tu żadnych nadziei nie odnotowano). Kibic nowoczesnej myśli szkoleniowej i wszystkiego, co popycha nasz futbol w stronę lepszych czasów. Naoczny świadek wszystkich największych sportowych sukcesów w Radomiu (obydwu). W wolnych chwilach odgrywa rolę drzew numer jeden w B Klasie.

Rozwiń

Najnowsze

Anglia

Awans z perspektywy drona. Po 12 latach Portsmouth znowu zagra w Championship

Szymon Piórek
0
Awans z perspektywy drona. Po 12 latach Portsmouth znowu zagra w Championship
Ekstraklasa

Kibice Radomiaka przywitali piłkarzy po przegranych derbach. „Mamy dość”

Szymon Janczyk
12
Kibice Radomiaka przywitali piłkarzy po przegranych derbach. „Mamy dość”
1 liga

Comeback Wisły Kraków! Z 0:2 na 3:2 ze Zniczem Pruszków

Bartosz Lodko
9
Comeback Wisły Kraków! Z 0:2 na 3:2 ze Zniczem Pruszków

Ekstraklasa

Anglia

Awans z perspektywy drona. Po 12 latach Portsmouth znowu zagra w Championship

Szymon Piórek
0
Awans z perspektywy drona. Po 12 latach Portsmouth znowu zagra w Championship
Ekstraklasa

Kibice Radomiaka przywitali piłkarzy po przegranych derbach. „Mamy dość”

Szymon Janczyk
12
Kibice Radomiaka przywitali piłkarzy po przegranych derbach. „Mamy dość”
1 liga

Comeback Wisły Kraków! Z 0:2 na 3:2 ze Zniczem Pruszków

Bartosz Lodko
9
Comeback Wisły Kraków! Z 0:2 na 3:2 ze Zniczem Pruszków

Komentarze

51 komentarzy

Loading...