Reklama

„Właściciel klubu postawił warunek: kara za każdego straconego gola!”

Kamil Warzocha

Autor:Kamil Warzocha

09 stycznia 2023, 13:55 • 18 min czytania 12 komentarzy

Jakub Szumski jest obecnie jednym z sześciu Polaków, którzy grają w Turcji. W styczniu 2021 roku przeniósł się z Rakowa do Erzurumsporu, ale teraz prezentuje już inne barwy. Spotkaliśmy się z nim na miejscu, żeby porozmawiać m.in. o nowym klubie, szalonych tureckich realiach, gorszym traktowaniu Turków niż obcokrajowców, różnicy między polską a tamtejszą krytyką, radzeniu sobie ze stresem, straconych latach w Polsce, niedoszłym transferze powrotnym, swojej przyszłości, tęsknocie za bliskimi i Marku Papszunie jako selekcjonerze. Zapraszamy.

„Właściciel klubu postawił warunek: kara za każdego straconego gola!”

Wchodzę do jednego z hotelu w Belek, gdzie czeka już na mnie uśmiechnięty dwumetrowiec. Witając się, klepnął mnie w ramię tak, że poczułem się jak Frodo przy Gandalfie. Wcześniej nie mieliśmy okazji się poznać, dlatego tym bardziej zrobiła na mnie wrażenie otwartość Kuby. Ciekawy, inteligentny, skromny gość. Na tyle, że mogłem wybaczyć mu jedno: poprosił o brak formy wideo. Przytargany sprzęt musi zatem poczekać na inną okazję…

Ale – jak na godzinę rozmowy – wyszło naprawdę dobrze, dla Kuby na pewno lepiej, bo zdradzę (wybacz, Kuba), że na jednym pytaniu poważnie się zaciął! A mówiąc już zupełnie poważnie, zapraszam. Turcja, wywiad pierwszy.

***

Dlaczego Samsunspor? Tabela drugiej ligi tureckiej pokazuje, że to był dobry wybór, ale ciekawią mnie powody twojej decyzji.

Reklama

Nie tylko tabela. Na pewno zmieniłem klub na lepszy i widzę to w kilku aspektach. Samsunspor to przede wszystkim miejsce z fajną historią. Kiedyś mieli tutaj problemy finansowe i musieli długo odbudowywać swoją dawną pozycję. Mimo trudnych czasów, kibicowskie grono zostało, a muszę przyznać, że jest bardzo duże. Da się odczuć, że w tym mieście jest moda na piłkę. Do tego, jak na Turcję, to dobrze poukładany klub. Chciałem oczywiście grać w Super Lidze, ale życie potoczyło się inaczej. Nie przyszedłem za darmo, trzeba było za mnie zapłacić. Wizja klubu mnie przekonała, jest ambitna. W letnim okienku wszystko wymieniłem na lepsze.

Czyli zarobki też.

Zgadza się, ale to absolutnie nie było najważniejsze.

Widziałem na twoim Instagramie zdjęcia z kibicami ze stadionu. Rzeczywiście, to może robić niezłe wrażenie.

Pamiętam, jak Artur Sobiech przechodził do Karagumruk. Wstawiliście artykuł ze zdjęciem stadionu tego klubu, lekko mówiąc, niezbyt imponującym, ale nie był on już wtedy używany. Mam wrażenie, że w Polsce dalej patrzy się na drugą ligę turecką przez ten pryzmat. Myśli się, że gramy w górach między kozami, ale tak nie jest. Tak samo jak wiele klubów z zaplecza Ekstraklasy poszło do przodu pod względem infrastrukturalnym i organizacyjnym, tak samo również dzieje się na zapleczu Super Lig. Wymieniłbym tylko kilka stadionów, które odstają poziomem i nie sprawiają takiej przyjemności w czasie grania. Nie chcę mówić o wyjazdach do Niepołomic, co było ostatnie popularne, ale wiadomo, o co chodzi.

Ale kozy widziałeś.

Reklama

Oczywiście! Nawet na drodze dało się spotkać. Najważniejsze jednak, że nie wokół stadionów.

W Samsunsporze grają: Anglik, Portugalczyk, Francuz, Brazylijczyk i Iworyjczyk, Moryke Fofana, który pewnie nie jest bratem tego Fofany…

Szczerze mówiąc, nawet nie pytałem.

Ci zawodnicy spoza Turcji rzucają się jakoś w oczy na boisku lub poza nim?

Na pewno mają dużą jakość, co wpisuje się w ogólny obraz piłki tureckiej. Obnaża ją jednak brak odpowiedniej organizacji, co widać po europejskich pucharach. Mimo wielokrotnie większych budżetów od rywali z Europy, Turcy nie dają rady. Co do piłkarzy z mojego klubu i ogółem zaplecza, dostaję zapytania z Polski, czy bym kogoś nie polecił. Tylko że u nas panuje złe wyobrażenie o tych rozgrywkach. Polskie kluby myślą, że jak ktoś się tutaj wyróżnia, to można dać mu większy kontrakt i ściągnąć do siebie. Często jest na odwrót: to finanse stoją na przeszkodzie. Najlepsi piłkarze w drugiej lidze dużo zarabiają, ba, nawet więcej niż wielu w Super Lig. Ktoś ich zwyczajnie przepłaca, żeby zostali na niższym szczeblu.

Brazylijczyk z twojej drużyny, Douglas Tanque, to ciekawy przypadek wpisujący się w ten motyw. W CV: Japonia, Meksyk, Tajlandia, Portugalia, Zjednoczone Emiraty Arabskie, a teraz Turcja.

Tak, brazylijski Łukasz Gikiewicz.

Obcokrajowcy zawsze mają lepiej?

Wydaje mi się, że jest tak na całym świecie, w Polsce też. Ale to idzie w parze z dużo większymi wymaganiami, a przynajmniej coś takiego widziałem do tej pory. W Turcji napastnik z zagranicy, który nie ma bardzo dobrych liczb, jest określany słabym zawodnikiem. Bramkarz natomiast może grać dobrze, ale wpuści kilka bramek i też nagle staje się gorszy. Przed jednym meczem, przed odprawą, mieliśmy taką sytuację, że właściciel klubu przyszedł do szatni.  Powiedział do mnie, że od tej pory za każdą wpuszczoną bramkę będę miał tysiąc euro kary. Tamto spotkanie wygraliśmy do zera, ale w następnym już nie miałem czystego konta. Może to było powiedziane pół-żartem, pół-serio. Taką mam nadzieję! Na tej samej odprawie nasz napastnik usłyszał „Masz tylko sześć bramek? Masz mieć 16! Płacę ci więcej, oczekuję więcej!”. A więc jesteśmy traktowani lepiej, ale mamy na sobie zdecydowanie większą presję ze strony klubu.

To też wpływa na naszą pozycję na tle tureckich piłkarzy, choć staramy się tę różnicę zacierać. Choćby w Erzurumsporze mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której obcokrajowcy byli lepiej chronieni przez prawo, jeśli chodzi o brak płatności. W pierwszym roku do końca tego nie rozumiałem, że my możemy wysłać pismo do FIFA i właściwie od razu dostać należne pieniądze, a Turek za bardzo nie może, bo to zostanie źle odebrane na tle kulturowym. Mieliśmy jednak obcokrajowca kapitana, który bronił wszystkich. Mówił, że jeśli tureccy piłkarze nie dostaną wypłaty, nikt nie wyjdzie na trening.

Miałem jeszcze jedną ciekawą sytuację w szatni w Erzurumsporze. Graliśmy playoffy o awans do Super Ligi. W pierwszej połowie meczu u siebie jeden rywal uderzył na moją bramkę z bardzo daleka, trochę jak Stanković Neuerowi. Byłem ustawiony wysoko, ale dałem radę to wybronić. Myślę, że to była jedna z najlepszych interwencji w moim życiu. Była bardzo trudna, musiałem się cofać i wyskoczyć. Przy okazji uszkodziłem sobie coś w plecach i w przerwie byłem u fizjoterapeuty. Do szatni zszedł… prezydent miasta. Spytał: „Gdzie jest ten bramkarz!? Jak wróci, powiedzcie mu, że ma stać w bramce, a nie z niej wychodzić!”. To była osoba, od której zależał los klubu. I to dużo mówi o zrozumieniu piłki w Turcji.

Takie sytuacje w szatni, moim zdaniem, trzeba nazywać patologią.

W Turcji całkiem często zdarzają się patologiczne sytuacje, owszem. Na szczęście generalnie udaje mi się ich unikać, bo nie wybieram miejsc podejrzanych. Robię research i zmniejszam ryzyko błędu, dlatego o dziwnych przypadkach słyszę głównie od tutejszych kolegów. W samej drugiej lidze mamy kilka klubów, które grały w Super Lig, a teraz mają zablokowane okienka transferowe z powodu niespłaconych długów. To takie 50/50: albo pieniądze spadną z nieba i znów przepłacimy wszystkich, żeby wrócić do elity, albo nie i klub będzie chylił się ku upadkowi. Wszystko stawia się na jedną kartę.

Wszystko zamyka się w kwestii złej organizacji, o której wspomniałeś.

Tak, choć to też się zmienia. Wcześniej turecki klub mógł ogłosić upadłość, zmienić jedną literkę w nazwie i zaczynać nowy sezon od ligi niżej. Teraz nie jest już tak łatwo, trudniej wygrzebywać się z kryzysów. Nie wiem, czy wcześniej zdarzały się takie sytuacje, ale turecka federacja zaczęła odejmować punkty za problemy finansowe. Jeśli klub spłaci dług do końca, odzyskuje punkty z powrotem. A zatem tureckie uniwersum, szczególnie 90% klubów Super Lig, powoli zmierza w stronę normalności.

Duża jest różnica między opakowaniem pierwszej a drugiej klasy rozgrywkowej?

Jest, bo naszą ligę pokazuje inna telewizja. Niestety to przekłada się na jakość pracy VAR-u. Sędziowie mają do dyspozycji mniejszą liczbę kamer. Z jednej strony nie radzą sobie przez własne kompetencje, a z drugiej nie pomaga im deficyt technologiczny.

Sędziowie gorsi niż w Polsce?

Zdecydowanie. Polscy arbitrzy to trochę inna półka i nie sądzę, że to obraźliwa opinia. Zresztą, tutaj wciąż żyją „dramy sędziowskie”. W Polsce przez długie lata wygrzebywaliśmy się z afer korupcyjnych, to się udało, natomiast w Turcji ten proceder dalej ma miejsce. Zdarza się, że kibice szukają spisków, pojawiają się różne podteksty, które nie pomagają temu środowisku w budowaniu lepszej opinii. W Polsce czegoś takiego nie ma, choć słyszałem, że coś miało dziać się w trzeciej lidze.

Tak, ale chyba wszyscy zdążyli już o tym temacie zapomnieć. Gdybyśmy rozmawiali o trzeciej lidze w Turcji, zapewne musielibyśmy użyć stwierdzenia „kozy przy boisku”, nie „fixowanie meczów”.

Może, może! Ale, słuchaj, przecież dopiero co mówiło się o materacach na drzewach przy stadionie w Niepołomicach.

Co do materaców… W Erzurumsporze przyszedłeś na salę modlitw, myśląc, że to pokój, w którym możesz się porozciągać. Potem miałeś podobne wpadki?

Nie, nie. Czuję się tutaj jak swój, umiem nawet mówić trochę po turecku.

Nic w Turcji już cię nie zaskoczy?

Jestem gotowy na wszystko.

W takim razie jak widzisz siebie w najbliższej przyszłości? W Turcji się zadomowiłeś, a ofert z różnych klubów zapewne nie będzie brakować.

Powiem ci szczerze, że aż tak się nad tym nie zastanawiam. To dość płynna kwestia. Co okienko pojawia się jakiś temat, więc dziś w głowie mogę mieć jedno, a za rok czy dwa coś zupełnie innego. Na pewno mam świadomość, że w Turcji wyrobiłem sobie jakąś markę, co jest ważne także w kontekście innych rynków. Transfer z Polski do drugiej ligi tureckiej na nikim nie robi wrażenia, łatwiej też wybić się stąd piłkarzom ofensywnym. Dlatego myślę, że kluczowe w 2023 roku będzie dla mnie to, czy awansujemy do Super Lig. Mamy na to duże szanse, teraz zajmujemy drugie miejsce. Uważam wręcz, że mamy najlepszy zespół.

Pozostanie w drugiej lidze trochę zamknie mi opcje na lepsze zachodnie ligi, ale nie będę w ślepym zaułku. To jeszcze nie ten moment, kiedy ja muszę szukać czegoś na siłę, mimo że mam 30 lat i świadomość, że to nie jest czas, żeby realizować wielkie marzenia. Na to już trochę za późno, lat gry wiele nie zostało, aczkolwiek muszę przyznać, że bardzo dobrze się czuję. W Turcji nauczyłem się innej piłki i stałem się lepszym bramkarzem.

Szczerze mówiąc, zawsze są sygnały z Polski. Odnoszę wrażenie, że mimo tej dostępności statystyk, mimo obecności InStata, ludzie czasami po prostu mówią „O, tam jest przecież jeszcze Szumski” i pytają, jak wysoki mam kontrakt oraz czy bym do nich nie przyszedł. Fajnie, że komuś się przypomni, ale przecież można sprawdzić po kilku kliknięciach, jak sobie radzę. Moim zdaniem, odkąd jestem w Turcji, gram na naprawdę solidnym poziomie. I właśnie to powinno mieć największe znaczenie przy dyskusji o moim ewentualnym powrocie, a nie to, jak wyglądałem dwa lata temu na boiskach Ekstraklasy.

Tęsknota za bliskimi może okazać się ważnym czynnikiem przy ewentualnej decyzji o powrocie do Polski. Jesteś tu sam, w pewnym sensie pojechałeś już na prawie dwuletni obóz.

Obóz? Trochę tak jest, nawet mimo faktu, że Maja do mnie przyjeżdża, kiedy tylko może. Ja tak samo, kiedy mam dni wolne. A czynnik tęsknoty jest tak naprawdę najważniejszy, bo właśnie on tworzy myśli o powrocie. Jeśli chodzi o resztę rzeczy, mam tutaj wszystko, czego potrzebuję. Mam mocną pozycję, dobrze sobie radzę, jest przyjemność z grania. Lepsza pogoda, więcej uśmiechu. Odnajduję się tutaj. Nawet jeśli pojawia się hejt, mało co z niego do mnie dociera.

Jak jest z tym hejtem?

Myślę, że hejt w Polsce też aż tak do obcokrajowców nie dociera. Oni nie śledzą polskiego Twittera, nie oglądają programów, nie śledzą komentarzy pod postami. W Turcji też jest „love hate” na linii kibice-piłkarz i to nawet dużo bardziej niż w Polsce.

W Polsce byłeś odporny na hejt? Masz Twittera, więc musiałeś coś na swój temat zobaczyć i to zapewne nie raz.

Twitter do podglądania! Od lat mam jedną zasadę: kiedy wiem, że w meczu narobiłem coś złego, po prostu nie czytam nic. Odpalam internet dopiero wtedy, gdy temat wygaśnie. Zupełnie inaczej jest po dobrym spotkaniu. Wtedy czytam wszystko. Wielu piłkarzy mówi, że takie komentarze ich nie ruszają, jednak nie wszyscy mówią prawdę. Myślę, że prawie każdy czuje ukłucie, gdy widzi wiele negatywnych opinii. Sam po sobie zauważyłem, że czytanie hejtu ciągnęło mnie w dół, mimo że już wcześniej byłem zły albo smutny. Potęgowałem złe uczucie, co z logicznego punktu widzenia nie miało przecież żadnego sensu.

Pochwalne słowa trudniej wychodzą ludziom z ust.

To prawda. Jeszcze doprecyzuję: nie miałem tak, że przez hejt chowałem się w domu i płakałem. Czułem jednak, że trzeba coś z tym zrobić. Szybciej zapominać o błędach, a nie podtrzymywać pamięć o nich w taki sposób.

Jak tureccy piłkarze reagują na krytykę? Oni mają inną perspektywę niż ty, do tego kibice w Turcji są bardziej ekspresyjni.

Krytyka ma dla Turków ogromne znaczenie. Jestem pewien, że czytają o sobie wszystko, bo często od opinii kibiców zależy ich przyszłość. Kluby dość mocno sugerują się takimi rzeczami z obawy przed zaciśnięciem pętli na własnej szyi. Nie chcą ściągać na siebie fali krytyki, z czego niestety biorą się sztuczne zachowania. Także wśród zawodników, którzy robią coś wbrew sobie, np. wysyłają nieszczere buziaczki czy podziękowania do kibiców. W rzeczywistości to zazwyczaj gra interesów, która ma im pomóc. W Polsce z takiego piłkarza byłaby zaraz niezła szyderka w szatni, no i media zrobiłyby swoje. U nas jest lepszy feeling w rozczytywaniu tego, co naturalne, a co nie. W Turcji zaś, chyba ze względów kulturowych, często robi się coś, co w danej sytuacji wypada zrobić. Mniejsza o to, jakie intencje się za tym kryją.

Kim byłbyś, gdyby nie piłka nożna?

Uprawiałbym inny sport! Czasami o tym myślę. Zawsze miałem łatwość w uczeniu się innych dyscyplin, a nawet był w moim życiu taki moment, kiedy zastanawiałem się, czy iść w tenis, czy piłkę nożną. Dobrze odnajdywałem się jeszcze w piłce ręcznej, ale oczywiście niczego nie żałuję.

Z tenisa czerpałeś większą radość?

Tak, chociaż dzisiaj trudniej mi o tym mówić. Pytanie, na ile pasją jest dla mnie codzienny trening, robienie tej swojej orki do meczu, a na ile pasją nazwę mecz z dużą adrenaliną we krwi już przy pełnych trybunach. I musiałbym to jeszcze porównać do tenisa, który uprawiam rekreacyjnie. Sprawia mi dużo frajdy, owszem, ale nic z rekreacyjnych rzeczy nie ma podjazdu do emocji związanych z rywalizacją na murawie i kibicami.

Masz tak, że w rekreacyjnych dyscyplinach zawsze musisz wygrywać?

Lubię wygrywać, ale nie za wszelką cenę. Wolę oddać komuś punkt, niż się kłócić.

Jak się ciebie słucha i czyta twoje wywiady, można odnieść wrażenie, że daleko ci do jakiegoś lanserstwa czy arogancji. Wiem, że to gdybanie, ale pogdybajmy – ta normalność w dobrym tego słowa znaczeniu ci pomogła czy może większa buta pozwoliłaby ci osiągnąć więcej?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że się nad tym nie zastanawiałem. Widziałem piłkarzy, którzy poprzez swoje wyważone podejście za bardzo przejmowali się różnymi rzeczami. I może arogancja pomogłaby im pójść do przodu, bez zważania na bodźce zewnętrzne. Pewność siebie jest potrzebna, ale zapewne odpowiedź leży gdzieś pośrodku i jest zindywidualizowana. Ja staram się żyć tak, żeby móc spojrzeć w lustro z zadowoleniem, a później spać spokojnie, nie zawodzić bliskich. A jak to wpływa na boisko? Cóż, na pewno miałem takie momenty, kiedy za bardzo stresowałem się tym, co dzieje się na boisku. Zauważyłem nawet taką zależność, że kiedy coś mi dolegało, kiedy wychodziłem na mecz z jakimś niedoleczonym urazem, zawsze grałem najlepsze mecze. Łapałem się za mięsień, głowa była zajęta czymś innym. Wyłapałem to zachowanie organizmu, dlatego dziś lepiej kontroluję emocje. Mam z tym już większe doświadczenie, co przekłada się na występy.

Co do balansu między skromnością a arogancją, myślę, że takie rzeczy mają największe znaczenie w młodszym wieku. Później stery przejmuje doświadczenie, dzięki któremu dobrze wiesz, kim jesteś. Możesz być sobą, zarządzać atutami i deficytami. Pod tym kątem ostatnie lata dały mi bardzo wiele. Do 25. roku życia…

Straciłeś czas?

Do pewnego stopnia. Trochę taki wieczny Adaś Miauczyński. Ciągle drugi czy trzeci w Legii, niby byłem blisko, ale nie. Kolejne lata uciekały i w wieku dwudziestu kilku lat tak naprawdę miałem doświadczenie 19-latka. Natomiast w ostatnich czterech latach złapałem przyśpieszony kurs boiskowego doświadczenia. Zdrowie mi dopisuje, odpukać. Mogę czuć się jak pełnoprawny, 30-letni, doświadczony bramkarz. To najlepszy okres dla mnie, jeśli chodzi o fizyczność, a czuję, że tak będzie jeszcze przez kilka lat.

Wyświechtane powiedzenie, ale często wiek to tylko liczba.

Z tym kojarzy mi się jedna sytuacja z letniego okienka transferowego. Zanim trafiłem do Samsunsporu, otrzymałem propozycję z Polski, która dawałaby mi stabilizację na dłużej. Mógłbym już nawet myśleć o tym, co po piłce, już na dobre zostając w kraju. Ale był jeden haczyk: miałem dość jasno postawione, że szanse na grę byłyby nikłe. Z tego względu przestałem brać tę ofertę pod uwagę, nie patrzyłem na finanse i długość kontraktu. Po 26. roku życia zacząłem grać regularnie i tak przyzwyczaiłem się do meczów co tydzień, że byłoby mi bardzo trudno to zostawić. Nawet mimo tęsknoty i stabilizacji finansowej. Później okazało się, że inny bramkarz zdecydował się na taki układ.

Pomimo straconych lat czujesz, że później zacząłeś dobrze prowadzić swoją karierę, reagować właściwie na zmiany? Równie dobrze mogłeś być rezerwowym i swoje zarabiać, ale porzuciłeś tę „wygodę”.

Zacząłbym od tego, że nie nazwałbym tych lat straconymi. Kształtowałem się jako człowiek i piłkarz. Później było mi łatwiej, bo miałem obycie z różnymi regułami piłki seniorskiej. Nie wiem, co by było, gdybym dostał szansę w Legii np. w wieku 18 lat. Wcześniej podejmowałem nie najlepsze wybory, ale rzeczywiście w pewnym momencie wskoczyłem na dobrą ścieżkę. Pierwszą najważniejszą decyzją było pójście do Rakowa, wtedy jeszcze pierwszoligowego, a więc nie można powiedzieć o no-brainerze. Nie było pewności, że się uda, natomiast czułem, że klub mocno mnie chciał, a to jest najistotniejsze. W Rakowie dostałem szansę po dłuższym czasie, ale warto było czekać. Tam otworzyły się dla mnie nowe drzwi, zacząłem też inaczej pracować.

Do tego doszło chyba wejście na inny poziom mentalny. Zacząłeś skupiać się na sobie, a nie rzeczach wokół. Mniej było narzekania.

Tak, choć myślę, że to przyszło z wiekiem. Nadal zdarza mi się ponarzekać, ale najgorzej było w młodym wieku. Moja postawa często była bardzo roszczeniowa…

Na co potrafiłeś narzekać?

Dam ci przykład: wczoraj graliśmy sparing, ale ja się leczę, żeby na pierwszy mecz ligowy po przerwie być gotowy. W klubie mamy takiego 17-letniego bramkarza, trzeciego w hierarchii. Bardzo liczył na występ i kupił sobie nowe rękawice specjalnie na tę okazję. Ale nie dostał nawet 30 minut. Potem siedzi wkur*ony na kolacji i mówi, że dzwoni do swojego trenera, że odchodzi gdzie indziej na wypożyczenie. A ja mu mówię, uspokajam, że reagowałem tak samo w jego wieku.

Trener Magiera zawsze się ze mnie śmieje, lubi wspominać, co ja w Legii potrafiłem mu nagadać. „Mam 19 lat, a nie gram, nie mam już czasu, ten i tamten mnie nie lubi!”. Paradoksalnie teraz czuję, że czasu jest więcej. Nic mi nie ucieka. Myślę nawet „Okej, mam 30 lat, więc zostało mi jeszcze jakieś 7 lat”. Dbam o ciało, mam dobre predyspozycje fizyczne, nie tyję, z czym po 30-stce ma problem wielu zawodników, a co wpływa na pojawianie się kontuzji. Nie zastanawiałem się nad tym, że zaraz koniec. Przeciwnie do czasów młodości. Doszła cierpliwość, bez której w piłce i ogólnie życiu nie da się za wiele osiągnąć.

Na koniec: co nie podoba ci się w Marku Papszunie?

Zostawił na deser… Zastanawiałem się, kiedy pojawi się ten temat, ale nie podoba mi się konstrukcja pytania.

Chciałem cię trochę podpuścić, pół-żartem, pół-serio. Tak, ma zawartą tezę…

Która może wynikać ze złego odbioru słów, jakie wypowiedziałem o trenerze w „Foot Trucku”. Nie było fajne to, że moje pojedyncze zdania były wyciągane z kontekstu. Myślę, że z 80% rzeczy ująłem w pozytywnym kontekście. Przekaz miał być taki, że trener jest wizjonerem, że w polskiej piłce to wybitna jednostka, co dla nikogo chyba nie powinno być żadną sensacją. Ale rozumiem, że wątpliwości co do mojej opinii pojawiły się wtedy, gdy zacząłem długo zastanawiać się nad pytaniem o ponowną współpracę. Myślałem wtedy o tym, czy chciałbym trenować z trenerem Papszunem tutaj, w Turcji, gdzie podejście do piłki jest trochę luźniejsze. Widzę po sobie, że lepiej gram, kiedy mam większy luz. I po prostu nie wiem, czy powrót do systemu pracy z Rakowa teraz wyszedłby mi na lepsze. Nie miałem nic złego na myśli i nie chciałem być też źle odebrany, w stylu „Szumski chciałby tylko kilka treningów w tygodniu, mecz i na plażę”. A zatem, odnosząc się do twojego pytania, nie odpowiem na nie, bo jest tendencyjne!

Potrafiłbyś wyobrazić sobie Marka Papszuna jako selekcjonera?

Myślałem nad tym ostatnio. Tak, ale trener mógłby potrzebować dużo czasu, żeby wdrożyć swoją filozofię w kadrze. Z drugiej strony, paradoksalnie mogłoby być wręcz odwrotnie: piłkarze w reprezentacji są przecież lepsi, bardziej inteligentni piłkarsko, grają w najlepszych ligach w Europie. Mogliby załapać system gry proponowany przez trenera Papszuna szybciej i z tego względu uważam, że to mogłoby się udać. Trener nie potrzebowałby tylu lat, ilu potrzebował w Rakowie, żeby wznieść ciągle zmieniający się zespół na najwyższy poziom. Pytanie, na ile trener potrafiłby zmieścić się czasowo z przekazywaniem swojej koncepcji na krótkich zgrupowaniach. W jego wizji 11 trybików musi funkcjonować ze sobą idealnie. Do tego trzeba bardzo wielu godzin. W przeciwnym razie – to przestaje funkcjonować w ogóle. Jeszcze z innej strony, teraz jest idealny okres na budowę czegoś nowego. Mamy czas i łatwiejsze eliminacje.

Kluczowe słowo: czas. Mówiłeś, że Turcja stara się gonić Europę pod względem organizacji czy planowania przyszłości, ale takie kraje jak Polska ostatnio dają fory w tym wiecznym wyścigu. Mówię oczywiście o zmianach selekcjonerów.

Na pewno Turcja nie zbliża się do dobrej średniej, jeśli chodzi o zwalnianie trenerów klubowych. Dzieje się to wszystko zdecydowanie za szybko, przez prawie dwa lata miałem tutaj już siedmiu szkoleniowców. To istna karuzela i jeden z największych problemów tureckiej piłki.

W takim razie życzę ci, żebyś jako zawodnik nie spadł z tej karuzeli.

Dziękuję. Jak zejść, to spokojnie, z własnej woli.

WIĘCEJ MATERIAŁÓW WESZŁO Z TURCJI 2023:

W Weszło od początku 2021 roku. Filolog z licencjatem i magister dziennikarstwa z rocznika 98’. Niespełniony piłkarz i kibic FC Barcelony, który wzorował się na Lionelu Messim. Gracz komputerowy (Fifa i Counter Strike on the top) oraz stały bywalec na siłowni. W przyszłości napisze książkę fabularną i nakręci film krótkometrażowy. Lubi podróżować i znajdować nowe zajawki, na przykład: teatr komedii, gra na gitarze, planszówki. W pracy najbardziej stawia na wywiady, felietony i historie, które wychodzą poza ramy weekendowej piłkarskiej łupanki. Ogląda przede wszystkim Ekstraklasę, a że mieszka we Wrocławiu (choć pochodzi z Chojnowa), najbliżej mu do dolnośląskiego futbolu. Regularnie pojawia się przed kamerami w programach “Liga Minus” i "Weszlopolscy".

Rozwiń

Najnowsze

Niemcy

Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Antoni Figlewicz
2
Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Piłka nożna

Niemcy

Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Antoni Figlewicz
2
Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Komentarze

12 komentarzy

Loading...