Mamrot z patentem na Legię. Jedyna nadzieja Arki w Warszawie?

Szymon Janczyk

10 czerwca 2020, 10:05 • 5 min czytania

Reklama
Mamrot z patentem na Legię. Jedyna nadzieja Arki w Warszawie?

– Chętnie zobaczę, ile Arka przyjmie na Łazienkowskiej. To może być duża rzecz. Liczyć zacznę od czwóreczki – zapowiadał w „Lidze Minus” Wojciech Kowalczyk. W zasadzie byśmy z tym nie dyskutowali, bo przecież Legia jest murowanym faworytem, a Arka zbyt wielu powodów do optymizmu nie daje. Ale jeden powód znajdziemy. To Ireneusz Mamrot i jego patent na mecze ze stołecznym klubem.

Reklama

Bądźmy szczerzy – niewielu trenerów może się pochwalić tym, że potrafi ograć Legię. Jasne, to nie jest niemożliwe. Przecież przed rokiem Waldemar Fornalik i jego Piast Gliwice wyprzedziły warszawian na dystansie całego sezonu. Ale żeby regularnie zabierać jej punkty? Rok w rok dawać jej pstryczka w nos? No, to się raczej nie zdarza. Chyba że nazywacie się Ireneusz Mamrot, bo ten szkoleniowiec, jak żaden inny w ostatnich latach, potrafił sprawić Legii figla.

Jaki jest bilans meczów Mamrota z klubem ze stolicy?

  • 3 zwycięstwa
  • 3 remisy
  • porażka

12 punktów w siedmiu spotkaniach – nie brzmi to najgorzej. Zresztą, spytajcie trenerów innych klubów z Ekstraklasy, czy chcieliby mieć taką historię gier z Legią w CV. Na 14 pozostałych 10 powie, że oczywiście, jak najbardziej, jeszcze jak, a czterech zapyta, czy da się zamówić z dowozem do domu. Jasne, trochę mniej bajkowo robi się, gdy weźmiemy te mecze pod lupę. Na przykład w tym sezonie.

Reklama
Jagiellonia – Legia 0:0

Na myśl o tym spotkaniu aż nas wzdryga. Piłkarskie szachy to mało powiedziane. Jagiellonia teoretycznie urwała Legii punkt, a w praktyce – kolejne dwa straciła. A to dlatego, że Legia przez godzinę musiała grać w „dziesiątkę”. Pisaliśmy wtedy tak:

„Rocha dał Jagiellonii prezent, którego ta nie oczekiwała i wcale nie chciała. Gospodarze mając przewagę jednego zawodnika nagle zostali zobligowani do grania w piłkę. Pojawiła się presja, by coś wykreować w ataku pozycyjnym. Kurczę, no bez przesady z tymi oczekiwaniami, tak? Biegać, walczyć, zapierdalać – spoko, ale nie zapędzajmy się. Zawodnicy Ireneusza Mamrota nijak nie potrafili skorzystać z gry 11 na 10. Nie mieli żadnego pomysłu na atakowanie. Legia wcale nie musiała wyczyniać cudów w defensywie czy bronić się kurczowo całym zespołem”.

***

Nawet Radosław Majecki po meczu był zdziwiony, że w sumie to się nie pobrudził. Czy więc możemy powiedzieć, że ten wynik to sukces Jagiellonii, a Mamrot zasłużył na tytuł emira Podlasia? No niezbyt. Ale bywało też tak…

Legia – Jagiellonia 0:2

Legia znów grała w osłabieniu, więc to idealny mecz do porównania. Idealny był również występ Jagiellonii. Nawet ostatnio wspominaliśmy go w „Stanie Futbolu„, a umówmy się – jeśli o meczu Jagi dyskutuje się dwa lata po fakcie, to musiał być naprawdę niezły. Jak wspominał Łukasz Olkowicz w „Ofensywnych” to po tym spotkaniu trener Mamrot otrzymał od kibica Legii krótki przekaz: „Ty chuju!”. My natomiast pisaliśmy tak:

Reklama

„Jaga” na tle mistrza Polski wyglądała, jak przedstawiciel topowej ligi, który przyjechał do Warszawy na mecz pokazowy i postanowił nie dać rywalom piłki do powąchania – chyba że już po ostatnim gwizdku, żeby schować ją do magazynu.  Tak stłamszonej Legii u siebie nigdy w polskiej lidze nie widzieliśmy, a oglądamy ją nie od dziś i nie od wczoraj. To był pojedynek gołej dupy z batem. Tylko jakiś cud sprawił, że Jagiellonia wygrała przy Łazienkowskiej zaledwie 2:0, bo równie dobrze porażka gospodarzy mogłaby być trzy razy wyższa. I naprawdę nie jest tu najważniejszy fakt, iż białostocka drużyna szybko zaczęła grać w przewadze. Tego dnia jednych i drugich dzieliła różnica klas”.

***

Nie jest więc tak, że za każdym razem Mamrotowi sprzyjał fart. Tak, zdarzyło się, że trzy punkty na chwilę przed końcem meczu zagwarantował strzał Czernycha z dystansu. Zdarzyło się, że Wieteska załadował samobója jeszcze w pierwszej połowie, a potem udało się dowieźć wynik do końca. Ale jeśli mielibyśmy odwołać się do klasyka Jacka Magiery i zadecydować, czy było to szczęście czy fart – byłoby to szczęście.

Spójrzmy na to z drugiej strony. Jagiellonia we wspomnianych siedmiu meczach z Legią, straciła tylko cztery bramki – z czego trzy w jednym meczu. Mamrot potrafi więc okopać się tak, że nawet dysponująca dużą siłą rażenia ekipa z Warszawy, waliła głową w mur. To o tyle duże osiągnięcie, że tuż przed erą tego szkoleniowca w Białymstoku, Jaga wyłapała w plombę – i to bardzo konkretnie, bo aż 1:4. Trochę wcześniej było jeszcze 0:4 – najwyższa porażka w historii starć bezpośrednich. Wyrównany w lutym tego roku, gdy Mamrota na Podlasiu zabrakło. Nawet wtedy odnotowaliśmy, że mecz białostoczan z Legią był jakoś dziwnie inny, w porównaniu do tych z ostatnich lat.

Legia – Jagiellonia 4:0

„Mecze Legii Warszawa z Jagiellonią Białystok w ostatnich latach kojarzą nam się z zaciętością. Zazwyczaj przynajmniej leciały iskry i występowało zagrożenie, że „trup” będzie słał się gęsto. Dziś? Mamy wrażenie, że wyjściowa jedenastka Legii bardziej musi się spinać, gdy na treningu mierzy się z rezerwowym składem”.

Reklama
***

Domyślacie się już pewnie, do czego pijemy. Jeśli Arka Gdynia ma dziś w czymś upatrywać szans na urwanie punktów Legii, to właśnie w swoim trenerze. Nie oszukujmy się, gdyby nie to, moglibyśmy jedynie wpisać się w dywagacje ze wstępu – ile goli przyjmie dziś Arka. A tak mamy nutkę wątpliwości: a może jednak sama coś wciśnie, a potem okopie się jak Jaga Mamrota za najlepszych lat?

Niewykluczone. Przecież w bramce stoi Pavels Steinbors, a on łatwo białej flagi nie wywiesza.

Bilans Mamrota w Gdyni jest obecnie dość równy. Najpierw frajerska przegrana w derbach w ostatnich minutach, potem brawurowa (przynajmniej w kwestii wyniku, w kwestii gry – niekoniecznie) pogoń za Śląskiem i wyszarpanie wygranej tuż przed ostatnim gwizdkiem. Ten wynik też z pewnością Arkę pobudzi. Oczywiście nie zapominamy, że gdynianie są nieporównywalnie słabsi w porównaniu z Jagiellonią. Nie ma co do tego wątpliwości. Natomiast mają Michała Nalepę, który w starciu ze Śląskiem odzyskał świetną formę. Mają Marko Vejinovica, który też odzyskuje jakość.

Słowem – jest z czego czarować. Pytanie tylko, czy obecna ekipa Mamrota będzie potrafiła wypełniać jego plan tak, jak poprzednia. Bo jeśli nie, to Steinborsa rozbolą dziś plecy.

Reklama

Fot. Newspix

Szymon Janczyk

Liczby, transfery i reportaże. Dobrych historii szukam na całym świecie - od koła podbiegunowego po Rijad. Na Weszło od lat staram się przekazać, że polska piłka też jest ciekawa.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama