Reklama

Trochę flippera, trochę rugby. Dominik, czas chyba odpuścić jedenastki

Piotr Tomasik

Autor:Piotr Tomasik

14 października 2016, 19:47 • 3 min czytania 0 komentarzy

Dominik Furman w tym sezonie już czterokrotnie podchodził do rzutu karnego i w 75 procentach przypadków przyprawiał kibiców o zawał serca. Na inaugurację uderzył tak nonszalancko, że więcej było w tym farta niż rozumu. W Lubinie jego strzał w oba słupki dobił Merebaszwili. Dziś jednak szczęście nie było po jego stronie – rąbnął tyle mocno, co i niecelnie. A Wisła – zamiast objąć prowadzenie i starać się utrzymać je do końca – totalnie się posypała i z Małopolski wraca bez punktów.

Trochę flippera, trochę rugby. Dominik, czas chyba odpuścić jedenastki

Mecz zdecydowanie lepiej zaczęli płocczanie i w zasadzie z każdą minutą coraz mocniej wierzyliśmy w to, że wynik tego meczu, jak to często w Ekstraklasie bywa, będzie wypadkową braku logiki i kompletnej nieprzewidywalności. Jako, że przed przerwą na mecze reprezentacyjne „Pasy” zdemolowały Koronę 6:0, to teraz coraz więcej wskazywało na… porażkę tej drużyny na własnym stadionie. Na lewym skrzydle szalał Merebeszwili, w środku dojrzale rozgrywał Furman, a o bezpieczeństwo w tyłach dbał choćby Sylwestrzak. Praktycznie do 30. minuty inicjatywę mieli przede wszystkim goście.

A dlaczego akurat do trzydziestej? Wtedy bowiem trudy Wisły zostały nagrodzone, a jedna z akcji skończyła się faulem w szesnastce Cracovii. Do piłki podszedł wspomniany Furman i rąbnął raczej nie jako piłkarz, a jako zawodowy rugbysta – mocno, w środek, ale i nad poprzeczką. Niestety – w tym sporcie tak spektakularne wykopy nie są jednak nijak wynagradzane.

I ten moment był w zasadzie przełomowym dla losów spotkania – skrzydeł dostali gospodarze, a Wisła zdecydowanie wyhamowała. Inicjatywę w środku przejmował powoli Covilo (nie możemy się napatrzeć na spokój z jakim ten gość zastawia się przed rywalami i prowadzi piłkę), a coraz groźniej było też pod bramką Kiełpina. Bramkarz Wisły popisywał się jednak kapitalnymi paradami – najpierw fenomenalnie wyłapał główkę Bośniaka, a potem przytomnie odbił uderzenie głową po rzucie rożnym. Na nic jednak zda się choćby najlepszy golkiper, kiedy przysypiają obrońcy. Wójcicki przy dobitce po rożnym kryty był tak bardzo na radar, że przed strzałem mógł jeszcze spokojnie dopompować piłkę i dopiero wtedy wpakować ją do siatki.

Generalnie mecz sam w sobie był całkiem niezły. Nie była to klasyczna piątkowa rąbanka, bo rzuciło się w oczy kilka imponujących akcji indywidualnych, zdarzyło się parę składnych akcji, dogodnych sytuacji (jak choćby ta z ostatniej minuty, kiedy Piątek pół boiska biegł w stronę Kiełpina, by kopnąć w słupek). Może i trochę więcej spodziewaliśmy się po ofensywie Wisły, ale musimy oddać, zwłaszcza obrońcom „Pasów”, że dziś byli naprawdę konkretnie przygotowani – Brzyski w tempie japońskich pociągów kursował od bramki do bramki, a po drugiej stronie boiska Wójcicki miał ciąg na bramkę jakiego nie powstydziłby się nawet rasowy napastnik. I tylko nie możemy oprzeć się wrażeniu, że momentami za dużo w tym meczu było flippera. Wiecie – główka, piszczel, główka, główka, piszczel. Taka denna odbijanka, gdy nikt nie chce sprowadzić piłki na ziemię. Ale i tak nie będziemy przesadnie narzekać.

Reklama

7EQJdcC

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

0 komentarzy

Loading...