Był manchesterski „poster boy” Lee Sharpe, pora na kolegów z Merseyside. W Liverpoolu także potrafiono się bawić, a trzon grupy bankietowej zwanej „Spice Boys” tworzyli przede wszystkim Fowler, Redknapp, McManaman, James i McAteer. Parafrazując słowa piosenki Perfectu: „Było nas pięciu, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel…”. Jaki? Oczywiście dobra zabawa. To nie były złote czasy dla Liverpoolu, ale poza boiskiem gwiazdorzy z Merseyside brylowali jak nigdy. Tamten okres doskonale opisał były obrońca Liverpoolu Neil „Razor” Ruddock: „Cieszę się, że grałem w czasach „Spice Boys”. Zarabialiśmy morze pieniędzy, jeździliśmy najnowszymi modelami Ferrari, a dziewczyny z rozkładówek zaliczaliśmy zawsze jako pierwsi”.

Derby Anglii w chlaniu. Kokaina, Armani i Head & Shoulders

Finał FA Cup, 1996 rok. David James, wówczas golkiper Liverpoolu namówił kolegów z drużyny, by na tęokazję założyli specjalnie przygotowane kremowe garnitury. „DJ” i Jamie Redknapp pracowali wtedy jako modele dla Armaniego, dlatego nie było problemu ze wsparciem „The Reds” przez włoski dom mody. Miało być po hollywoodzku, a wyszło śmiesznie. Liverpool przegrał z Manchesterem United, a tamte garnitury do dzisiaj są wizytówką pokolenia „Spice Boys”, a także pewnej mentalności dużych rozpieszczonych chłopców, jak nazywano ich często w mediach. Wspomina Jason McAteer: „Gdybyśmy wygrali tamten finał, wyglądalibyśmy jak milion dolców. A tak wyglądaliśmy żałośnie w tych garniakach…”.

Dominic Matteo, były defensor drużyny, także doskonale pamięta tamten mecz: „To zniszczyło reputację Liverpoolu. To wtedy tak naprawdę narodzili się „Spice Boys”. Matteo mówi całkiem do rzeczy, ale patrząc na jego imprezowe CV, robi się jeszcze ciekawiej. Hazard, całonocne balangi zakończone śniadaniem składającym się z szampana, a także narty wodne na jeziorze Wildemore. Ok, to ostatnie to nic strasznego, no chyba że dodamy, iż Matteo był kompletnie narąbany i działo się to w czasie, kiedy wyjechał z klubu… leczyć kontuzję.

Image and video hosting by TinyPic

Towarzyszył mu oczywiście nieodłączny kompan „Brzytwa” Ruddock, typowy przedstawiciel oldskulowego angielskiego futbolu – na boisku łamał nogi, po meczu pił do rana i objadał się za czterech. Na starym zdjęciu Ruddocka z karty Panini podano następujące dane: 188 cm, 82 kilo, chociaż gołym okiem widać, że chłop ważył tak na oko z 10 więcej, a pod koniec kariery to i 15. Do dzisiaj krążą legendy, jak ludzie z Anfield zawsze kłamali co do jego wagi. Żeby nie było jednak tylko wesoło, Matteo robi rachunek sumienia: „To wszystko przestroga dla dzisiejszych młodych zawodników (…) W moim przypadku w grę wchodziły duże pieniądze, a w połączeniu z wolnym czasem poskutkowało to tym, że nie ominąłem pewnych pułapek”.

Matteo i Ruddock doskonale wpisywali się w nurt „Spice Boys”, ale byli tylko dodatkiem do głównych gwiazdorów, czyli „chłopców z plakatu”. Do dzisiaj wielu się śmieje wspominając, jak Jason McAteer reklamował szampon Head & Shoulders, a James i Redknapp w przerwach od piłki prężyli ciała przed aparatami, pozując dla Armaniego. Inni gracze także reklamowali odzież, m. in. dla Hugo Bossa. Radę dawał sobie także Robbie Fowler, który spotykał się wtedy z Emmą Bunton, wokalistką „Spice Girls”.

Niektórzy liverpoolczycy starali się bagatelizować swoje wyskoki i image imprezowych playboyów. Jeden z piłkarzy mówił w wywiadzie: „Nie robimy niczego, czego nie robią chłopaki z innych drużyn. My jesteśmy na świeczniku, ponieważ nie wygrywamy trofeów. No i dlatego, że jesteśmy ładni”. I skromni, chciałoby się dodać. Media były jednak bezlitosne. Pisano, iż „naczelną primadonną grupy był zblazowany „piękniś” Jamie Redknapp”, ale bądźmy uczciwi – to chyba Steve McManaman i Robbie Folwer najbardziej dawali w palnik.

Image and video hosting by TinyPic

Jeśli dodacie do tego Paula Gascoigne’a przy okazji wyjazdów na kadrę, wyłania się obraz końca świata, prawdziwego pandemonium. Plus te pikantne pijacko-seksualne opowieści. W 1995 roku Robbie i „Macca” udzielili głośnego wywiadu magazynowi „Loaded”, którego tytuł brzmiał „Laski, gorzała i BMW”. Tabloidy rozwijały się w zastraszającym tempie, rosła także kultura gwiazd futbolu, pięknych i bogatych chłopców nudzących się na potęgę po treningach. Liverpoolczycy doskonale wypełniali oczekiwania spragnionych sensacji czytelników, dodatkowo przykuwając oko wielkich firm, zmieniających podejście do futbolu. Angielski piłkarz nie był już wyłącznie twardzielem z wąsami bez połowy zębów, chłopaki z Liverpoolu wyglądali jak gwiazdy filmowe. Tak też się bawili.

Ciekawie działo się na imprezie gwiazdkowej w Liverpoolu w 1998 roku. Rok rocznie – do dzisiaj zresztą – tego typu imprezy słyną z wielu pięknych pań i morza alkoholu, to tradycja w angielskich drużynach. A czym większy i sławniejszy klub, tym jest bardziej na bogato. Ta z 1998 przeszła jednak do historii – striptizerki, gadżety erotyczne, orgie, picie. „Independent” nazwał tę imprezę „najbardziej rozpustnym przyjęciem w historii”. Publiczny seks, rozbieranie się przed ludźmi? Dla „Spice Boys” nie było żadnych granic. Doszło do tego, że nawet niektórzy fani „The Reds” zaczęli odwracać się od swoich gwiazdorów, niszczących „dobre imię klubu oraz dziedzictwo Billa Shankly’ego”. Ale impreza trwała nadal w najlepsze.

Wszystko wybaczano za to Robbiemu Fowlerowi. Piłkarz został ochrzczony przez kibiców Liverpoolu jako „God” i nie było rzeczy, która nie uszłaby mu płazem. Strzelić gola i w ramach „cieszynki” symulować wciąganie kokainy nosem z murawy? Tak, Robbie potrafił się dobrze zabawić. W 1999 roku fani Evertonu zarzucili Fowlerowi branie narkotyków, dlatego ten po strzeleniu gola przeciwko „The Toffees” odpowiedział im właśnie tą niecodzienną celebracją. Efekty? Dochodzenie policji, 32 tysiące funtów kary i zawieszenie na cztery mecze. Dodajmy, że parę dni wcześniej Robbie starł się z Graeme’em Le Saux, za co także dostał dwa mecze kary.

Image and video hosting by TinyPic

„Spice Boys” rządzili w Liverpoolu, a ich imprezowe numery są świadectwem tamtego specyficznego klimatu w angielskim futbolu. Bitki w barach, atrakcyjne modelki i jeżdżenie limuzyną po mieście i śpiewanie na cały głos – tak, to wszystko byli piłkarze „The Reds”. No i koniecznie trzeba wspomnieć o wypadzie na wyścigi konne, kiedy Fowler i „Macca” wpadli na pomysł, by drużynowo kupić dwa ogiery. Nazwano je „Jakiś koń” i „Inny koń” tak, aby piłkarze mieli ubaw, kiedy gonitwa będzie komentowana w telewizji. Innego razu Jason McAteer postanowił zamówić pizzę. Kiedy spytano go, czy pokroić ją na osiem kawałków, piłkarz odparł zaskoczony: „Nie jestem aż tak głodny, proszę pokroić na cztery”. Koledzy z drużyny i gazety pękały ze śmiechu pastwiąc się nad Jasonem, który nie bardzo rozumiał, że wielkość pizzy pozostaje taka sama.

Kibice Liverpoolu wspominają tamten okres mimo wszystko źle – klub nie odnosił sukcesów, a klimat „Spice Boys” destabilizował życie drużyny. Piłkarzom nie podobała się przypięta im łatka, chociaż sami wiedzieli, że była idealna. Redknapp nie lubił być tak nazywany, ale mimo wszystko sam kiedyś przyznał: „Spice Girls starają się dojść na sam szczyt w swojej branży. My także, dlatego to całkiem dobra ksywka”. I kawał dobrej historii, typowych pijackich lat 90-tych w Premier League.

Kuba Machowina

Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest

3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments