Zaostrzono przepisy i dzieci mogą walczyć dopiero od 4. roku życia
Inne sporty

Zaostrzono przepisy i dzieci mogą walczyć dopiero od 4. roku życia

Muzyka pulsuje, świdruje i wkręca się w uszy. Jest przeraźliwie głośna, można by nawet powiedzieć, że męcząca. To nie żadne kawałki znane z polskich gal bokserskich, czy meczów siatkówki, żadne rockowe standardy, złote przeboje, wakacyjne hity. To specyficzny, tajski wynalazek, trochę w nim z folku, trochę z techno. Sprawia wrażenie, że gra coraz szybciej i szybciej, choć to tak naprawdę zapętlone kilkadziesiąt sekund, może minuta. Dla Europejczyka ten powtarzający się skowyt jest momentami ciężki do wytrzymania, ale przecież nie o Europejczyków tu chodzi. Tajskich zawodników i kibiców te dźwięki ewidentnie nakręcają. Atmosfera jest tak gęsta, że można by ją kroić nożem.

Co istotne, tu akurat muzyka leci z płyty, puszczana przez didżeja. Jest grubo, ale bywa grubiej, kiedy akurat organizatorzy postanowią doinwestować i zapłacą za zespół. Wtedy dopiero jest szaleństwo, bo muzycy dopasowują się do tempa walki. Zaczynają powoli, lekko smętnie, niemrawo. Im więcej jest ciosów, tym utwór jest szybszy. Kiedy pada cała seria uderzeń, muzyka przyspiesza do niesamowitego tempa. Gdy w powietrzu już wisi nokaut, wydaje się, że szybciej grać się już nie da.

Trudno powiedzieć, kto tutaj tak naprawdę kogo nakręca: muzycy wojowników, czy wojownicy muzyków. Na pewno jednak – jedni i drudzy nakręcają kibiców. Atmosfera na trybunach to jeden wielki trans. Aż wreszcie jeden z zawodników pada na matę, sędzia ogłasza koniec walki i nagle – muzyka ustaje, jakby ktoś przeciął taśmę nożem. Ale fakt, że zespół, lub didżej przestaje grać, nie oznacza w żadnym wypadku, że zapada cisza. Trybuny cały czas żyją, komentują, dyskutują, kłócą się. Co ważne – wyjątkowo rzadko z decyzją sędziowską. To nie boks, który znamy z polskich, niemieckich, czy amerykańskich ringów – pełen układów, korupcji, sędziowskich wałków i werdyktów wołających o pomstę do nieba. Tutaj wszystko sprawia zupełnie inne wrażenie. Czystsze. Uczciwsze. Prawdziwsze.

Jest walka, szczere emocje i ogromny szacunek. I nie udawany, prezentowany na pokaz, na konferencji prasowej czy w prasowych wywiadach. Prawdziwy szacunek, respekt, troska o rywala. Oczywiście – chodzi o walkę, o zwycięstwo, o udowodnienie swojej wyższości, wreszcie – o zarobienie pieniędzy. Ale wartością nadrzędną jest respekt, który leży u podstaw całego muay thai. Szacunek czasem wręcz trudny do zrozumienia dla kogoś przyzwyczajonego do tego, że zawodnik po znokautowaniu rywala wskakuje na liny ringu, wrzeszczy, pajacuje przed kamerami. Tutaj tego nie ma. Kiedy przeciwnik pada na deski, zawodnik w pierwszej kolejności sprawdza, czy nie stała mu się krzywda. Jeśli sam nie jest w stanie opuścić ringu – zwycięzca zawsze mu pomoże, odprowadzi na bok. Potem obowiązkowy ukłon przed trenerem oponenta, sędzią, kibicami. I za chwilę – kolejna walka.

Nokaut za nokautem

Zanim to się stanie – czas na zakłady na nadchodzący pojedynek. Właśnie: zakłady. U nas – oficjalne kolektury, ewentualnie gra w internecie. Wszystko obwarowane setką przepisów, ograniczeń i podatków. Tam? Hulaj dusza, piekła nie ma.

Zaraz ma się rozpocząć walka, szalona muzyka jeszcze nie gra, ale atmosfera już gęstnieje. Prowadzący zapowiada, kto wejdzie do ringu. Nie ma znanej z zawodowego boksu otoczki, wejść w rytm wybranej muzyki, przedłużającej się prezentacji. Walczy ten z tym, jeden to zawodnik lokalnego klubu z Koh Phangan, drugi z niedalekiej wyspy Koh Samui. Pierwszy ma na koncie 62 walki, drugi 74. Konferansjer informuje, że w tym przypadku kursy są równe, 1:1, ktoś postawił 500 bahtów (60 złotych) na reprezentanta gospodarzy i czeka na kogoś z trybun, kto przyjmie zakład. Jeszcze chwila i zawodnicy wchodzą do ringu, kłaniają się sędziom, trenerom, kibicom. A potem – zaczyna grać wspomniana muzyka i rozpoczyna się walka. Są ubrani tylko w charakterystyczne spodenki, żadnych koszulek, kasków. Jedyne, co ich chroni przed ciosami, to rękawice. Pojedynki najczęściej rozgrywa się na dystansie 5 rund (zazwyczaj po 3 minuty każda), ale zakontraktowany dystans nie ma wielkiego znaczenia. Zdecydowana większość starć kończy się przed czasem, nagłe i często wyjątkowo brutalne zakończenia pojedynku to tutaj chleb powszedni. Trudno zresztą, żeby było inaczej, bo muay thai to wyjątkowo skuteczna sztuka walki. Zawodnicy mają gołe stopy, więc czyste kopnięcie na szczękę to pewny nokaut.

Czujecie klimat? Jest wtorkowy późny wieczór, zbliża się północ. Jesteśmy na przedmieściach Thong Sala, głównego miasta Koh Phangan. Na całej wyspie mieszka 10 tysięcy ludzi, tutaj pewnie ze cztery. Szumnie nazwany „stadion muay thai” to tak naprawdę ring w klubie bokserskim, otoczony kilkoma rzędami krzeseł (może sto miejsc).

Z jednej strony ringu stoją trybuny na kolejną setkę widzów. Cała budowla jest mocno prowizoryczna, w Polsce nie miałaby szans przejść żadnego odbioru budowlanego. Ot, metalowa konstrukcja, przykryta płytami paździerzowymi. Płyty swoje lata już mają, prawdę mówiąc trochę strach na nich usiąść, a kiedy ktoś nierozważnie opiera na jednej z nich cały ciężar ciała, następuje głośny trzask i delikwent ląduje półtora metra niżej. Wszystko ok? No, to oglądamy dalej.

Wśród kibiców trochę localsów, trochę turystów. Imprezę prowadzi po angielsku jeden z trenerów klubu, Amerykanin. Klimat jest ciekawy, bo gość na żywo komentuje walkę, przekrzykując świdrującą muzykę. Turyści oglądają to wszystko jak kolejną atrakcję turystyczną – byli już na ukrytej plaży, pływali długimi tajskimi łodziami, widzieli ping-pong show (nie pytajcie), zajadali się genialnym ulicznym jedzeniem, niektórzy nawet pojechali do sanktuarium słoni. Teraz postanowili zobaczyć na żywo galę muay thai. Dla miejscowych to coś znacznie więcej – to sposób na życie, element tajskiej tradycji i tożsamości, z której są piekielnie dumni. To, co dziwi i szokuje turystów, dla nich jest czymś absolutnie normalnym. Co na przykład? A chociażby fakt, że w walce, która właśnie kończy się kolejnym widowiskowym nokautem, walczyli dziesięciolatkowie! Walczyli. Nie była to pokazówka, jakaś ułożona choreografia, performance. Nic z tych rzeczy. 10-latkowie, z których jeden ma na koncie 62 zawodowe walki, a drugi 74, wyszli do ringu bez żadnych ochraniaczy i tłukli się po głowach bez opamiętania, do nokautu włącznie.

U nas chłopiec, który ma 10 lat, najczęściej jest odwożony do szkoły przez rodziców lub dziadków (bo niebezpiecznie wysłać go samemu), ze sportu uprawia głównie piłkę nożną (na konsoli), większość czasu spędza przed telewizorem lub ze smartfonem w dłoni. W większości przypadków wszystko dostaje podane na tacy. Jeśli ktoś mu powie coś złego w szkole, leci z płaczem do mamy. W tym samym czasie, w tym samym XXI wieku, jego rówieśnik w Tajlandii może dobijać do setki zawodowych walk i mieć na utrzymaniu rodzinę.

Śmierć w ringu

Czy to bezpieczne? Cóż, oczywiście – nie do końca. W listopadzie w Bangkoku doszło do tragedii. 13-letni Anucha Tasako został brutalnie znokautowany. Zanim sędzia zdążył zainterweniować, chłopak przyjął bez żadnej obrony serię pięciu potężnych ciosów. To spowodowało krwotok mózgu i śmierć dwa dni później. To była jego… 174. walka od momentu rozpoczęcia kariery w wieku ośmiu lat. Szybki rachunek: około 30 walk rocznie, czyli częściej niż raz na dwa tygodnie. Żeby było jasne – jego przypadek nie jest żadnym ewenementem, tak to po prostu wygląda w Tajlandii. Śmierć 13-latka odbiła się dużym echem w całym kraju. Wiele osób uważa wprost, że należy całkowicie zakazać walk dzieci.

To jest praca dzieci i ich wykorzystywanie. Te dzieci zarabiają pieniądze. Utrzymują swoje rodziny i swoich promotorów, wygrywając walki. Niszczymy nasze dzieci dla sportu – grzmi doktor Jiraporn Laothamatas, neuroradiolog, cytowany przez „New York Timesa”. Lekarz niedawno opublikował wyniki siedmioletnich badań nad wpływem uprawiania muay thai na dziecięce mózgi. Z jego publikacji wynika, że walka w tak młodym wieku bezpośrednio przekłada się na spadek ilorazu inteligencji i pogorszenie funkcjonowania mózgu. Doktor Laothamas postuluje wprowadzenie ścisłego limitu walk oraz zakazu występów dla dzieci poniżej 12 roku życia.

To zniszczy muay thai – protestuje jednak Sudhichai Chokeijchai, lekarz opiekujący się profesjonalnymi zawodnikami w Bangkoku. – Powinniśmy raczej skupić się na zapobieganiu tragediom niż na wypychaniu dzieci poza ten sport. One walczą o swoje życie. My walkę mamy we krwi. Ewentualne zaostrzenie przepisów nie sprawi, że ludzie przestaną uprawiać muay thai. Po prostu nie będą tego robili pod kontrolą. Walczące dzieci są bezpieczne, sport trzyma je z dala od narkotyków i przestępczości. Co rząd zrobi dla nich, jeśli odbierze im ukochany sport?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że obaj lekarze mają trochę racji. Przepisy dziś stanowią jedynie, że zawodnicy powyżej 15 roku życia muszą się tylko zarejestrować i mogą walczyć. W przypadku młodszych, wymagana jest zgoda rodziców. Ale już na przykład szczegółowych przepisów dotyczących bezpieczeństwa – nie ma. Inna sprawa, że w bardzo wielu przypadkach mówimy o bardzo małych imprezach, takich, jak opisywana na Koh Phangan. Mini gala, bez mediów, telewizji, trudno powiedzieć, czy z opieką medyczną i jakąkolwiek kontrolą choćby ze strony jakiegoś związku sportowego. „New York Times” podaje wyniki dziennikarskiego śledztwa, z którego wynika, że w latach 2010-2017 w Tajlandii zarejestrowanych zostało nieco ponad 10 tysięcy dzieci, walczących w muay thai. Tymczasem stan faktyczny jest taki, że regularnie w ringu występuje około 200 tysięcy dzieci poniżej 15 roku życia.

Marzenie o Bangkoku

Motywacja? Dość oczywista: pieniądze. Życie w Tajlandii nie jest łatwe i różowe (o ile nie jesteś turystą z portfelem pełny euro, dolarów, czy innych jenów). Zarobki – nawet w największym i najbogatszym Bangkoku (blisko 10 milionów mieszkańców, z prawie 70 milionów w całym kraju) – nie powalają na ziemię. Średnia pensja to niecałe 3 tysiące złotych, a przecież wliczają się w to także prezesi największych firm, najgrubsi biznesmeni, liderzy tamtejszej listy najlepiej zarabiających. Średnia w skali kraju jest znacznie skromniejsza i wynosi niespełna 14 000 bahtów (1700 zł). Kasjerka w markecie zarabia jakieś 10 000-12 000 bahtów miesięcznie. Trudno się więc dziwić, że perspektywa zarobku od dwóch do pięciu tysięcy bahtów za walkę działa na wyobraźnię. I mówimy tu o kwotach na początek. Młody zawodnik, który sprawdzi się na mniejszych galach, ma szansę zostać zauważony przez skautów z klubów z Bangkoku. Wtedy trafia do internatu, gdzie trenerzy biorą go w obroty. Plan dnia nie przypomina w żadnym stopniu tego, co mają nasze dzieci. Nie, że szkoła, obiad, raz w tygodniu judo, raz basen, plus dużo czasu na przyjemności. W internacie jest tak: pobudka o wpół do piątej, 10 kilometrów biegu (zanim zrobi się gorąco), potem półtorej godziny treningu i… do szkoły na resztę dnia. Po szkole drugi trening i spać. Do tego raz na tydzień, czy dwa – walka. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, wypłata za pojedynek szybko wzrośnie, aż do 10-15 tysięcy bahtów. To nawet w bogatej stolicy dużo pieniędzy. Dla biednych rejonów na północy kraju – taka wypłata 2-3 razy w miesiącu to jak złapać pana boga za nogi.

CHAMPIONS SPORTS BAR& RESTAURANT WARSZAWA 13.08.2015 POLSAT BOXING NIGHT ADAMEK VS SALETA PHOTO: JERZY STALEGA / NEWSPIX.PL N/Z PRZEMYSLAW SALETA --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

– Jakiś czas temu władze zaostrzyły przepisy odnośnie walk dzieci. Teraz muszą mieć skończone… cztery lata, żeby móc boksować – opowiada nam Przemysław Saleta. Były mistrz Europy w boksie i świata w kick-boxingu od kilku lat na stałe mieszka w Tajlandii, gdzie organizuje obozy treningowe. – Muay thai to dla Tajów bardzo ważny element życia, w każdym większym miasteczku jest stadion, gale odbywają się kilka razy w tygodniu. Mnóstwo ludzi trenuje, mnóstwo kibicuje. Specyfika tego sportu jest taka, że walk jest bardzo dużo. Znam chłopaka, który ma 29 lat i jakieś 800 pojedynków na koncie. To oznacza walkę praktycznie co tydzień przez 15 lat. Tutaj nikogo takie liczby nie szokują.

Muzyka znowu gra w swoim szalonym tempie, w jej rytm znów tańczą dwaj zawodnicy. Padają ciosy, piekielnie szybkie nogi próbują upolować odsłoniętą szczękę. Tu nie ma kunktatorstwa, kombinowania, układów. Sprawa jest prosta: jest nas dwóch, wygrać może tylko jeden, albo ty padniesz, albo ja. Jeden idzie dalej, drugi odpada. Muay thai to lata wyrzeczeń, piekielnie ciężkich treningów, walki o każdy krok w górę drabiny. A wszystko przecież w ekstremalnej temperaturze, która rzadko spada poniżej 35 stopni. Dla przeciętnego turysty w takich warunkach szczytem wysiłku jest spacer z hotelu nad basen czy nad morze, albo do baru po drinka. A oni codziennie trenują, od małego przelewają hektolitry potu. Na każdego, któremu uda się zrobić wielką karierę, przypadnie wielu, którzy stracą zdrowie (niektórzy życie), dla większości skończy się obrywaniem po głowie przez kilka lat, za dwieście złotych za walkę. Warto o tym przez moment pomyśleć, patrząc na ten dziki taniec w ringu…

Z TAJLANDII JAN CIOSEK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (1)