Apoloniusz Tajner ogłosił, że będzie kandydować w najbliższych wyborach na prezesa Polskiego Związku Narciarskiego. Bo namówili go do tego działacze. Ten sam Tajner ledwie cztery lata temu cieszył się, że to koniec i że stanowisko opuścił. Ale czasy, jak widać, się zmieniają. Tylko Polo wciąż utrzymuje się na stołkach, co zresztą nie może nas cieszyć. Bo jego powrót najpewniej oznaczać będzie jedno – stagnację i zero patrzenia w przyszłość.
Apoloniusz Tajner będzie kandydować w wyborach na prezesa PZN
Nie uważam, żeby Adam Małysz był dobrym prezesem. Nie uważam też, żeby jego niemal czteroletnie rządy były tak tragiczne, jak ludzie piszą. Natomiast PZN pod jego przewodnictwem nadal był „skokocentryczny”, nadal cierpiały inne dyscypliny i nadal trudno było wskazać, gdzie właściwie odbywa się rozwój. No, zyskał może snowboard alpejski, ale raz jeszcze był to znany w Polsce schemat – są sukcesy i dopiero po nich damy wam więcej środków.
Niemniej: nie wszystko, co Małysz robił, było złe.
CZYTAJ: ADAM MAŁYSZ. JAKIM PREZESEM JEST ORZEŁ Z WISŁY?
A może byłoby tego zła jeszcze mniej, gdyby nie to, że bywało Adamowi nie po drodze z zarządem czy też jego niektórymi członkami. Najlepiej świadczy o tym zresztą fakt, że Tajner sam wspomniał, informując o swojej kandydaturze, że został do niej namówiony przez delegatów.
– Przy propozycji kandydowania na prezesa PZN zastanawiam się, co ja mogę wnieść pozytywnego, nie oglądając się na innych. Trzeba patrzeć w przyszłość. Generalnie w związku powstał chaos. Myślę, że stąd wzięła się inicjatywa, żeby zwrócić się do mnie i zaproponować powrót. To było dla mnie nieco zaskakujące, ale zaakceptowałem to. Nie chcę iść w takim kierunku, żeby mówić w tym momencie konkretnie, co tam trzeba zrobić, zmienić, dlaczego i tak dalej. Jeżeli zostanę prezesem, to po prostu będę działał – opisywał w rozmowie z Eurosportem.
CZYTAJ: SENSACYJNA DEKLARACJA TAJNERA
Trudno pozbyć się wrażenia, że ze strony wspomnianych delegatów to po prostu chęć powrotu do układu, który znali, lubili i w którym dobrze im się działało.
Albo nie działało właśnie.
Co tak naprawdę zrobił prezes Tajner?
Apoloniusz Tajner rządził Polskim Związkiem Narciarskim od roku 2006 do 2022. Trudno zaprzeczyć stwierdzeniu, że był to czas sukcesów, owszem. Ale też wydaje się, że Tajner doskonale wiedział, w którym momencie warto się z tego stanowiska ewakuować. Odszedł bowiem, gdy kończyło się złote pokolenie polskich skoczków, kiedy nie było zbyt wielkiej nadziei na kolejne sukcesy (jedynym medalem z imprez mistrzowskich po prezesurze Tajnera – aż do medali Kacpra Tomasiaka – było drugie złoto MŚ Piotra Żyły).
I na pierwszy rzut oka, wiecie – był prezes Tajner, były sukcesy. Przyszedł prezes Małysz i sukcesy się nagle urwały.
Ale to powierzchowne spojrzenie. Bo pytanie, jakie należy sobie postawić, brzmi: co zrobił Apoloniusz Tajner, żeby te sukcesy przedłużyć? Jakie działania podjęto, żeby nie zmarnować pokolenia skoczków z lat 90.? Dodatkowo: jak wykorzystano lata genialnego biegania Justyny Kowalczyk? Ile tras biegowych stworzono? Jakie środki zainwestowano? Jak zadbano o narciarstwo alpejskie? Co zrobiono, by pomóc kombinacji norweskiej?
I wreszcie: w ilu przypadkach odpowiedź na te pytania to „niemal nic”?
Tajner miał – i ma nadal – dryg do kamer i mikrofonów. Znakomicie się tego przez lata wyuczył. Jego pierwsze lata na stanowisku prezesa były faktycznie próbą ogarnięcia – nie bójmy się tego słowa – burdelu, jaki w związku panował. I to prezes zrobił, oddajmy mu to. Kolejne to jednak już w dużej mierze czysty PR. Stanowiska obsadzał zaufanymi ludźmi (bywało, że i z rodziny lub bliskimi niej), w wywiadach mówił niemal wyłącznie o skokach (no i o Kowalczyk, gdy Kowalczyk była), a do tego właściwie nie krytykował nikogo i niczego – wszystko zawsze było w porządku. Często idealnym.
Gdy przed igrzyskami w Pekinie opowiadał o wielu medalach, które mogą przywieźć do kraju „podopieczni” jego związku, wielu ekspertów kiwało głowami, wiedząc, że to właściwie niemożliwe. Ale Tajner potem nie mówił, że przesadził, a wręcz przeciwnie – podkreślał wagę medalu Dawida Kubackiego, jedynego dla Polski. Naprawdę, „Polo” jak mało kto nauczył się, że przede wszystkim trzeba się dobrze prezentować.
A jak będzie dobre prezencja… to w ogóle jakoś to będzie.
Małysz gani, Tajner chwalił
Adam Małysz nie przyszedł w 2022 roku do związku z zewnątrz. Był wcześniej dyrektorem ds. skoków i kombinacji norweskiej, mógł obserwować, jak funkcjonuje PZN i jakie ma potrzeby. Choć sam przyznawał potem, że patrzył nieco z dystansu, bo większość czasu był w terenie. I może ostatecznie został zaskoczony tym, co w związku zastał, a także tym, jak trudno się w gabinetach poruszać.
Nie ukrywajmy, że Małysz też ma gadane. I to bardzo. Ale jest znacznie bardziej otwartym człowiekiem – powie, co jest źle. Uderzy pięścią w stół. Skrytykuje. Otwarcie opowie dziennikarzom, co mu się nie podoba i dlaczego. Czasem, faktycznie, powie za dużo i zbyt mocno. Ale taka jest jego osoba, po prostu.
Myślicie jednak, że to podoba się działaczom? Zwłaszcza tym wieloletnim, którzy swoje stołki mają już nie tyle podpisane, co wyżłobione kształtem własnych pośladków?
No nie, nie może się podobać.
Działacze cenią sobie wygodę. W większości związków sportowych odnajdziemy beton – PZN nie jest wyjątkiem i pewnie nigdy nie będzie. Trzeba siły przebicia, żeby sobie z tym betonem poradzić… albo dobrego budowlańca, żeby ułożyć go nieco inaczej. Tyle że taki budowlaniec zakres środków ma ograniczony, a najlepiej działają pochlebstwa, przymilanie się. To nie styl Małysza, to styl Tajnera.

Apoloniusz Tajner i Adam Małysz. Fot. Newspix
Ale czy to styl, który cokolwiek polskiemu narciarstwu da? Tajner miał szczęście, wręcz niebywałe. Jasne, wspomagał je czasem dobrymi decyzjami – choćby zatrudnianiem odpowiednich trenerów do kadry skoczków – ale generalnie najpierw wypłynął z Małyszem u boku. Potem okazało się, że inni ludzie potrafią przeciągnąć jego sukcesy o kilka dobrych lat. Wyrosła Justyna Kowalczyk. Na fali sukcesów Adama udało się ściągnąć do związku pieniądze i je wykorzystać (trzeba mu oddać, że o tym wie – wielokrotnie podkreślał, że Małyszomania znacząco pomogła związkowi). Pojawili się Kamil Stoch, Piotr Żyła, Dawid Kubacki i inni.
Tajner spijał tę śmietankę. A potem odszedł, gdy jej zasób był na wyczerpaniu.
Wytrawny polityk.
Małysz miał problemy… przez Tajnera
To w sumie zabawne, bo akurat jako poseł na sejm – jest nim aktualnie – specjalnie się nie wyróżnia, bo ani nie jest aktywny, ani nie zabiera często głosu. Głosuje niemal zawsze, to trzeba mu oddać, ale głównie po prostu siedzi. I może nawet trochę się nudzi. Może to ta polityka uświadomiła mu, że jako prezes czuł się lepiej?
Bo przecież cztery lata temu mówił Interii tak:
– Nie, nie tęsknie. Przez 17 lat byłem prezesem i tak prawdę powiedziawszy z ulgą przestałem nim być. Zależało mi, by PZN, który jest wzorowym związkiem, oddać w dobre ręce, a gdy Adam zgodził się kandydować, po czym został nowym prezesem, to dla mnie [spadł kamień z serca]. Naprawdę. Z ulgą zakończyłem ten etap życia.
W wypowiedziach podkreślał, że to już za nim, że do prezesury nie wróci. Mówił, że Małysz „pchnie związek do przodu”, że to „czas na młodszych ludzi”. Nic dziwnego zresztą, bo Tajner odchodząc miał 68 lat, był już tak naprawdę w wieku emerytalnym, a teraz ma na karku 72 wiosny. Jasne, może czuć się młodziej, jasne, może mieć sporo energii.
Ale powrót do Tajnera, to powrót nie do sukcesów – choć możliwe, że Kacper Tomasiak „pomógł” Tajnerowi w podjęciu decyzji – a do kompletnej stagnacji. Bo tak wyglądały jego ostatnie kadencje. Nie było rozwoju. Nie było inwestycji. Nie było myślenia o przyszłości. Liczyło się tylko tu i teraz, sukcesy na ten moment, nie to, co będzie za kilka lat.
To Tajner zostawił Małyszowi dużo problemów. To Tajner zakopał nasze biegi po Justynie Kowalczyk. To Tajner sprawił, że kombinacja norweska w Polsce właściwie upadła. To Tajner nie zwracał uwagi na inne sporty, którymi zarządzał, dopóki dziennikarze wprost go o nie nie zapytali.
A teraz to Tajner ma wrócić do zarządzania PZN-em?
No i w porządku, jeśli delegaci tego chcą – niech wróci. Ale bardzo możliwe, że za cztery albo osiem lat obudzimy się najpewniej dokładnie w tym samym miejscu… a może i gorszym.
A prezesa Tajnera już to wszystko obchodzić nie będzie. Bo i czemu by miało?
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix
Czytaj więcej o skokach na Weszło:
- Domen Prevc dla Weszło: Byłem zawiedziony. Spieprzyłem to
- Adam Małysz: Myślę, że Maciusiak zostanie na stanowisku [WYWIAD]
- Kulisy filmu o Małyszu: Przyszli z tym do mnie dwa lata temu