O wyrzucaniu dzieci i dziewczynie szamana 
Weszło Extra

O wyrzucaniu dzieci i dziewczynie szamana 

Od meczu z Senegalem dzielą nas już tylko godziny, więc zapraszamy was na ostatni odcinek naszej podróży wraz z firmą PKN Orlen po Senegalu. Ostrzegamy – nie dowiecie się z tego tekstu niczego o piłce. Dobrze poznacie jednak życie Senegalczyków. Prawdziwe życie, którego nie ma w przewodnikach turystycznych. 

***

Dakar. Wszystko jedno jaka ulica, na każdej dzieje się to samo. Kobiety siedzą na krawężniku ze swoimi dziećmi. Te bardziej ogarnięte prowadzą przy okazji swój mały kramik, na którym wyłuskują ręcznie orzeszki ziemne, te mniej – po prostu siedzą z braku innego zajęcia. Dziecko co rusz wietrzy okazję na grosika i wyciąga do dorosłego rękę. Nie do każdego, raczej do tego dobrze ubranego. Do białego rzecz jasna zawsze. Biały człowiek to pieniądze. Gdy dzieciak przestaje mieć ochotę na bieganie po ulicy z wyciągniętą rączką, matka odpowiednio ustawia go do pionu. Nie ma, że nie chce. Ma biegać. Ma żebrać. Ma zarabiać na rodzinę. 

– Daj, daj, daj – mówi dzieciak.

– Nie – odpowiada dorosły.

– Daj, daj daj.

– Nie.

Nie jest to nachalne. To odważniejsze dziecko złapie cię za rękę i będzie próbowało wziąć na litość. To mniej odważne po prostu za tobą pójdzie z naiwną wiarą, ale po kilku krokach zwątpi nie mogąc dorównać tempa.

Za dwieście metrów stanie się to samo.

I za kolejne dwieście także.

Przy pierwszym razie łapią cię jeszcze wyrzuty sumienia. Nie dałeś, a może potrzebowało. Po piętnastym (czyli po jakiejś godzinie) jest ci już wszystko jedno. Wiesz, że nie uzdrowisz tego świata. Wiesz, że wszystkim nie pomożesz, więc nie ma sensu nawet jednemu (bo wtedy już się nie odpędzisz, nagle jak spod ziemi wyrosną kolejne).

– Daj, daj, daj – mówi dzieciak i wyciąga rękę.

– Daj, daj, daj – odpowiada dorosły i… także wyciąga rękę.

Dzieciak głupieje. Wręcza dorosłemu wszystko, co nazbierał do tej pory. Skoro on potrzebował tyle razy i dostał, dorosłemu też trzeba pomóc. Dziecko nie wie, że dorosły chciał tylko zrobić sobie jaja.

DSC00440

***

Dzieciak wyciągający rękę na ulicy po kilka godzin dziennie jeszcze nie wie, że mimo wszystko spotkał go dobry los. Bo mógł być przecież ósmym dzieckiem w rodzinie, która finansowo nie domaga i nie zmieni tego nawet fakt, że od szóstego roku życia zbiera na ulicy do wiadereczka pieniądze, a jeśli przyniesie za mało, rodzice zmotywują go pasem lub czymkolwiek innym, co jest akurat pod ręką. Później dziecko będzie latało po mieście z podbitym okiem. Nie będzie rzucać się w oczy. Po pierwsze, jego los nikogo nie interesuje. Po drugie – na czarnej skórze aż tak bardzo nie widać.

Dzieci są posyłane na ulicę oczywiście kosztem szkoły, a ich czas pracy jest nienormowany. Szkoła to dla wielu jedyna szansa, by nauczyć się języka francuskiego (urzędowego, w domach mówi się w lokalnym języku wolof). Język francuski to jedyna szansa, by mieć kontakt z Europą. Europą, w której dzieciaki w ich wieku proszą o możliwość przełożenia kartkówki. Oni proszą wtedy o coś innego.

– Daj, daj, daj.

Przenosimy się już na konkretną ulicę. Senegalka przyprowadza swoje dopiero co narodzone dziecko do ośrodka, w którym można porzucić niechcianego noworodka. Bezkarnie i bez zbędnych pytań. Chce dostać się do konkretnej osoby, która ma przyjąć jej dziecko.

– Niestety, jest przerwa obiadowa. Bardzo proszę przyjść o 14:00.

Jest 13:00. Trzeba poczekać więc jakąś godzinę. Dziecko płacze, skwar syczy z nieba.

– Czy mogę skorzystać z toalety? – pyta kobieta.

– Tak, oczywiście.

Godzina 20:00. Jest już dawno po przyjęciach interesantów. Siostry odpoczywają bądź zajmują się jeszcze papierkową robotą. Na terenie ośrodka grasują już tylko sprzątaczki.

Jedna z nich zaczyna nagle krzyczeć: – Halo! Halo!!! Tu jest dziecko!

Kobieta, która przyszła je oddać w południe, wolała zostawić je na podłodze w kiblu niż poczekać na koniec przerwy obiadowej. Godzinę.

To dziecko z pewnością za kilka lat stwierdzi, że wolałoby być wysyłane przez swoją matkę do żebrania na ulicy.

DSC00298

***

– Nasz ośrodek wybudowały siostry z Francji i Hiszpanii, choć wśród nich była Polka, odpowiedzialna wówczas za Burkina Faso, Togo, Nigerię, Senegal i Mauretanię. W Rzymie ustalono, że ma to być dom, gdzie można przyjąć nowonarodzone dzieci, by te nie wracały do wiosek, co groziło to śmiercią. Na wioskach brakowało wówczas – i często brakuje nadal – naprawdę wszystkiego. Później zaczęliśmy przyjmować dzieci, których mamy umarły przy porodzie. A potem porzucone, albo te, których mamy są chore – fizycznie lub psychicznie. Co z dzieckiem, kto je wychowa? Rodzina nie ma środków.

Coś na wzór domu dziecka, z tą różnicą, że u nas dziecko jest rok, maksymalnie dwa lata, dopóki jego sytuacja się nie wyjaśni. Jeśli rodzina ich zabierze – idą do domu dziecka albo do adopcji.

Mamy konwencję ze szpitalem, dzięki której leczą nam dzieci za darmo. Jeden dzień w szpitalu to ponad 300 złotych. Gdy przychodzi do nas dziecko, często nie wiemy, co mu jest. Gdyby nie ta konwencja – po prostu by umierały. Rodzina by zapłaciła? Nie – opowiada siostra Bożena, która przyjmuje nas w ośrodku. Służy w nim i w innych krajach afrykańskich od lat.

Oczywiście, że – nawiązując do wypowiedzi – rodzina by nie zapłaciła, bo społeczeństwo senegalskie szpitale po prostu omija. To dla nich niepotrzebny, niemożliwy do zrealizowania wydatek. Coś takiego jak ubezpieczenie społeczne nie istnieje. Wykupują je naprawdę nieliczni. Czasem, jeśli ci się uda, dostaniesz zapewnioną opiekę w ramach umowy o pracę i w przypadku choroby ubezpieczyciel zwróci ci 70% kosztów leczenia. Wtedy możesz mówić, że naprawdę się ustawiłeś.

Gdy jednak potrzeba pomocy medycznej, o wiele tańszym rozwiązaniem jest lokalny uzdrowiciel.

– Gdy dziecko jest porzucone, my nadajemy mu imię, ale mamy zasadę, że nie chrzcimy. Gdy będzie dorosłe – same zadecyduje, kim chce być. Ostatnimi czasy kobiety generalnie rodzą w szpitalach, choć zdarzają się anomalie. W Senegalu Orientalnym nie było na przykład miejsca dla rodzącej kobiety. Czekała na poród trzy dni. O mało co nie umarła. Dla niej lepiej byłoby, gdyby urodziła od razu, na podłodze.

Każdy się tu wymawia: nie ma środków, nie ma tego, tamtego. Jak oni to wszyscy dystrybuują, że nigdy nie ma? – zastanawia się siostra.

DSC00284

***

Siostra Ewa: – Często jest tak, że jak rodzina ma za dużo dzieci, to oddaje kolejne dziecko dalszej rodzinie, jakby w prezencie. Mówią potem na spotkaniach rodzinnych do swojej ciotki „mamo” i doskonale wiedzą, że prawdziwa mama to ta druga. Relacje są zupełnie normalne – spotykają się, prawdziwa mama odwiedza. Mama mnie dała cioci i tyle. W Polsce byłyby problemy, kompleksy, trzeba byłoby wzywać psychologów, psychoterapeutów, a tu nikt się tym nie przejmuje.

W szkole dziewczyn, to kolejna część naszej działalności, takie dzieci też mamy. Uczą się w niej dziewczyny, które mają problemy z nauką. Ukończyły szkołę podstawową, ale nie doszły do matury. W szkole się nie udało, ale coś trzeba w życiu robić – opowiada.

Wchodzimy do jednej z klas. Na środku, pod tablicą, deska do prasowania. Przy niej jedna z uczennic instruuje, jak należy wyprasować koszulę. Dba o to, by kołnierzyk był sztywny. Pokazuje reszcie, jak wyprasować rękaw. Dziewczyny jednym okiem patrzą na prezentację, drugim – by wykorzystać czas – ćwiczą cerowanie ubrania.

– Wiele dziewczyn nigdy w życiu nie trzymało żelazka. U siebie zamiatają co najwyżej miotłą ze słomy, a tutaj dajemy im normalne szczotki, pokazujemy jak zmywać naczynia, jak umyć szyby. Dla nas to jest niepojęte, ale one tych sprzętów nawet nie mają w domu. Kuchnię znają tylko senegalską, a ci lepiej sytuowani chcą jadać po europejsku. Przez dwa lata dziewczyny mieszkając tutaj uczą się życia, a potem szukamy dla nich pracy. Nasze wychowanie i przeszkolenie sprawia, że są pożądane na rynku jako pomoc domowa. Wielu jednak chce je wyzyskiwać. Oferuje wynagrodzenie na poziomie 50 tysięcy miesięcznie (300 złotych) i dziewczyna ma być na ich wyłączność, spać razem z nimi w domu.

– Realnie ile można tu zarobić?

Walczymy o to, by dziewczyny miały przynajmniej 70 tysięcy na początek. Czasami ludzi ta cena odstrasza. Gdy nauczyciel zarabia do 200 tysięcy (1200 złotych), to gdy da dziewczynie 50 za sprzątanie, nie zostanie mu wcale nie tak dużo. Gdy przy tym dziewczyna musi opłacić sobie pokój – na przykład za 40 tysięcy – nie zostaje jej prawie nic.

– To jak tu można wyżyć, skoro ceny są wyższe niż w Polsce?

Jeśli się idzie do francuskich supermarketów, faktycznie są wyższe. W lokalnych sklepach i małych budkach to jest tańsze czasami o połowę. Jak się nie zna cen, płaci się czasami kilka razy więcej.

DSC00291

***

Każde dziecko, niezależnie od tego skąd pochodzi, jest w Senegalu nauczone jednego – uczciwości. Ja nie mam nic, ty nie masz nic, nawet nie mamy sobie czego zabierać. Senegalczyk może chcieć cię naciągnąć, ale na pewno nie oszukać, nie okraść. Jeśli cię urobi to tak, byś odszedł od niego zadowolony.

A złodziejstwo? Wielka hańba. Islam przecież jasno zabrania złodziejstwa.

O tym, jak uczciwi są Senegalczycy, najdobitniej pokazała mi sytuacja, gdy wychodząc ze sklepu minąłem trzech żebrzących dzieciaków i wypadł mi telefon.

– Hej! Hej! Hej!!! – zaczęły krzyczeć wszystkie trzy na raz, a gdy tylko się odwróciłem, już same podały mi do ręki smartfon.

Podejrzewam, że przez rok nie zbiorą tyle, ile w Senegalu taki telefon jest warty.

DSC00297

***

W Senegalu nie chodzi się do szpitali, chodzi się do szamanów. Joanna Wieczorek-Dieng mieszka w Senegalu od maja 2015 roku. Wyszła za Senegalczyka, który pracuje jako szaman. Ona sama napisała książkę „Wszystkie barwy słońca”, inspirowaną między innymi Senegalem, ale i wcześniejszymi podróżami.

– Bangkok, Kambodża i Wietnam. To była moja pierwsza, trzytygodniowa wyprawa. 10 lat później poźniej zupełnie sama ruszyłam w świat z biletem w jedną stronę. Celem była Indonezja. Po drodze poznałam mojego przyszłego męża i ostatecznie osiadłam w Dakarze.

Afryka nigdy mnie nie ciągnęła. Byłam w Czarnej Afryce – bo ja do Afryki nie zaliczam Maroka i Egiptu – w zasadzie tylko raz, w Erytrei. Fascynowała mnie za to Azja, joga, duchowość. Wokół Afryki jest dużo stereotypów. Z czym na się kojarzy? Bieda, ubóstwo, dyktatura, krwawe przewroty i piękna przyroda, safari.

I programy Martyny Wojciechowskiej, która jeździ po glinianych chatkach i rozmawia z dziećmi z wydętymi brzuszkami.  

Przyjechałam do Senegalu prosto z Bali i na początku mnie odrzuciło. Bo spaliny, bo wszechobecny piasek, bo idąc chodnikiem muszę ustępować drogę samochodom, które mają pierwszeństwo. Do tego wszędzie śmieci. Czuję bardzo duży kontrakt z naturą, więc nie potrafię wyrzucić na ulicę papierka. Dopiero gdy się przyzwyczaiłam do wszystkich przywar, zobaczyłam inny Senegal. To, że ludzie się uśmiechają na ulicy, są serdeczni, to że ochroniarze przy budynku pytają „jak się masz, jak leci?”. Kontakt człowieka z człowiekiem jest tu zupełnie inny. Potem doszły do tego afrykańskie kolory, tkaniny, którymi się fascynuję. W takich miejscach na początku przeżywasz szok, później się przyzwyczajasz i dopiero później możesz odnaleźć to, co najpiękniejsze. Tak było ze mną i wieloma obcokrajowcami, których tu spotykam.

Jak wspomniałam – najbardziej odrzucają spaliny, śmietnik, bałagan, bo to, że we framudze są krzywe drzwi albo coś się nie domyka, nie jest żadnym ekstremum. Senegalczycy na zewnątrz są bardzo ładni, elegancko ubrani, zwłaszcza kobiety – zadbane, świetne buciki, piękne stroje. Ale w domach jest nieestetycznie według naszych europejskich standardów. Ci co mają pieniądze robią wnętrza na wysoki połysk i wydaje im się, że to jest ładne. Na pewno dla nich jest, nie dla mnie. Nie przywiązują jednak wagi do tego, że coś odpada, że gdzieś jest brudna ściana. Inna estetyka. Ozdobą są kwiaty plastikowe, już dawno wszystkie obsiadł kurz, ale nikt nie ma potrzeby, by je wytrzeć. Prawdą jest, że tu się wszystko bardzo szybko brudzi i pokrywa kurzem. Taka specyfika klimatu. Spotkałam ostatnio Polkę, która mieszka na Wyspach Kanaryjskich i mówi: w domach nie mamy za fajnie, więc chciałam zrobić po polsku, by było przytulnie. Zasłony, dekoracja… Po paru miesiącach zasłony wyblakłe i obrośnięte pleśnią. Taki klimat. Pewnie te ściany w senegalskich domach byłyby ładne, lecz muszą być co chwilę malowane, więc jeśli mają przeznaczyć pieniądze na to, a na coś bardziej potrzebnego, wybór jest prosty. Poza tym w domach spędzają naprawdę mało czasu – życie toczy się na zewnątrz.

Co myślą o tobie znajomi, gdy opowiadasz im, że rzuciłaś dobrą pracę na wysokim stanowisku po to, by wyjechać do Azji i ostatecznie poślubić uzdrowiciela w Senegalu?

Mieli 2,5 roku by się oswoić z moją przemianą, więc patrzą teraz tylko na efekty. Oczywiście, że na początku byli przerażeni, bo Afryka, bo magia, bo bieda, bo niebezpiecznie. Czas i decyzje weryfikują przyjaźnie i pokazują, którzy znajomi są w stanie odłożyć swoje własne lęki i uznać twoją radość, życzyć ci wszystkiego najlepszego, bez względu na to jak może być za parę lat. Jedna osoba mi „życzyła” piszą w mailu „zobaczysz za dwa lata”. Nasza przyjaźń nie przetrwała tej próby. Wiem także, że wiele osób mnie podziwia za odwagę by iść po swoje i realizować marzenia, choć ja po prostu robiłam to, co uważałam za słuszne. Prowadzi mnie otwartość na nowe i świadomość, że świat mi sprzyja. Zawsze było dobrze, jest i będzie. Nawet jak jest trudno i boli, to wiem, że gdy się potknę, pojawi się sposób na powstanie.

DSC00250

Joanna Wieczorek-Dieng

Na czym polega praca uzdrowiciela? 

On ma genetycznie wrodzoną umiejętność, jego ojciec też jest uzdrowicielem, lecz z uwagi na zaawansowany wiek, jego moce są mniejsze. Ousman widzi duchy, czyli różne formy energetyczne, które są wszędzie wokół nas. Potrafi się z nim komunikować i współpracować do osiągnięcia rezultatu np. uzdrowienia osoby czy przywróceniu harmonii w jego życiu.

Senegal to od XI wieku kraj muzułmański, więc zwyczajowo nazywają tę energię arabskimi nazwami jak np. dżiny, z którymi współpracuje Ousman. Mnie samą od parunastu lat pociągał świat niewidzialny. Doświadczam go na co dzień poprzez różne praktyki rozwoju osobistego, medytacje, praktykę uważności czy jogę. Gdy trzy lata temu zastanawiałam się, na czym polega moc mojego męża, przyszło mi w medytacji, że to taka bardzo stara energia, którą produkuje… Nie wiem, ziemia? To coś takiego, że w jednym miejscu czujesz się dobrze, a w drugim czujesz się źle. Być może tam są jakieś energie, które Ousman widzi, a ty nie widzisz, ale tylko odczuwasz. On jako 13-latek zaczął widzieć energię.

Znalazłam niedawno w Polsce ciekawą książkę „Opowieści spirytystyczne” autorstwa Przemysława Grzybowskiego o pozamaterialnej sferze życia. Autor opisuje zjawiska mediumiczne i ruchy spirytystycznego oraz relacje z eksperymentów i rozmów z różnymi energiami. Mowa tam także o wirujących stolikach na polskich salonach okresu międzywojennego. W seansach brał udział marszałek Józef Piłsudzki,  prezydent Ignacy Mościcki czy minister spraw zagranicznych Józef Beck. Ludzie nauki oraz sztuki zapraszali energię, żeby ją poznać i dowiedzieć się jak jest po śmierci. Autor sklasyfikował energie duchów na parę głównych grup i podgrupy. Wynika z niej, że z duchami jest podobnie jak z ludźmi. Są ludzie i duchy o niskim poziomie świadomości, złośliwe, krnąbrne, zazdrosne, czyniące zło innym. Są takie o wysokim poziomie rozwoju moralno-etycznego, które pomagają i wspierają innych.

I jak to wygląda? Przychodzi do niego pacjent, mówi, że go łamie w krzyżu i co dalej?

Ousman może pomóc nie tylko w chorobie, ale też w niepowodzeniu życiowym. Czasami robi to telefoniczne. Ktoś przedstawia swój problem, a Ousman w medytacji mówi mu „zaczekaj, za 10 minut do ciebie oddzwonię”. Często korzysta z Koranu i zdarza się, że odpowiedź na pytanie przychodzi szybko. Przy poważnych problemach musi przespać temat, czyli dostaje informacje na temat leczenia w nocy od swoich duchów, energii pomocniczych. Możliwe, że człowiek musi złożyć w ofierze dwa barany, koguta albo nakarmić 77 dzieci w szkole. Praktyki magiczno-mistyczne czyli tradycyjna medycyna są w Senegalu na porządku dziennym. Często zobaczysz na ulicy mężczyznę niosącego na głowie butle po 10l wodzie, zabarwioną na ciemno – to znaczy, że otrzymał od uzdrowiciela jakieś ziółka na życiową dolegliwość np. by odgonić niepowodzenie lub przyciągnąć obfitość. Często jest również stosowane spisanie na kartce papieru określonych sentencji z Koranu. Wsadzasz do butelki z wodą i polewasz się nią parę razy dziennie. I teraz uwaga. Nie należy się śmiać, ale poczytać o wynikach badań japońskiego naukowca, doktora Emoto. Robił eksperymenty nad wodą i dowiódł naukowo, to co rdzenne kultury stosują intuicyjnie od zawsze. Emoto wykazał, że woda ma pamięć, czyli zachowuje w sobie nadany jej energetyczny przekaz. O jego eksperymentach z wpływem słów i muzyki na wodę jest dużo informacji w internecie. Emoto ustawił trzy szklanki z wodą i codziennie mówił te same słowa do każdej z nich. Do jednej „kocham cię”, do drugiej „nienawidzę cię”, a trzecią ignorował. Po miesiącu zamroził wodę i zobaczył, jak się układały kryształki lodu. Zobaczył, że przy znienawidzonej wodzie kształt był niesymetryczny, przy „kocham cię” piękny, symetryczny, a ta ignorowana miała najbrzydszy układ.

I co, to nie był przypadek?

Nie, takie testy są przecież powtarzane, a to jedno z najbardziej znanych badań i wiedza dostępna na internecie. Dla wody grał też muzykę – dla jednej klasyczną, dla drugiej rockową.

I jaką lubi najbardziej woda?

Harmonijną, czyli klasyczną. Mamy w naszym ciele od 60 do 80% wody. Pomyśl sobie, jak my wpływamy na naszą strukturę ciała w zależności od tego, co mówimy sobie i innym. Nasze słowa mają moc stwórczą. Na tym polega podstawowa kreacja. Uświadomienie sobie tego to duża odpowiedzialność za swoje życie. Bo nagle złapiesz się na tym, że gdy kolejnym razem wściekasz się na kogoś lub komuś źle życzysz to masz świadomość jak reaguje na to biochemia twojego ciała i jaką strzałę energetyczną wysyłasz do kogoś.

Praca Ousmana nie jest dla mnie zabobonem ani magią, tym bardziej czarną, czyli szkodzącą ludziom i wszelkiemu życiu. Tym niemniej w każdej kulturze, jak i w tej są elementy zabobonu, oparte na strachu. W polskiej tak samo: gdy czarny kot przejdzie ci drogę, to ile niby wyedukowanych osób na wszelki wypadek zaczeka aż ktoś inny przetnie drogę kota pierwszy? Bo niby nie wierzymy, ale… Mamy to zakodowane w podświadomości, to nasz zbiorowy program. Możesz go sobie odwrócić. Tak jak zrobiłam parę lat temu. Przyjęłam ze sobą założenie, że dla mnie czarny kot oznacza szczęście i gdy tylko widzę jakiegoś na ulicy, przyśpieszam kroku by przeciął mi drogę. To taka gra z podświadomością i wyłamywaniem się z narzuconych społecznie przesądów. Zabobon to wierzenie oparte na strachu. Wynika z tego, że ktoś coś dawno temu powiedział, inni to powtórzyli i to poszło na kolejne pokolenia. Ale niektóre rzeczy – jak ta woda – to po prostu prawa natury. Gdy pijesz herbatę to powiedz do wody, by zharmonizowała wszystkie elementy twojego ciała i sprawdź jak inaczej poczujesz.

Ty tak robisz?

Tak.

„Wątroba mnie boli, zharmonizuj ją”.

Mentalnie czuję się dzięki temu lepiej. A systematyczna praktyka czyni cuda, czyli tworzy zmianę. Lubię wplatać elementy magii w codzienną praktykę, w ten sposób łącząc ducha z materią. Jestem zmysłami w świecie widzialnym, obecna także świadomością w tym niewidzialnym. Fajnie jest się napić herbaty, do której wysłałeś błogosławieństwo i życzenia dobrego dnia. Żeby do tego dojść najpierw musisz uznać, że masz siłę mentalną, ale nas nauczono, że jej nie mamy. System uczy nas posłuchu dla eksperta zewnętrznego, nie tego w sobie. Jesteś w szkole i masz się słuchać nauczyciela, potem szefa, eksperta od finansów, guru od medytacji, eksperta od dobrego życia, tarocisty etc. Dobrze jest czerpać inspirację z zewnątrz i słuchać opowieści ludzi, którzy doszli tam, dokąd my zmierzamy. Ale uwaga na nadmierne zapatrzenie i uniżenie, gdy innych stawiamy nad sobą i zapominamy sprawdzić czy ich Prawdy są zgodne z moją Prawdą.

Ousmane szepcze więc do wody, która przejmuje energetycznie tę informacje, podobnie jak robią szeptuchy na wschodniej granicy Polski. Często jeździ do baobaba lub do buszu i tam odprawia rytuały i ceremonie we współpracy ze swoimi pomocniczymi energiami. Potrzebuje być wtedy sam, więc nie mogę z nim jechać, z uwagi na fakt, że to niebezpieczna praca. Oznacza to, że niskie energie próbują mu przeszkodzić w zadaniu np. aranżując wypadek samochodowy. Ousmane miał już parę atrakcji samochodowych, do niczego groźnego nie doszło, bo wie jak się zabezpieczać. Dlatego nie mogę z nim jechać i nakręcać jego pracy jak robią to inni podróżnicy. Metod pracy szamanów na całym świecie jest bardzo wiele i dotykają różnych poziomów istnienia energii. Można nakręcić proste okadzanie w domu szamana czy rozbicie jajek na progu domu itd.

W Senegalu jest parę specjalizacji uzdrowicieli i dużo fałszywych. Trudno się w tym połapać czasami. Trzeba być tu dłużej i poznać lepiej kulturę. Marabouci są przede wszystkim doradcami od spraw religii, czasami także widzą duchy i uzdrawiają. Poza tym są uzdrowiciele, fetyszyści i inni którzy stosują w praktykach ziołolecznictwo, przygotowują amulety i talizmany np. skórzany pas gris-gris. Przymocowane są do niego małe sakiewki z elementami ochronnymi np. fragment rośliny czy fragment koranu. Z reguły noszą go mężczyźni. Ewentualnie amulety na ochronę, miłość. Cała Afryka stoi magią. Biała kobieta z opowiadała mi, że współpracując z Senegalkami nagle zniknęły pieniądze w firmie. Senegalka odpowiedzialna za rozrachunki rozłożyła szeroko dłonie i powiedziała:

– Co ja teraz zrobię? Duchy! Duchy zabrały!

Senegalczykowi wkręcisz coś takiego?

Myślę, że tak, bo to naturalne w jego kulturze. Natomiast jak ktoś ci będzie dawał talizmany, to absolutnie tego nie bierz. W każdych talizmanach jest sporo magii. Ousman mnie przestrzegał: nie podawaj ręki, nie wieszaj w hotelach rzeczy na suszarce. Panuje to przekonanie, że biały jest bogaty i sponsoruje czarnego. Nie dawaj też swoich rzeczy na ulicy. Ktoś może rzucić na ciebie urok na zasadzie: wezmę jego rzecz, pójdę do marabuta, następnym razem spotkam się z tą osobą i ona straci rozsądek. Możesz nawet pójść po czymś takim do bankomatu i wyciągnąć całą swoją kasę.

I przez pierwszy rok pobytu w Senegalu nie podawałam ręki, a teraz śmiało bo już w to nie wierzę, czyli nie odbieram tej czynności jako zagrożenie. A jak nie wierzę, to nie daję temu swojej mocy, czyli to nie ma na mnie wpływu.

Trzeba wierzyć w swoje szczęście, pomyślność i dobry los, nawet jak jest inaczej w jakiejś sferze życia. W Senegalu mieszkam już 3 lata. Jestem cała i zdrowa, mimo silnej obecności tej magiczno-mistycznej strony życia łącznie z czarną magią. Oczywiście mam męża szamana, który też robi swoje praktyki na nasze bezpieczeństwo. Ale zanim go poznałam, zjeździłam sama lub z kimś kawałek świata i nigdy mi się nic złego nie wydarzyło. Tymczasem pewna Polka już pierwszego dnia w Dakarze prawie miała stłuczkę w taksówce. Trzeba by sprawdzić głębiej co w niej siedzi, czyli jakie wierzenie i poglądy trzyma na temat swojego bezpieczeństwa.

Może to też przypadek?

Jeszcze wierzysz w przypadki?

Oczywiście, że tak.

Pogadamy za parę lat, gdy zaczniesz szukać informacji o energii, wibracji, fizyce kwantowej i częstotliwościach, 3 funkcjach umysłu i polach morfogenetycznych etc. Nie widzisz, więc nie wierzysz że coś na ciebie wpływa? Kiedyś czarną magią była elektryczność. Skoro jej nie widać, to czym ona jest? To, że czegoś nie rozumiemy, nie znaczy że tego nie ma. Współczesna nauka jest świetna, bo udowadnia wiele mistycznych spraw. Coraz więcej ludzi odchodzi od zabobonów i zaczyna szukać wiedzy.

DSC00709

W podświadomości mamy jakieś poglądy, z których zupełnie nie zdajemy sobie sprawy. Emanujemy czymś, co ja nazywam eterycznym zapachem. Czasami miła i sympatyczna osoba ma tak, że przyciąga na siebie problemy. Polecam jej wtedy sesję z odpowiednią osobą, nad rozpoznaniem i uwolnieniem się od wewnętrznego ‘przyciągacza problemów’.

Dorabiasz do tego ideologię, ale jak ktoś chodzi po mieście i boi się o swój drogi aparat, to zwyczajnie wygląda na łatwą ofiarę przez swoje zachowanie. Po prostu. 

Tak. Jest mowa ciała i emanuje zapachem strachu.

Po prostu złodziej widzi, że łatwo ją okraść. 

I akurat osoba jest w tym miejscu w którym jest złodziej. Przecież nie stoją oni na każdym rogu. Bardziej są jak łowna zwierzyna i potrafią instynktem zwęszyć ofiarę. Inne badania naukowe wykazały częstotliwość wibracji gdy odczuwasz strach albo miłość. Nauka pokazała już, że wszystko ma określoną częstotliwość. Jesteśmy jak odbiorniki nadawczo-odbiorcze. Wysyłamy energetyczne informacje o sobie na podstawie naszych myśli i nieświadomych przekonań i dostajemy informację zwrotną. Czyli osoby i sytuacje dopasowane do tego co wysyłamy. Prosta puenta: chcesz by w twoim życiu było więcej spokoju i łagodności, wytwórz ten stan wpierw w sobie. Chcesz więcej miłości, wpierw daj sobie ten stan a wtedy zaczniesz przyciągać ją z zewnątrz.

Z jakimi problemami przychodzą ludzie do twojego męża?

Przeróżnymi. Para nie mogła zajść w ciążę. Albo kobieta w Gambii zobaczyła w nocy ducha i się przestraszyła. Duchy tutejsze dość brzydko wyglądają jak na nasze ludzkie standardy – to połączenie zwierzęcia z człowiekiem. Szponowate stopy, stojąca sylwetka, bródka, wyłupiaste oczy. Idziesz wieczorem po wsi i zobaczysz coś takiego… Jak człowiek się przestraszy – zwariuje. Ktoś nie mógł wynająć gdzieś mieszkania i potrzebował szamana na oczyszczenie przestrzeni. W książce pisałam, że mąż kończy uzdrawianie raka pary z półwyspu Arabskiego. Nasza kultura i medycyna pokroiła człowieka na części, każdy lekarz odpowiada za swój narząd. Jak jest jakiś błąd, winne temu są złe duchy. Ousman dostaje informacje w śnie od swoich duchów, co potrzebuje klient i albo to spełnia, albo nie. Chyba że klient na przykład nie ma pieniędzy, by kupić krowę, którą trzeba poświęcić. Afryka jest wbrew pozorom droga.

Tego raka udało się wyleczyć?

Mhm.

Serio?

No tak. Co to za problem? Wiele osób wyleczyło się z raka naturalnymi metodami, odpowiednie jedzenie, zmiana stylu życia, siła umysłu, medytacji, wizualizacji itd. Nie tylko medycyna zachodnia leczy z raka, choć wielu osób nie ulecza, podobnie jak medycyna naturalna nie zawsze jest skuteczna dla każdego.

Oni leczyli się tradycyjną medycyną?

Leczyli, bo nie wierzyli na początku w metody Ousmana, jak zresztą wiele osób. Chodzili na naświetlenia i chemioterapię.

To może wyleczyli się lekami? 

Ich prowadzący lekarz dał diagnozę 3 miesięcy życia, a to było parę lat temu. Gdy zgłosili się do Ousmana, on robił swoje praktyki, wysyłał np. zioła do Arabii Saudyjskiej. Nie było łatwo, odrzucili je raz na lotnisku i trzeba było dużo modlitwy, by przeszły kontrolę celną. Arabia zamyka się na ziołolecznictwo tak jak Europa już dawno temu – by mogły rosnąć korporacje medyczne. Gdy zaczęli widzieć efekty, zaczęli korzystać z usług Ousmana. To było małżeństwo związane z rządem Jasira Arafata, dość prominentni, rozmawiałam z kobietą. Jeździli co jakiś czas do swojej kliniki na testy i była poprawa. To był chyba rak gardła i trzustki.

Jeśli jest jak mówisz, masz w domu żyłę złota. Wyjedźcie do Europy, gdzie jest większy pieniądz i z taką skutecznością będziecie milionerami.

Powiedz człowiekowi w Europie, żeby wysłał pieniądze do Afryki dla lokalnego uzdrowiciela, by mógł zrobić dla ciebie afrykański rytuał np. zabić krowę w intencji ozdrowienia. Od razu kojarzy nam się nigeryjski przekręt. Miałam oczywiście początkowo pomysł, by przenieść działalność męża do Europy. Parę razy zostałam skontaktowana przez osoby z Polski. Ousman uzyskiwał w śnie potrzebne informacje, a ja następnego dni miałam przekazać osobie, by przelała na moje konto pieniądze za pięć krów. Jedna kosztuje tu od 1,5 do 3 tysięcy złotych. Od razu brzmi jak próba wyłudzenia. Więc mimo szczerych chęci na samym początku, zrezygnowałam z tego pomysłu. Ousmane robi swoje działania, a ja się koncentruje na swoich.

Ousman sam zabija zwierzęta?

Nie, ktoś robi to za niego. Taki sposób pracy był dla mnie początkowo trudny do zrozumienia, ale z czasem uznałam, że każde miejsce ma swoją specyfikę. Jestem w Afryce i tu po prostu tak jest, muszę się dostosować. Zrozumiałam, że czasami są sytuacje, w których śmierć służy życiu. Są kultury, w których poświęca się życie zwierzęcia lub, mówiąc inaczej, zwierzę oddaje swoje życie człowiekowi, by ten mógł żyć. Nie mam prawa tego oceniać i osądzać, czy krytykować. Mogę zaobserwować i uznać czy mi to pasuje czy nie. Tak sobie ułożyłam życie, że mam możliwość przyjrzeć się i doświadczyć różnych rzeczy a potem je opisać. Pokazać Europejczykom, ale w taki sposób, by to uszanować i zrozumieć.

Poza tym Ousmane jest mężczyzną o ogromnym sercu, szlachetności i łagodności. Gdy się poznaliśmy, ciągle był w rozjazdach – cały czas dobrodusznie i nieodpłatnie pomagał ludziom, ponosząc swoje koszty benzyny, noclegu, energii i czasu. Niedługo po tym jak się poznaliśmy, jakaś niewidoma kobieta miała niesłusznie trafić do więzienia, Ousman robił swoje modlitwy, zarządził jej prysznic z ziół i sprawa sądowa potoczyła się na jej korzyść. Później dzwoniła do niego przeszczęśliwa i chciała się spotkać. Pojechałam tam z nim, ale siedziałam z boku, nic nie rozumiałam. Widziałam przeszczęśliwą kobietę, która śmiała się do rozpuku swoim głośnym tubalnym głosem. Ousman początkowo dużo uzdrowień robił za darmo, zmagając się z mitem biednej duchowości. Ludziom się nadal wydaje, że duchowo oznacza „za darmo”, bo 2000 lat temu Jezus chodził i uzdrawiał. Zapominają przy tym, że ludzie dawali Jezusowi takie dary, jakie mieli: jedzenie, ubrania, schronienie. Zawsze musi być wymiana. Nie zawsze musi nim być pieniądz, ale dziś to najbardziej powszechny sposób.

Jak wielu jest szamanów w Senegalu? To popularne czy twój mąż jest w jakiś sposób wyjątkowy? 

Nie, nie jest. Jest to bardzo popularne i jest bardzo dużo marabutów i uzdrowicieli, mających swoje specyfikacje. Niektórzy są dość mocni, ale ja ich nie poznałam, bo nie szukałam, mam swojego. Bardzo dużo jest natomiast hochsztaplerów. Chcieliby się uważać za mających moce do uzdrawiania i z nimi trzeba uważać. Biednego społeczeństwa nie stać na pójście do szpitala, a do szpitala publicznego są wielkie kolejki. Idą wtedy do różnych uzdrowicieli. Ten przyjeżdża z odległej części kraju, robi wokół siebie dużo szumu, wyłudzi pieniądze i jedzie dalej.

Funkcjonują w kraju szamani-celebryci, którzy znani są ze swojej skuteczności i brylują w mediach? 

Są marabouci i uzdrowiciele znani w całym kraju czy grupy wyznawców zrzeszonych wokół danego przywódcy tzw. bractwa religijne. Ich przywódcy zapraszani są często do mediów stanowiąc ważny element życia społecznego. Często to sędziwi panowie z przeciwsłonecznymi okularami na twarzy, które dodają im aury tajemniczości i prestiżu. Nie nazwałabym tego brylowaniem, to twój slang.

A ty sama korzystasz z usług uzdrowicieli? Bierze cię grypa i prosisz, by mąż coś zaradził?

Oczywiście. Gdy uzdrawiał ludzi z raka, żona chorego opisywała w sms, co z niego wychodzi po zażyciu ziół przeczyszczających. Gdy to czytałam powiedziałam mu, by dał mi to samo, by moje ciało podobnie zostało oczyszczone z metali ciężkich i innych toksyn. Przywiózł mi pięć kolorowych proszków. Wypiliśmy to i po 10 minutach zaczął mnie boleć brzuch. Ale tak mocno, jak nigdy w życiu. On mówi:

– No tak, bo roślina jest mądra i wie, co ma w jelitach zdziałać.

Tak mnie bolał ten brzuch, że w końcu się nade mną zlitował. Nalałam do szklanki wody, on zmówił nad szklanką modlitwę, wypiłam i poszłam spać. 10 minut później wciąż mnie bardzo bolało i nie czułam żadnego efektu. Pomyślałam – no trudno, nie działa, mężu coś nieskuteczny. I nagle poczułam jak powolutku tracę świadomość i odpłynęłam w sen. Obudziłam się następnego dnia.

Zawsze cię pociągały takie klimaty. Przeczytałem, że jeszcze mieszkając w Polsce uczestniczyłaś w warsztatach z szamanizmu. 

Akurat uczestniczyłam raz i bardzo dawno temu. Najczęściej na wszelkich warsztatach rozwoju osobistego chodzi po prostu o to, by człowiek wszedł wgłąb i zaczął czuć samego siebie. Jesteśmy jak antena nadawczo-odbiorcza. Im bardziej siebie uwrażliwisz, tym więcej informacji ze świata niewidzialnego możesz przyjąć, w tym usłyszeć głos własnego serca, bo często mamy za głośny umysł. Do tego zalękniony i mocno zewnątrzsterowny, czyli pod wpływem innych ludzi. Gdy jesteś bardziej wewnątrzsterowny – wiesz, co dobre, a co nie. W sklepie czujesz, że po to jabłko sięgnę, a po to nie, bo zbyt spryskane chemią. Im większa subtelność, zaczniesz sobie rozmawiać z wodą i poczujesz, że ci odpowiada. Moja magia w życiu codziennym polega na tym, że dla mnie wszystko jest energią i informacją. Świat mi podpowiada. Wszystko się ze sobą łączy i zwracam uwagę na sygnały, informacje, które wysyła mi codzienność. Szukasz odpowiedzi na pytanie: jechać tu czy tu? I ufasz swojej wewnętrznej mądrości, by się objawiła. Wieczorem przeglądasz gazetę i przykuwa twoje oko Hiszpania: aha, to jest to. By być w takiej komunikacji, musisz się bardzo uwrażliwić. Alkohol, papierosy, hałas, mięso zagłuszają cię. Kursy rozwoju osobistego pomagają człowiekowi się odblokować i dojść do wewnętrznej wiedzy o samej sobie.

DSC00344

Jak wygląda ślub w Senegalu? 

Najpierw posłaniec pana młodego przybywa do rodziny panny młodej prowadzić negocjacje. Gdy uzgodnią warunki, przybywa raz jeszcze z podarunkami. Zbiera się wtedy cała rodzina, posłaniec pokazuje różne tkaniny, zastawę stołową, biżuterię, pościel… Jak już się ze sobą dogadają kto i za co płaci, dochodzi do ślubu meczetowego, a później jest wesele. Na weselu panna młoda trzy razy zmienia ubrania i makijaż. Muzykanci przygrywają na bębnach i innych instrumentach, wodzireje rozprawiają swoje teksty, goście jedzą z wielkich tac dla kilku osób. Jest głośno, tłumnie i wesoło.

Twoi rodzice dostali posag?

Nie, Ousman jest bardziej europejski. Poznaliśmy się w podróży. Przebywał pięć lat w Tajlandii i jechał do Japonii, spotkaliśmy się w pół drogi. Swój ślub meczetowy spędziłam w hotelu.

Jak to? Nie byłaś na własnym ślubie? 

No nie, nie ma obowiązku, by kobieta była obecna podczas ślubu. Poza tym nie jestem muzułmanką – nie mogę wziąć ślubu w meczecie. Ousman sam pozałatwiał nasze obowiązki.

Ale jednak chciałoby się być na własnym ślubie. 

Byłam na cywilnym.

Myślałam, że to będzie jak urząd stanu cywilnego w Polsce – wchodzisz, duża sala, oficjalnie. A my po prostu weszliśmy do małego pokoju ze świadkami, zagracony stolik, człowiek wyjął szarfę, odczytał co miał odczytać i tyle.  Mieliśmy zrobić wesele w Polsce, Ousmana nie było jeszcze w naszym kraju, więc tak się rozpłynęło.

Co ty tu właściwie robisz z Senegalu poza tym, że jesteś żoną uzdrowiciela? Podejrzewam, że są lepsze miejsca do życia, ale trzyma was praca twojego męża. 

Docelowo Afryka nie jest moim miejscem do życia. To dobre miejsce na ten moment. Napisałam tu pierwszą książkę w życiu. Senegal ma bardzo dużą energię kreatywności. Jest tu bardzo dużo młodych ludzi w porównaniu ze starzejącą się Europą. Oni cały czas coś robią – tu ktoś sprzedaje buty, tu ktoś ma warsztat. Prowadzę na miejscu zajęcia z jogi, coaching i spotkania zagranicznych kobiet mieszkających w Dakarze. Uczestniczę w lokalnym artystycznym życiu, fascynuje mnie żywotność i żywioły Senegalu.

Organizuję również pobyty tematyczne. Mam gotowy program pobytu tylko dla kobiet, na którym jest mocne zanurzenie w kulturę. Przygotowuję również pobyty sportowe, tu jest surfing, nurkowanie, golf etc, rodzinne, prywatne i firmowe. Senegal ma całą infrastrukturę na wspaniały wypoczynek, my dopiero odkrywamy ten kraj.

Ludzie z reguły podróżują do Azji czy w inne bardziej uporządkowane miejsca. Silną stroną Senegalu jest tutejsza przyroda, gościnność, serdeczność ludzi, słońce cały rok, Ocean Atlantycki, smaczna kuchnia, wiele atrakcji i wydarzeń kulturowych oraz jest bezpiecznie.

Bieda przerażała czy można przywyknąć?

Wiele razy zastanawiałam się nad ich biedą i nad naszą biedą. My mamy inną. Nam się wydaje, że skoro jesteśmy bogaci materialnie, to mamy wszystko. Jeżdżąc poza Dakar widzę ludzi żyjących na bardzo niskim poziomie – paręnaście osób żyje w dużym mieszkaniu na kupie po trzy osoby na łóżku – ale… są razem. Spędzają ze sobą dużo czasu, śmieją się, wspólnie odwiedzają i gotują. Mają niezwykle silne wsparcie, poczucie więzi i rodziny. Jak sobie popatrzę na życie człowieka europejskiego, jest trochę smutne. Bierzesz kredyt na 20 lat po to, by kupić klitkę na 50 metrów i musisz pracować, żeby go spłacić. Co więcej – musisz żyć w tej klitce, bo przychodzi zima i nie będziesz spędzał dni na dworze jak oni… Pomyślałam sobie: w zasadzie to ciekawe, kto ma lepiej. Ci, którzy mają niski poziom życia, ale się cieszą, bawią, przynależą, czy ci, którzy mają telewizory, domy i samochody, ale są niewolnikami systemu.

Lecąc tu, bardziej od biedy, bałam się tego, jak wygląda tu islam. Zastanawiałam się, czy będę musiała chodzić w burkach. Wyszłam z lotniska i zobaczyłam obcisłe jeansy, topy… O, jak tak wygląda islam to ja poproszę! Początkowo mieszkałam poza Dakarem w turystycznej miejscowości. Odrzucała mnie tam seks turystyka. To miejsce, gdzie Francuzi, Włosi czy Hiszpanie mają swoje drugie domy nad oceanem czyli letnie rezydencje. Widok starszych białych ludzi z młodymi czarnymi kobietami był dla mnie nieprzyjemny. Taki tu islam, ale jak Allah nie widzi to można wszystko – narkotyki, alkohol, prostytucja. Całe szczęście, że żyjąc tam miałam swój stały cykl: pisałam książkę, w przerwach biegłam dla relaksu nad ocean, wracałam i znów pisałam. Ousman jeździł i uzdrawiał. Śmiałam się, że mąż jest w delegacji.

W senegalskiej piłce też jest bardzo dużo magii i mistycyzmu, ale mało kto opowie ci o tym oficjalnie. Każdy uzdrowiciel ma swoje techniki i swoich klientów. Myślę, że na pewno pomagają też czołowym senegalskim piłkarzom. Magia i mistycyzm jest w tkance narodu. Ale obok tego jest też technika i praca własna – wszyscy o tym wiedzą i zawodnicy, i uzdrowiciele. Senegalczycy traktują wizyty u maraboutów jako ważne wsparcie, ale tylko dodatkowe. Jeżeli może pomóc, czemu nie skorzystać. Pewien taksówkarz powiedział mi: – c`est la technique, pas mystique, czyli to kwestia techniki, nie mistyki. A jak będzie? Zobaczymy już za moment.

DSC00395

***

Że mało było w tym tekście piłki? Mało, ale chciałem pokazać Senegal taki, jaki jest. Biedny. Mroczny. Prawdziwy.

Na koniec, by jednak wpleść wątek futbolowy, oddajmy głos siostrze Bożenie: – Bardzo często przyjeżdża do nas Bafetimbi Gomis. Był zresztą nawet dwa tygodnie temu. Przesympatyczny facet. Zazwyczaj zabiera ze sobą swoje dzieciaki, które się tu bawią. Zawsze albo da kopertę, albo przywiezie jogurciki, przeciery, pieluchy. W tym roku wziął żonę, dziecko, teściową i siostrę. Powtarza tylko: – Siostro, Francuzi to już zupełnie się nie modlą.

Co mnie jednak najbardziej urzeka – nigdy nie potrzebuje zdjęcia. Gdy go ostatnio spytałam, czemu nie robi sobie tu żadnych zdjęć, odpowiedział: – Nie robię, to prawda. Nie potrzebuję tego.

Ale z siostrą? Z siostrą to czysta przyjemność.

Z DAKARU JAKUB BIAŁEK

WSZYSTKIE ODCINKI CYKLU VITAY SENEGAL:

– tekst o akademii, w której wychował się Sadio Mane – CZYTAJ TUTAJ

– reportaż z Wyspy Goree, czyli wyspy niewolników – CZYTAJ TUTAJ

– wywiad z renomowanym dziennikarzem Bambą Kasse o realiach senegalskiej piłki – CZYTAJ TUTAJ

– dzień z życia senegalskiej redakcji – CZYTAJ TUTAJ

WSZYSTKIE ODCINKI CYKLU VITAY JAPONIA:

– tekst o Vegalcie Sendai, czyli klubie z miasta, które podniosło się po straszliwym tsunami – CZYTAJ TUTAJ

– o klimacie japońskich niższych lig – CZYTAJ TUTAJ

– wywiad z Takeshim Ono, pracownikiem japońskiej federacji odpowiadającym za szkolenie młodzieży – CZYTAJ TUTAJ

– reportaż o Jubilo Iwata, klubie Krzysztofa Kamińskiego – CZYTAJ TUTAJ

POZOSTAŁE ODCINKI VITAY KOLUMBIA:

– wywiad z najpiękniejszą dziennikarką świata, Mariną Granzierą – CZYTAJ TUTAJ

– barwna rozmowa z Manuelem Arboledą – CZYTAJ TUTAJ

– o miejscu, które wychowało Jamesa Rodrigueza – CZYTAJ TUTAJ

– srebro albo ołów – śladami Pablo Escobara – CZYTAJ TUTAJ

Vitay_Senegal

KOMENTARZE (10)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
SurVim

Za wywiad z tą laską masz minusa.

LordInfamous
Armia Szatana-antyżydochrześcijaństwo

Swietny wywiad, ide poczytać więcej o tych sprawach

KamaBalde

Okropny tekst w 1 części, tendencyjny i pod wieloma względami jednostronny, a w drugiej lans nieznużenie lansującej sie pani. A fuj.

wscieklybajpas

ale syf. dawniej narzekałem że mieszkam w Polsce. bo przecież chujnia a zachód taki fajny. potem objechałem Bałkany i zmieniła mi się perspektywa. a przecież ci murzyni w lepiankach z gówna mają jeszcze gorzej. inna rzecz że jakoś niewiele robią aby poprawić swój stan bytu. przecież są na świecie inne chujowe i nieprzyjazne miejsca a jednak ludzie radzą sobie tam całkiem nieźle. jakoś mi ich nie żal

Andrzej123

aż się musiałem zarejestrować, żeby skomentować…
ten wywiad to jakiś żart, czy tak na serio, bo trudno to traktować poważnie?

varak
RKS Radomiak Radom

Nie pisz tak, bo złe duchy cię w nocy nawiedzą i tego… zepsują aurę? Potem będziesz musiał płacić ziomkowi z Senegalu 3k za zabicie krowy (której nikt nigdy nie widział, ale cśś).

Kondredd
Ciupakabra Klukosieki

Nie piszcie, że Białek lansuje tę crazy-new-age laskę, bo zadaje jej sceptyczne pytania. Fakt, że tekst niby o Senegalu, a dziewucha skradła cały show. Kurde, z tego Japończyka od pamięci wody taki naukowiec, jak ze mnie ksiądz.

MarioWMG

co to za bełkot jakiegoś pojemnika na spermę czarnego?!! won z tym gównem.

Dymczasem

Piłsudzki… tys chyba z komorofskim i wałensom te same książki oglądał…

terefere

To się nazywa placebo…

wpDiscuz