Niepozorny, ale tętniący życiem, które wprowadzili na trybuny kibice Aarhus. Stadion w Randers był we wtorek świadkiem wielkiej wygranej Lecha Poznań w eliminacjach Ligi Mistrzów. Mistrzowie Polski doskonale poradzili sobie z groźnym przeciwnikiem i wykorzystali sprzyjające okoliczności, do wypracowania solidnej zaliczki przed rewanżem w stolicy Wielkopolski. Mieli też jednak drobne problemy, za które należy w sporym stopniu winić dwunastego zawodnika ekipy gospodarzy. No, od pewnego momentu jedenastego…
Każde wyczytanie nazwy polskiego klubu przez spikera było dla fanów AGF okazją do głośnego buczenia. Wyjście piłkarzy Lecha na rozgrzewkę, na mecz – również. To ostatnie wyglądało zresztą kuriozalnie, bo najpierw na murawie w asyście bardzo negatywnej reakcji miejscowych pojawili się goście, a dopiero później, wśród oklasków i wiwatów, wyszli z tunelu zawodnicy Aarhus. Początkowo wydawało się, że to sprytny zabieg gospodarzy, by jakoś zdeprymować zawodników Kolejorza, może trochę wystraszyć.
Nieczysta zagrywka? Prawda jest nieco inna – tunel stadionu w Randers ma po prostu szerokość porównywalną z szerokością przedpokoju w mikrokawalerce. Długość zresztą też. Upchnięcie w nim dwóch drużyn graniczy raczej z cudem.
Co nie zmienia faktu, że kibice De Hviie odegrali w całym spotkaniu całkiem ważną rolę.

Piłkarze Lecha w krótkim oczekiwaniu na wyjście swoich rywali. Obrazek, sami przyznacie, niecodzienny
Doping jak wiatr w żagle. Kibice Aarhus stworzyli świetną atmosferę
Już przed meczem czuć było, że dla nich ten mecz jest naprawdę wyjątkowym. Cały klub dalej unosi się na fali odzyskanego po czterdziestu latach mistrzostwa Danii i w nowy sezon wchodzi z wielkimi nadziejami. Może nieco osłabiony na boisku, ale za to bardzo silny wokół niego. Nietrudno było zwrócić uwagę na mnogość meczowych koszulek na trybunach stadionu w Randers – właściwie to bardzo niewielki odsetek kibiców Aarhus nie wybrał się na mecz z Lechem w stroju galowym. W efekcie trybuny wyglądały naprawdę okazale, tym bardziej, że zdecydowana większość fanów wybrała wariant biały, a nie wyjazdową, granatową koszulkę. Przydomek De Hviie – czyli „Biali” – zobowiązuje.
No i okolicznościowa, mistrzowska koszulka też została przygotowana w białym wariancie, a cieszy się ogromną popularnością. W sumie nic dziwnego, bo zdobycie tytułu po tylu latach oczekiwania musi smakować w drugim największym mieście w Danii wybornie.

Złota czcionka nie może oznaczać niczego innego. Tak wyglądają kibice mistrza Danii
Świetna atmosfera wokół zespołu napędza też zresztą dobry doping. Ten w pierwszych dwudziestu minutach meczu niósł podopiecznych Jakoba Poulsena, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Parę chwytliwych przyśpiewek, dobrze kopiąca „angieleczka” i wtedy jeszcze całkiem otwarty wynik. Piłkarze Aarhus mieli zresztą w początkowych fragmentach rywalizacji widoczną przewagę, tylko nie udało im się jej przełożyć na gole. Mówił o tym po spotkaniu trener Frederiksen, który zauważał, że jego Lech zagrał dojrzale i w przeciwieństwie do rywali wiedział, że czasem trzeba porzucić swój wypracowany styl dla dobra wyniku.
U trenera Poulsena jeszcze tej świadomości nie ma, ale to chyba właśnie frycowe, które płaci Aarhus w pucharach jako zespół niezbyt doświadczony na arenie europejskiej.
Sensacyjny, lecz nieprzypadkowy mistrz. Trzeba bać się Aarhus?
Na ten poziom dojechali we wtorek tylko fani. Wyposzczeni latami posuchy i spragnieni większej piłki, czemu dali wyraz w swojej meczowej oprawie. – Długa historia wzlotów i upadków – napisali na dumnie eksponowanym transparencie, przypominając czasy, w których nie było tak kolorowo jak dziś.

Wiadomo, do polskich kibiców nie mają pod tym względem startu
Piekło wejścia w drugą połowę. Lech wytrzymał i odzyskał kontrolę
Na trybunie prasowej patrzyliśmy po sobie z pewnym niedowierzaniem, kiedy po zmianie stron grające w osłabieniu Aarhus postanowiło jeszcze trochę powalczyć i wraz z odrobiną wysiłku zaczęło poważnie dawać się Lechowi we znaki. Wraz z piłkarzami utracony pod koniec pierwszej połowy wigor odzyskało ponad osiem tysięcy fanów AGF. Właśnie – nie było ich w gruncie rzeczy zbyt wielu, ale konstrukcja stadionu, niewielka odległość trybun od boiska i zaangażowanie całego stadionu, nie tylko młyna, sprawiało, że przez dobry kwadrans było w Randers bardzo głośno.
O ten fragment spotkania pytałem po ostatnim gwizdku Michała Gurgula, który rozegrał świetne zawody, był zadowolony z wyniku, ale doceniał siłę miejscowych fanów. – Jak grasz u siebie, to zawsze czerpiesz z energii płynącej z trybun. A atmosfera była dziś, szczerze mówiąc, niesamowita – dawno nie spotkałem się z czymś takim przy okazji meczu wyjazdowego. Należą się kibicom rywali brawa, bo na pewno dali swojej drużynie wiatru w żagle. Myślę zresztą, że doping pomógł Aarhus strzelić gola na 1:2 – ocenił piłkarz Lecha. – My musieliśmy wytrzymać dziś te momenty wzmożenia na trybunach. Wyszło, a potem dołożyliśmy kolejne bramki – podsumował.
Ostatecznie kibice Aarhus nie byli w stanie zapobiec katastrofie, jaką jest niewątpliwie wejście w dwumecz z mistrzem Polski z czterema bramkami w plecaku. Możliwe, że będą się zastanawiać, co by było, gdyby nie genialna bramka Yegbe, ale teraz to już tylko historia. Duńczykom zostaje wyjazd do Poznania i resztka wiary w to, że grają jeszcze o Ligę Mistrzów. Wydaje się jednak, że teraz są już jedną nogą w walce o Ligę Europy…