Witajcie w Aarhus. Mieście kawy, żywej historii i rywali Lecha

Antoni Figlewicz

21 lipca 2026, 15:02 • 11 min czytania 12

Reklama
Witajcie w Aarhus. Mieście kawy, żywej historii i rywali Lecha

Drugie największe miasto w Danii skrywa w sobie bogatą historię i wiele wartych odkrycia tajemnic. Leżące na trasie Europejskiego Szlaku Gotyku Ceglanego Aarhus ma dzięki swojej wyjątkowej architekturze trochę wspólnego z paroma polskimi miastami – choćby z Gdańskiem czy Toruniem. Nadal jednak utrzymuje skandynawski sznyt, którego ślady najłatwiej znaleźć… wszędzie, tak naprawdę wszędzie. Choć jest jedno miejsce, w którym można się naprawdę zakochać.

Reklama

Zderzenie charakterystycznych ceglanych budowli z wieloma nowoczesnymi bryłami i równie znaną na całym świecie – częściowo drewnianą, typową dla tych rejonów – zabudową to najlepsza wizytówka Aarhus, które gości piłkarzy Lecha Poznań przy okazji meczu II rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Taka kombinacja w pełni oddaje nieco hybrydowy charakter Danii jako takiej. Położonej przecież w ponad dwóch trzecich na Półwyspie Jutlandzkim, mającej wiele wspólnego z niemieckimi sąsiadami, a jednocześnie odwołującej się do kultury i dziedzictwa skandynawskiego.

Tajemnice Aarhus. Turystyczny spacer po mieście rywali Lecha

Nie ma w tym zresztą niczego dziwnego – wykopaliska archeologiczne tylko potwierdziły, że Aarhus ważnym ośrodkiem w tym rejonie świata było już ponad tysiąc lat temu. Naukowcy odnaleźli wyraźne ślady istnienia w tej lokalizacji otoczonego wałem grodu. Ustalili też, że na początku ubiegłego millenium miasto zostało splądrowane. Przez wikingów rzecz jasna – tych do walki prowadził nieodżałowany Harald Srogi, jeden z bardziej znanych nordyckich wodzów, którego podbojom kres położyli dopiero Anglicy.

Reklama

Ten mało przyjemny epizod z historii Aarhus jest już jednak odległą przeszłością i nawet on nie powstrzymał lokalnych ludów przed osiedlaniem się u ujścia rzeki. Teraz miasto tętni życiem i pełni rolę jednego z ważniejszych portów morskich i jednocześnie węzłów kolejowych w całej Danii. O dawnych czasach przypominają mu już głównie historyczne zapiski, liczne muzea i… sama nazwa Aarhus. Wzięła się ona bowiem z, jak czytamy na stronie Uniwersytetu w Kopenhadze, zestawienia dwóch wyrazów brzmiących w staroskandynawskich językach nieco inaczej, niż dziś.

I tak „ār” oznacza rzekę, dziś znaną raczej jako „ā„.

Z kolei „ōs” to usta.

Razem składają się w dzisiejszej formie na Aarhus, czyli „usta rzeki”. Choć nie zawsze tak tę nazwę interpretowano, wcześniej badaczom wydawało się, że sprawa jest prostsza – „åre” czyli wiosło i „hus” – czyli dom. Taka banalna interpretacja nasuwała się sama, ale naukowcy mają to do siebie, że potrafią znaleźć dziurę w całym. Ich wątpliwości budziła w szczególności dawna moneta, na której nazwę miasta zapisano w kompletnie nie pasującej do tej wersji formie.

Reklama

AROSEI

Tak, do aktualnej wykładni też pasuje to nam na pierwszy rzut oka jak pięść do nosa, ale wypada chyba wierzyć ludziom, którzy na badaniu języka duńskiego zjedli zęby. Szczególnie, że za człon nazywający dawniej dzisiejsze drugie największe miasto w Danii uznaje się też samo AROS. I wtedy wszystko ma niemały sens.

Moneta z XI wieku, która narobiła nieco zamieszania. Na czerwono zaznaczona nazwa miasta (fot. University of Copenhagen)

Reklama

Kawa, wszędzie kawa. W Aarhus wiedzą, jak ją przygotować

Każda kolejna minuta spaceru po mieście nadaje też sensu określeniu Aarhus mianem „miasta kawy”. Przyrządzany z wielką miłością napój wypić można tu bowiem niemal na każdym kroku – od kawiarni aż się roi, deptaki są nimi właściwie zapchane. Tutejsze władze, wydając turystyczne przewodniki, kładą szczególny nacisk na reklamę tutejszych palarni czy zachwalanie umiejętności duńskich baristów. To naprawdę nie są żarty, a walka o klienta może być naprawdę zacięta. Lokalsi mają raczej swoje ulubione kawiarnie, ale turyści mogą być bardziej krytyczni i często korzystają z polecenia wyszukiwarki albo właśnie przewodników.

Śmiało można jednak założyć, że gdziekolwiek człowiek nie wejdzie, uraczą go kawą przygotowaną z wielkim pietyzmem. A gdzieniegdzie dorzucą do niej własnej roboty wypieki czy jakieś pasujące do krótkiego odpoczynku od codzienności lekkie potrawy.

Mnie dużą przyjemność, wśród wielu innych przyjemności idących za wizytą w Aarhus, sprawił odpoczynek przy brzegu ujarzmionej betonowym korytem rzeki. Lekka bryza od pobliskiego morza, skrzeczące mewy, dobra kawa i – z czym trudno w takiej sytuacji walczyć – przekonanie, że masz więcej czasu, niż w rzeczywistości. Bo aż się prosi, by posiedzieć chwilę dłużej. Potem poszlajać się po schludnych uliczkach otoczonych w większości ceglanymi budynkami. I nie zastanawiać się, czy Lech podoła wyzwaniu, czy nie…

Lech zaczyna walkę o Ligę Mistrzów. „Nie zmienią strategii”

Reklama

Kawa w przyjemnych okolicznościach? Trudno odmówić sobie takiego luksusu

Den Gamle By. „Stare miasto” w formie muzeum

Doba nie jest jednak z gumy, przez co krótka wizyta w Aarhus narzuca ambitnym turystom ostre tempo. Do zobaczenia jest wiele i nawet okrojony plan zwiedzania może być bardzo napięty. Trudno jednak oprzeć się przekonaniu, że jedynym naprawdę obowiązkowym punktem wycieczki do drugiego największego miasta w Danii jest Den Gamle By, czyli miasto w mieście i prawdziwy wehikuł czasu. U nas bliscy bylibyśmy pewnie nazwania tego miejsca skansenem, lecz to chyba coś więcej.

Dosłowne tłumaczenie nazwy z języka duńskiego na polski może być nieco mylące. Ja sam słysząc o „starym mieście” spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Wiecie – facet z harmonią i kapeluszem na ziemi, kilka knajpek, buda z lodami, ze dwa pomniki, kościół i ratusz. Stare miasto w pełnej krasie.

Reklama

Ale nie to.

Den Gamle By to muzeum życia w Aarhus. Ożywiona historia sięgająca nawet XVII wieku, ale głównie opowiadana przez sprowadzane z całego kraju budynki z wieku XIX i nowsze. Wszystko to zbite w jedno małe miasteczko, oferujące na właściwie każdej ulicy wgląd w inną epokę. – Ze swoimi budynkami z muru pruskiego, brukowanymi uliczkami i konnymi powozami, to miasto wygląda tak jak za czasów Hansa Christiana Andersena – reklamowali je Duńczycy w sieci, czym łatwo mnie skusili. Było też coś o degustacji ciasteczek tworzonych według prawie dwustuletniej receptury.

Den Gamle By

Skusiłem się, przyznaję…

Reklama

Niech to wybrzmi wyjątkowo stanowczo – pojawić się w Aarhus i nie odwiedzić Den Gamle By byłoby naprawdę grzechem. Pominąć można wizytę w okolicach letniej rezydencji królewskiej na obrzeżach miasta, muzeum wikingów czy sztuki nowoczesnej, choć wszyscy wokół zapewniają, że warto. Pani na recepcji mojego hotelu zapytana jednak o tę jedną rzecz, którą powinienem wcisnąć w napięty grafik odpowiedziała bez wahania.

Den Gamle By

W Den Gamle By zadbano o najdrobniejsze szczegóły. Końskie łajno? Bardzo proszę, też jest

Zaufałem jej rekomendacji i nie żałuję. Byłem w życiu w wielu muzeach, ale to jedno zrobiło na mnie zdecydowanie największe wrażenie. Prawdziwe cudo, można tu wpaść na chwilę i przepaść na kilka godzin, zgłębiając zakamarki kolejnych epok.

Reklama

Bo najfajniejsze jest to, że właściwie wszędzie można wejść, prawie wszystkiego można dotknąć, w wielu miejscach można usiąść i chłonąć opowieść o duńskiej przeszłości. Cudo, prawdziwe cudo.

Den Gamle By

Den Gamle By robi naprawdę spore wrażenie – tu wiernie oddany sklep z farbami z ubiegłego wieku. Bilet wstępu dla osoby dorosłej to w sezonie koszt, niestety, około 30 euro

Den Gamle By

Reklama

I jeszcze jedno zdjęcie. Parę sklepów działa tu jak normalne sklepy, to jest jeden z nich

Den Gamle By porwało mnie na trzy godziny, ale i na kilka innych punktów wystarczyło – mimo całego zgiełku towarzyszącego meczowi mistrzów Polski – czasu. W pobliżu tego wyjątkowego „starego miasta” znaleźć można ogród botaniczny, w którym powstała zresztą część tego artykułu. Zadbany, pachnący, otwarty dla turystów i mieszkańców, pełniący bardziej rolę miejskiego parku niż rezerwatu kwiatów i drzew wszelakich. Pół rzutu beretem jest również do tutejszej katedry, również robiącej solidne wrażenie tak z zewnątrz, jak i od środka. To zresztą najdłuższy i najwyższy kościół w całej Danii, budowany od końca XII wieku i będący najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem tutejszego zamiłowania do gotyku.

96 metrów wysokości kościelnej wieży, 93 metry długości całej katedry. Trudno ją w ogóle upchnąć w kadrze

Reklama

Dziedzictwo wikingów. W Aarhus nadal… pilnują pieszych

Gotyckie ślady sięgają już naprawdę odległej przeszłości, ale jeszcze wcześniej tereny te zamieszkiwać mieli wikingowie, których tutejsze osadnictwo datuje się na VIII wiek naszej ery. Najsilniejszym dowodem świadczącym o niemałej wadze tego regionu w tamtym okresie są zdaniem naukowców kamienie runiczne znajdowane w okolicach miasta. Do tej pory naliczono ich siedem i wszystkie znalazły już sobie miejsce w muzeum Moesgaard, pieszczotliwie nazywanym MoMu.

Kamień runiczny czyli kamień i runy, to naprawdę takie proste. I byłoby zupełnie banalne, gdyby nie istnienie kamienia zwanego „kamieniem maski”, a dla archeologów będącego po prostu obiektem DR 66.

Najbardziej znany kamień runiczny z Aarhus. Pozostałe nie robią już tak wielkiego wrażenia, ale też mają swoją historię (fot. Gelmir)

Reklama

W tym przypadku dawnemu alfabetowi miejscowych towarzyszy świetnie zachowany obraz przedstawiający maskę i runiczny zapis opowiadający o dawnej bitwie, w której zginął jeden z pięciu przyjaciół. Czterech pozostałych postanowiło uczcić jego bohaterstwo:

– Gunnulfr, Eygautr, Áslakr i Hrólfr wznieśli ten kamień ku pamięci Fúla, swojego brata, który zginął podczas walki królów – można odczytać z głazu, o ile oczywiście zna się runy. Bo jeśli się ich nie zna, to umarł w butach.

Naukowcy spierają się też nadal, o jaką walkę królów mogło tu chodzić i najbardziej popularne są na ten moment dwie wersje. Jedni są przekonaniu, że chodzi o bitwę morską pod Svold, jedną z najbardziej znanych w erze wikingów, mającą miejsce gdzieś u progu poprzedniego tysiąclecia. Inni uważają, że biedny Fúl zginął w 1026 roku, kiedy w bitwie nad rzeką Helgeaa połączone siły duńsko-angielskie odparły atak wojsk norwesko-szwedzkich.

Po dziś dzień pewne elementy dziedzictwa wikingów pozostają w mieście widoczne. Poza bogatym muzeum, poświęconym właściwie tylko tej tematyce, dawni nordyccy wojowie dają o sobie znać także… na przejściach dla pieszych. Któż bowiem miałby wzbudzić uzasadniony respekt jeśli nie wielki chłop z tarczą, toporem i solidnym hełmem? Aż strach przejść na czerwonym świetle.

Reklama

Za to na zielonym można ruszać już bez jakichkolwiek wyrzutów. Wiking też idzie, więc to jak najbardziej w porządku

Wszechobecna cegła. Tej w Aarhus nie brakuje

Jako się już rzekło wcześniej, Aarhus sprawnie łączy różne architektoniczne style i nie daje poczucia, że coś w tym mieści nie gra. Choć są fragmenty, które wyglądają jak żywcem wyjęte z katowickich familoków, to ledwie maleńkie fragmenty całego miasta. Zwykle zresztą ta charakterystyczna ceglana zabudowa to coś więcej niż mieszkalne klocki. Los rzucił mnie do hotelu, z którego całkiem blisko do Toldboden – znajdującego się blisko morskiego brzegu, charakterystycznego budynku zaprojektowanego pod koniec XIX wieku. To zresztą doskonały przedstawiciel architektonicznego nurtu nationalromantik, który na kilkadziesiąt lat zdominował duńskie – i w sumie szerzej, także skandynawskie – budownictwo.

To wyjątkowy przykład zestawienia ze sobą surowości znanej w tych rejonach od czasów wikingów z elementami włoskiego renesansu. Czy może wyjść z tego coś ładnego? Wygląda na to, że może – Toldboden zaintrygowało mnie na tyle, że przechodząc obok postanowiłem zajrzeć przez boczne drzwi do środka. Moim oczom zamiast zapierających dech w piersiach wnętrz ukazały się jednak pospolite biura. Wypełnione rzędami komputerów i kompletnie nieprzystające do fasady budynku. Ta sugerowała raczej, że w środku można znaleźć muzeum, a nie kilka smutnych firm i knajpę.

Reklama

Powiedzielibyście, że za drzwiami tego budynku nie kryje się absolutnie nic wartego uwagi?

Dla turysty nieprzyzwyczajonego do obecności cegły na ulicach może się to wydawać wręcz marnotrawstwem interesującej przestrzeni, ale z perspektywy duńskiej sprawa wygląda inaczej. Budowle podobne do tej są po prostu pospolite, przez co trudno postrzegać je jako coś ekstra. Choć trudno mi o pewność w tej kwestii, na kolejnej fotografii znajduje się najprawdopodobniej tył tutejszego sądu, budynku administracji, a nie jakiegoś ośrodka podlegającego pod resort kultury. Zwykły budynek do zwykłych rzeczy.

Reklama

Dziewczyny lubią brąz, ale Aarhus też nie ma z nim najmniejszego problemu

Tylko stadionu nie ma…

…przynajmniej na razie. To chyba jedyny minus odwiedzin w Aarhus, gdzie trwa budowa nowego obiektu dla miejscowego zespołu. Wizualizacje są oczywiście bardzo efektowne i dają nadzieje tutejszym kibicom na lepsze jutro oparte o nowoczesny obiekt. Ten poprzedni, choć bardzo urokliwy, źle już znosił próbę czasu – wybudowano go w 1920 roku i mimo modernizacji na początku tego wieku wiele brakowało mu do zaspokojenia potrzeb AGF.

Dobrze o tyle, że nowy projekt nie naruszy w żadnym stopniu najbardziej charakterystycznego punktu stadionu, czyli przylegającej do niego czerwonej hali sportowej z efektowną kolumnadą zdobiącą główne wejście. Nie będzie już jednak bieżni, która otaczała boisko na starym Ceres Park, oczywiście nieco odbierając kibicom możliwość wrośnięcia w boiskowe wydarzenia. Nowy stadion lekkoatletyczny zostanie po prostu wybudowany w innej lokalizacji. Jakieś sto metrów od stadionu piłkarskiego. Prace już nawet ruszyły, ale na razie jest tam po prostu ziemiste klepisko.

Reklama

Jedno ze świeższych zdjęć z budowy stadionu, na którym wiosną przyszłego roku AGF ma już rozgrywać swoje mecze (fot. A. Enggaard / Kongelunden / Aarhus)

Wobec przebudowy jedyną niedogodnością związaną z pobytem w Aarhus przy okazji meczu Lecha jest więc niewątpliwie potrzeba dojeżdżania na stadion w Randers, oddalony od siedziby AGF o jakieś czterdzieści kilometrów. Dystans niby nie tak duży, ale w rozgrywkach europejskich to właśnie tam muszą grać podopieczni Jakoba Poulsena i zawsze tę dodatkową godzinę trzeba w planie dnia upchnąć na przejazdy. Przy okazji meczu z mistrzami Polski dziesięciotysięczny obiekt wypełniony ma być jednak do ostatniego miejsca, więc wsparcia fanów, mimo nadprogramowej odległości, na pewno nie zabraknie.

Dobrze jednak, by z wypadu do Danii nie brakło przy okazji dobrych wspomnień fanom Lecha. Nie tylko tych pozostałych po zwiedzaniu całkiem urokliwego miasta – Kolejorz staje w tym sezonie przed wielką szansą na załapanie się do najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie i zwyczajnie żal by było potknąć się już na pierwszej przeszkodzie. Może trudnej, ale przecież nie takiej z kategorii „nie do przejścia”.

ANTONI FIGLEWICZ Z DANII

Reklama
12 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama