Pieśń sezonu Ekstraklasy: Nie poddawaj się, ukochana ma

AbsurDB

Autor:AbsurDB

08 września 2026, 17:23 • 7 min czytania 2

Reklama
Pieśń sezonu Ekstraklasy: Nie poddawaj się, ukochana ma

Pod względem liczby bramek strzelonych po upływie 90. minuty nie mamy w tym sezonie konkurencji w Europie. W Ekstraklasie padło ich aż szesnaście. W większości wpływały na to, kto zdobędzie komplet punktów w danym meczu. Jeden zawodnik potrafił sam odwrócić wynik z porażki w zwycięstwo, jak Jakub Żewłakow w Lublinie. Legia jest pod tym względem najlepiej grającym w końcówkach spotkań zespołem na naszym kontynencie. Widać, że jej piłkarze wzięli sobie do serca pieśń kibiców zachęcającą ich do niepoddawania się w końcówce. Jednak także pozostałe zespoły Ekstraklasy czynnie wcielają ją w życie.

Reklama

Najwięcej goli w doliczonym czasie gry pada w Ekstraklasie!

Graficy Weszło wykonują ciężką robotę tak, aby równo z końcowym gwizdkiem na naszych mediach społecznościowych pojawił się obrazek z wynikiem meczu Ekstraklasy. Robią, co mogą, ale niestety – piłkarze naszych klubów nie ułatwiają im zadania. Właściwie w każdej kolejce przygotowany w okolicach dziewięćdziesiątej minuty obrazek staje się nieaktualny, bo ktoś strzelił w doliczonym czasie gry.

Sytuacja powtarza się od początku sezonu, ale w ostatnim czasie się nasila. Wybitnym wyczynem popisała się Legia, która po dziewięćdziesiątej minucie odwróciła wynik meczu z Motorem z porażki w zwycięstwo dzięki dubletowi Jakuba Żewłakowa. To jest to, co kibice lubią najbardziej! No chyba, że są fanami z Lublina.

Zaczęło się już w pierwszej kolejce od trafienia Zorana Arsenicia dla Legii Warszawa w doliczonym czasie gry meczu w Szczecinie. W drugiej kolejce Paul Mukairu przypieczętował taką bramką wygraną Pogoni na stadionie przy ul. Kałuży, Bartosz Nowak – zwycięstwo GKS-u z Radomiakiem, a Rafał Adamski – wygraną Legii z Zagłębiem.

Trzecia kolejka była jedyną, w której nie padła ani jedna taka bramka, ale po pierwsze aż trzy trafienia przydarzyły się wtedy dokładnie w 90. minucie, a po drugie: dwa mecze zostały przełożone i dopiero zostaną rozegrane, a więc wszystko jeszcze przed nami.

Reklama

W czwartej kolejce w doliczonym czasie gry gola strzelił Leandro Sanca i Piast prawie zdołał odrobić stratę w samej końcówce meczu z Wieczystą. Kolejna runda to trafienie Ajdina Hasicia na 3:2 (także przeciwko Wieczystej) oraz bramka Jakuba Kokosińskiego. Ta ostatnia niewiele zmieniła, bo GKS pokonał Wisłę Płock aż 5:0.

Znacznie ważniejsze były trafienia Ilji Szkurina (na zdjęciu) na 2:2 i 2:3 w śląskim klasyku w Zabrzu. Szósta kolejka była rekordowa, bo w doliczonym czasie strzelił też Szczepan Mucha (dla Piasta w Lublinie), ponownie Rafał Adamski na remis Legii ze Śląskiem oraz Luis Palma na zwycięstwo Lecha w Łodzi.

Zespoły nie zwolniły tempa także w ten weekend, gdy już po upływie dziewięćdziesiątej minuty Alan Uryga uratował remis Wisły Kraków w Kielcach, a Duje Dujmović Wieczystej z Zagłębiem. Wszystko przebił oczywiście Jakub Żewłakow zmieniając wynik Legii w Lublinie z porażki na wygraną.

Reklama

Idziemy na rekord

To daje łącznie aż szesnaście goli w doliczonym czasie gry!

A trzeba przecież pamiętać o aż pięciu bramkach, które padły dokładnie w 90. minucie:

  • gol Piotra Samca-Talara dający Śląskowi trzy punkty z Rakowem
  • bramka Allahyara Sayyadmanesha na 3:0 w meczu Lecha z Piastem
  • trafienie Jakuba Czerwińskiego na 2:4 w meczu Piast-Wieczysta, po którym wspomnianego wcześniej gola strzelił jeszcze Leandro Sanca

Niezwykły był pod tym względem mecz Pogoni z Motorem, w którym zarówno Kellyn Acosta, jak i wcześniej Makan Aiko zdążyli umieścić piłkę w siatce dokładnie w 90. minucie.

W ubiegłym sezonie 59 goli padło w doliczonym czasie gry (rok wcześniej było ich 58). Każdy klub stracił choć jedną taką bramkę. Lech i Arka nie strzelili żadnej. Widzew stracił ich… osiem.  W sezonie 2024/25 każdy zespół strzelił co najmniej dwa takie gole, a jedynym, który stracił tylko jednego był… Widzew. Jeżeli tegoroczna średnia się utrzyma, to idziemy na wynik przekraczający osiemdziesiąt takich bramek w sezonie!

Reklama

Gdyby nie wliczać bramek, które padły po 90. minucie, liderem byłby Górnik. Byłoby to w dodatku prowadzenie całkiem zdecydowane, bo z kompletem zwycięstw Zabrzanie wyprzedzaliby o cztery punkty Lecha.

GKS byłby dopiero czternasty, a Legia zaledwie ósma. I tylko Raków wciąż byłby ostatni – bez punktu z identycznym bilansem bramkowym, jak obecnie.

Jedyne drużyny, które nie widziały gola w doliczonym czasie gry (ani strzelonego, ani straconego) to Raków i Jagiellonia, a przecież w ich bezpośrednim starciu padła bramka w 89. minucie.

Jesteśmy liderem w Europie

Spośród krajów grających w systemie jesień-wiosna jesteśmy liderem pod względem liczby bramek w doliczonym czasie gry. Z szesnastoma trafieniami wyprzedzamy aż o dwa Holandię. Ale nic w tym dziwnego, skoro syn Ronalda Koemana strzela tam w 101. minucie swojego drugiego gola w meczu. Może nie byłoby to aż taką sensacją, gdyby nie fakt, że jest… bramkarzem.

Reklama

Dwanaście takich bramek padło w Bułgarii, jedenaście na Węgrzech, a po dziesięć w Armenii, Serbii, Szwajcarii, Rumunii i Walii.

Fani Ekstraklasy muszą się czuć dziwnie, gdy sprawdzają, kiedy padają bramki w Austrii lub na Malcie. W całym obecnym sezonie w obu tych ligach padł bowiem zaledwie jeden taki gol!

Szesnaście bramek, tak jak u nas, padło też w doliczonym czasie gry w Finlandii. Problem w tym, że tamtejsze rozgrywki toczą się w systemie wiosna-jesień i obecnie zbliżają się ku końcowi. Odbyły się już 22 kolejki, a goli w końcówce cała Finlandia widziała tyle samo, co my, a przecież Ekstraklasa dopiero co wystartowała.

Reklama

Co dziesiąty gol pada u nas po dziewięćdziesiątej minucie

Uważny czytelnik stwierdzi zapewne, że przecież każdy kraj ma różną liczbę rozegranych kolejek, a nasza liga ruszyła dość szybko. Nic zatem dziwnego, że mamy najwięcej bramek w końcówce. Porównałem zatem liczbę takich goli na mecz.

Średnia europejska to jeden gol w doliczonym czasie raz na pięć lub sześć meczów. Choć w austriackiej Bundeslidze padł raz na trzydzieści spotkań. W Ekstraklasie pada średnio co trzy lub cztery spotkania (0,28 na mecz).

Wyższy wskaźnik mają tylko Armenia (10 goli w 34 meczach – średnio 0,29 na mecz), Grecja (6 goli w 20 meczach, średnio 0,3 na mecz), Holandia (14 goli w 41 meczach, średnio 0,34 na mecz) i Niemcy (7 goli w 18 meczach, średnio 0,39 na mecz).

W Bundeslidze prawie żaden z tych siedmiu goli nie zmienił tego, kto ostatecznie wygrał spotkanie. Były to bramki na podwyższenie prowadzenia lub obniżenie straty. Przede wszystkim jednak odbyły się tam dotąd zaledwie dwie kolejki, więc to raczej wybryk statystyczny, który trudno będzie utrzymać do końca sezonu. Znacznie mniej meczów niż w Ekstraklasie rozegrano także w Grecji, Holandii i Armenii i także im trudno będzie pozostać na tak wysokiej częstotliwości goli w końcówkach.

Reklama

Sprawdziłem także udział bramek w doliczonym czasie gry w ogóle wszystkich goli. Średnia w Europie to sześć procent. W Ekstraklasie wskaźnik ten wynosi aż 10%. Prawie identyczny jest w Niemczech i Armenii, a nieco wyższy w Grecji. Jednak w lidze greckiej zaledwie dwa takie trafienia zmieniły zwycięzcę meczu. U nas takich bramek było aż dziesięć.

Nie poddawaj się, ukochana ma

Sprawdziłem także, które kluby w Europie najbardziej korzystają na bramkach w końcówce, a które na nich najwięcej tracą.

Spośród lig grających w systemie jesień-wiosna tylko pięć klubów strzeliło w doliczonym czasie co najmniej trzy bramki. Bilans 3-0 w końcówkach ma Dinamo Bukareszt (prowadzone do niedawna przez Żeljko Kopicia, obecnego trenera Wieczystej) i Urartu Erywań. 4-0 zanotowały Zimbru Kiszyniów i GKS Katowice, a 5-0 jedynie Legia Warszawa.

Reklama

Jakub Żewłakow i Rafał Adamski z niewielkim wsparciem Zorana Arsenicia wyciągnęli zatem Legię na pozycję europejskiego lidera walki do końca. Oto prawdziwa realizacja hasła „Nie poddawaj się, ukochana ma. Nie poddawaj się, Legio Warszawa!”.

Można żartobliwie dodać, że sam Adamski, Szkurin lub Żewłakow, z dwoma golami w doliczonym czasie gry byliby w czołówce klasyfikacji europejskiej, ex aequo na szóstym miejscu – wyżej od większości klubów. Ciekawe, że wszyscy związani są albo byli z Legią.

Motor ma problem z kondycją?

Na przeciwległym krańcu tabeli są zespoły, które w końcówkach straciły o trzy bramki więcej niż strzeliły. Honved Budapeszt ma w nich bilans 1-4, a mołdawskie Milsami Orgiejów oraz Motor Lublin: 0-3.

Reklama

W przypadku Lublinian najbardziej martwi tendencja. Wszystkie trzy gole w doliczonym czasie podopieczni Mariusza Misiury stracili w ostatnich dwóch kolejkach. O ile jeszcze bramka Szczepana Muchy z Piasta nie miała wielkich konsekwencji, to już dublet Jakuba Żewłakowa – jak najbardziej. Kosztował Motor nie dwa, lecz pełne trzy punkty, które na koniec sezonu mogą okazać się na wagę złota.

Jest to tym bardziej niepokojące, że Motorowcy nie stracili między 45. a 75. minutą… żadnej bramki. Za to już między 75. a 90. minutą rywale strzelili im aż trzy. Gorzej w tym okresie wypada tylko Raków i Wieczysta. Warto dodać, że w pierwszym kwadransie meczu lepiej od Lublinian wypada tylko Legia. Za to między 15. a 45. minutą mają najgorszą obronę w lidze. Trzeba chyba popracować nad wytrzymałością. Można skorzystać ze wzorów z Legii.

Fot. Newspix.pl

Reklama
2 komentarze
AbsurDB

Kocha sport, a w nim uwielbia wyliczenia, statystki, rankingi bieżące i historyczne, którymi się nałogowo zajmuje. Kibic Górnika Wałbrzych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

Młody Polak odszedł z Pogoni Szczecin. Podążył drogą starszego kolegi

Braian Wilma
1
Młody Polak odszedł z Pogoni Szczecin. Podążył drogą starszego kolegi