Zabójcze zrywy Lecha. Kolejorz ze świetnym startem w Europie

Antoni Figlewicz

21 lipca 2026, 20:59 • 6 min czytania 35

Reklama
Zabójcze zrywy Lecha. Kolejorz ze świetnym startem w Europie

Nie taki duński diabeł straszny, jak go malują. A dodatkowo ma pecha, a ten w piłce nożnej może pokrzyżować nawet najlepszy plan na mecz. Aarhus marzyło o udanym wejściu w eliminacje europejskich pucharów, ale Lech miał zupełnie inne plany – Poznaniacy najpierw dali rywalom się trochę wyszaleć, a potem wyprowadzili kilka ataków i przejęli inicjatywę. Z czasem było coraz łatwiej, szczególnie, że od pewnego momentu duński zespół musiał sobie radzić w dziesięciu. Nic to jednak nie umniejsza mistrzom Polski – ci przywożą z do stolicy Wielkopolski solidną zaliczkę i meczem u siebie nie powinni się już specjalnie przejmować.

Reklama

Od pierwszych minut duński stadion nie był zbyt gościnny dla ekipy z Polski. Żywiołowo reagujący kibice, prowadzący bardzo głośny doping to tylko jeden z utrudniających wejście w mecz składników. Gra Aarhus – ambitna, agresywna, w końcu szybka – dawała się Kolejorzowi we znaki o wiele bardziej. W kilku momentach udało się założyć pressing i trochę rywali przydusić, ale obraz pierwszego kwadransa nie sugerował, że Lech będzie tu w stanie przejąć inicjatywę.

Jeśli ktoś narzucił swoje warunki, to raczej gospodarze. Gospodarze, którzy wyszli bardzo nakręceni i – co chyba najgorsze – szybko zorientowali się, gdzie leży słaby punkt w obronie mistrzów Polski.

Aarhus GF – Lech Poznań 1:4. Złe miłego początki

Tak, Joelu Pereiro, to o tobie. Duńczycy chętnie i regularnie przedzierali się swoją lewą stroną wykorzystując kiepską dyspozycję Portugalczyka w defensywie i narzucając mu tempo, które raz za razem wkręcało piłkarza Lecha w ziemię. Kilka dograń właśnie z sektora, za który powinien odpowiadać Pereira, napędziło Kolejorzowi i jego kibicom niemałego stracha. Wydawało się, że to wszystko są naprawdę konkretne akcje, tyle że… nie było z nich celnych strzałów gospodarzy.

Reklama

Pierwszy w światło bramki trafił więc Michał Gurgul, który taś-tasia do statystyk posłał prosto w ręce doświadczonego Jespera Hansena. 41-letni bramkarz tylko się uśmiechnął, bo cóż innego miał zrobić? Jeśli bowiem coś było w pierwszych trzydziestu minutach pewne, to – czasem wyszydzana – optyczna przewaga Aarhus. Do pewnego czasu mecz w wykonaniu mistrzów Danii wyglądał dokładnie tak, jak można się było spodziewać.

Posiadanie piłki, próby przenoszenia jej w kolejne sektory bliżej bramki Mateusza Lisa i czyhanie na okazje. Ciągła presja wywierana na defensywę Lecha. A Lech – nie do końca jak Lech, może trochę z konieczności – w ataku szybkim i z wiarą, że w końcu któryś z odbiorów w środku pola przyniesie coś więcej.

I przyniósł.

Podpuścili i skasowali? Być może…

Cisza, która zaległa na stadionie w Randers po golu Mikaela Ishaka była naprawdę głucha. Kapitan Kolejorza nie potrzebuje wiele, by znaleźć drogę do siatki rywali i wykorzystał szansę, jaką sprezentował mu niefrasobliwy Jonas Jensen-Abbew. Piłkarz z całego bloku defensywnego Aarhus pewny najmniej, w ubiegłym sezonie pełniący tylko rolę zmiennika, a dziś rzucony do walki ze starym lisem. Zostawił po prostu odrobinę miejsca, jakby nie był świadomy, że Ishakowi tyle wystarczy.

Reklama

Kapitan Lecha huknął pod poprzeczkę i tyle było z tej optycznej przewagi gospodarzy. Warto też zaznaczyć, że Ishakowi podawał w tej sytuacji… Joel Pereira. Dwie twarze ma Portugalczyk, zdecydowanie.

A potem wydarzyła się kolejna ich tragedia.

Reklama

Katastrofa Hansena. Aarhus w osłabieniu

Gol to jedno, utrata inicjatywy to drugie, ale najgorsze było trzecie – wykluczenie Jespera Hansena, który zwyczajnie zachował się głupio. Joel Pereira, znowu on, posłał świetną piłkę na wolne pole, licząc na to, że Luis Palma zdoła zrobić z niej użytek. Honduranin nie był jednak jedynym, który chciał popędzić do futbolówki. Podobny plan miał wychodzący z bramki Hansen, ale trochę się przeliczył. Palma przejął piłkę, minął rywala i spróbował strzału z ostrego kąta.

A potem zasygnalizował sędziemu, że może warto zrobić użytek z systemu VAR, bo jego zdaniem bramkarz Aarhus dotykał piłki ręką poza polem karnym i tym samym utrudnił zawodnikowi Kolejorza opanowanie piłki w tej w sumie groźnej sytuacji.

Analiza faktycznie wykazała, że przewinienie było, a wówczas mogliśmy już zakładać, że przed Lechem rozłożono czerwony dywan do III rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Rywal napoczęty, osłabiony, sfrustrowany. Tracący przed przerwą jeszcze jednego gola, za sprawą składnej akcji wykończonej przez Patrika Walemarka. Spotkanie układało się dla Kolejorza wręcz wyśmienicie.

Reklama

Pełna kontrola już do końca? A gdzie tam, trzeba nam trochę pikanterii

Aż do momentu, kiedy trochę się układać przestało. Tego ryku radości na stadionie w Randers nie da się oddać słowami, więc nawet nie będę próbował. Gol dla gospodarzy wprawił miejscowych w ekstazę i dodał nieco wiatru w żagle ich ulubieńców. Drogę do siatki Lecha znalazł wychwalany w wielu przedmeczowych analizach Arnstad, który jakby znikąd pojawił się w gąszczu obrońców Kolejorza i przyłożył klepkę do podania Frederika Emmery’ego.

Reklama

Powiedzmy sobie szczerze – mistrzowie Polski wyszli na drugą połowę zaspani i apatyczni. Dali się przygnieść grającym w dziesiątkę rywalom na dobry kwadrans i nie byli daleko od roztrwonienia całej przewagi z pierwszej części meczu. Po wyjściu Lisa poza własne pole karne piłka znów spadła pod nogi Arnstada, a ten strzałem z dużej odległości sprawił, że serca kibiców Lecha na chwilę się zatrzymały.

Niepokojący to był fragment meczu, w którym kibice znów stali się dwunastym zawodnikiem Aarhus i napędzali swoich ulubieńców jak szaleni. Tyle że znów usadził ich na krzesełkach gol dla Lecha.

Nie byle jaki gol dla Lecha.

Proszę państwa, oto Terry Yegbe

Śmiem twierdzić, że stoper ekipy z Poznania nigdy takiej bramki nie zasadził i nigdy już nie zasadzi. Nie namyślał się długo i przyfasolił z dystansu tak, że nie tyle zdjął pajęczynę z okna bramki Duńczyków, co zdjął pajęczynę tej pajęczynie. Doskonały to był strzał. I moment, od którego Lech nie pozwolił już sobie na żadną dłuższą chwilę dekoncentracji. Rywale zresztą znów siedli, zeszli do niskiej obrony – mieli prawo mieć tego meczu dość.

Reklama

A za chwilę dostali kolejnego gonga, kiedy świetne dośrodkowanie Palmy na swojego drugiego gola zamienił Walemark. Wszystko wydawało się tu dziecinnie proste – i doskonałe podanie na kilkadziesiąt metrów, i przyjęcie tego podania, i wreszcie spokojne wykończenie, którym popisał się Szwed. Tak Lech w kilka minut przeszedł z uzasadnionego niepokoju do trzybramkowego prowadzenia i ostatecznie także do pewnej wygranej na stadionie w Randers.

W rewanżu trudno będzie tę zaliczkę roztrwonić, powiedzmy sobie szczerze. Jasne, mecz ułożył się tu dziś pod mistrzów Polski, ale oni szczęściu dopomogli jak naprawdę klasowy zespół. Za to należą się podopiecznym Nielsa Frederiksena duże, duże brawa.

Reklama

ANTONI FIGLEWICZ Z DANII

Aarhus GF – Lech Poznań 1:4 (0:2)

  • 0:1 – Mikael Ishak 29′
  • 0:2 – Patrik Walemark 42′
  • 1:2 – Kristian Arnstad 55′
  • 1:3 – Terry Yegbe 61′
  • 1:4 – Patrik Walemark 65′

Czerwona kartka: Jesper Hansen 37′

Fot. Newspix

Reklama
35 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama