Sensacyjny, lecz nieprzypadkowy mistrz. Trzeba bać się Aarhus?

Antoni Figlewicz

21 lipca 2026, 11:57 • 8 min czytania 27

Reklama
Sensacyjny, lecz nieprzypadkowy mistrz. Trzeba bać się Aarhus?

Po losowaniu par drugiej rundy eliminacji Ligi Mistrzów było jasne, że Lech trafił najgorzej, jak tylko mógł. Na niepozornego mistrza Danii, który na tytuł czekał okrągłych czterdzieści lat i przez cały ten czas był raczej dalej niż bliżej wielkiego sukcesu na lokalnym podwórku. Ekipa Jakoba Poulsena ma jednak spory atut w postaci efektu świeżości, wynikającego z czegoś, co tutejsze media nazywają „przebudzeniem giganta”. Kolejne lata mają być tylko lepsze, wszyscy chcą, by ubiegły sezon nie był jednorazowym wyskokiem. Rośnie nowy stadion, rosną apetyty, a wraz z nimi wiara w to, że europejskie puchary są na wyciągnięcie ręki. 

Reklama

Tylko na jakim szczeblu? Przegrany tego dwumeczu będzie cierpiał niewiarygodne katusze, to nie ulega wątpliwości. Niski współczynnik duńskiego klubu sprawia, że o rozstawieniu w drugiej rundzie Aarhus mogło tylko pomarzyć. A to oznaczało problemy już na starcie – Lech jest przecież ekipą ze sporym doświadczeniem na arenie międzynarodowej, dziś, jak się wydaje, gotową do przeskoczenia chociaż półkę wyżej niż przypisana mu na ostatnie lata Liga Konferencji. Albo jeszcze wyżej; kto broni Poznaniakom marzyć o wielkich rzeczach?

Swoje marzenia mają też jednak w AGF, gdzie do pucharów nikt nie jest przyzwyczajony, czemu zresztą trudno się dziwić. Ostatnimi czasy drużyna z drugiego największego miasta w Danii zaglądała na arenę międzynarodową tylko na chwilę. W covidowym sezonie 2020/21 Aarhus w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Europy poradziło sobie co prawda z fińską Honką (5:2, rozgrywano jeden mecz), ale rywalem nie do przejścia okazała się chwilę później słoweńska Mura (0:3, też w jednym meczu). Trzy lata później los nie był dla De Hvide zbyt łaskawy – w drugiej rundzie kwalifikacji Ligi Konferencji przydzielił im bowiem Club Brugge, które mimo potknięcia w Danii (porażka 0:1) ostatecznie nie miało większego problemu z przejściem AGF, u siebie wygrywając pewnie 3:0.

Reklama

W Aarhus wierzą w wielkie rzeczy. Pytanie, czy są na nie gotowi…

Wydaje się więc, że duński zespół będzie musiał zapłacić w najbliższych latach typowe frycowe, bo doświadczenia na arenie międzynarodowej za wielkiego nie ma. Od takiego myślenia zdaje się jednak uciekać trener Lecha, który zauważa, że będzie miał do czynienia z rywalem wiernym swoim piłkarskim ideałom. Jakie one są?

Lech zaczyna walkę o Ligę Mistrzów. „Nie zmienią strategii”

Skandynawski portal Gamechanger stawia grę podopiecznych Jakoba Poulsena na trzech filarach, o których zresztą regularnie mówi sam trener – rozrywce, wytrwałości i skuteczności. Pójdźmy więc tym tropem i zacznijmy od pierwszego z wymienionych. Aarhus pod wodzą 43-latka stawia w ataku na coś, co niektóre duńskie media określiły mianem „twórczej wolności”, a ja to określenie podkradam bez cienia zażenowania, bo jest ono zwyczajnie trafne. AGF nie boi się gry z piłką przy nodze, nie lubi oddawać inicjatywy, nie nastawia się na grę z kontry, a za swoją siłę uznaje różnorodność w budowaniu akcji ofensywnych. Parę prostych zasad, solidna struktura i wiara we własne umiejętności dały drużynie tytuł mistrza Danii, więc głupio by było porzucić tę filozofię tylko dlatego, że teraz gra będzie się toczyć na arenie europejskiej.

Reklama

Mistrzowie Danii w pełnej krasie

Rozrywka, wytrwałość, skuteczność. Trener Aarhus ma prostą receptę na sukces

Poulsen objął zespół latem 2025 roku i po roku osiągnął coś, na co w Aarhus czekali cztery dekady. Nikt nie będzie więc kwestionował jego filozofii, przynajmniej na tym etapie eliminacji, przynajmniej bez znajomości wyniku rywalizacji z Lechem. Rozrywkowy styl nie wiąże się jednak w filozofii 43-letniego szkoleniowca z hokejowymi wynikami. Tych kilka może było, ale tylko wówczas, gdy rywal faktycznie dawał się złapać na wykroku i piłkarze Aarhus czuli krew, ruszając do ataku ze zdwojoną siłą. Dwukrotnie przekonał się o tym Viborg (5:2 i 6:2 na korzyść AGF), solidną lekcję dostało od De Hvide Odense (5:1), a pojedyncze mecze z renomowanymi Broendby i FC Kopenhaga przynosiły całe mnóstwo emocji i sporo goli (z jednymi 3:3, z drugimi 3:2).

Najważniejsze jednak jest to, że duński zespół ostatnio zwyczajnie nie przegrywa. W całym ubiegłym sezonie zaliczył ledwie pięć porażek, z czego tylko trzy w lidze. Były to jednak w zdecydowanej większości wypadki przy pracy – za każdym razem ledwie jedną bramką i w większości przypadków po grze, którą znów tutejsi dziennikarze opisują jako ładną dla oka. Dość powiedzieć, że tylko w pięciu z 38 spotkań Aarhus pod wodzą Poulsena nie strzelało gola. Z czego aż trzy razy ze zdecydowanie najgroźniejszym rywalem, ekipą Midtjylland. Obrona Lecha musi się mieć na baczności, bo za rozrywką idzie wytrwałość, którą w swoim piłkarskim credo wymienia trener Duńczyków.

Nie sądzę, że komukolwiek daje frajdę posiadanie piłki dla samego jej posiadania – przekonuje Poulsen. – Posiadanie piłki musi prowadzić do szans, bramek i zwycięstw, a można to osiągnąć tylko z perspektywicznym planem gry, w którym podanie ma cel i nie jest tylko bezsensownym zagraniem gdzieś w losowe miejsce na boisku – dodaje.

Reklama

Jakob Poulsen

Jakob Poulsen

Druga z trzech nóg. Aarhus Poulsena potrafi być uparte

Trener nie musiał zresztą wykonywać większej pracy w linii defensywnej, bo ta trzymała się całkiem twardo i już na wstępie sam Poulsen zaznaczał, że na takiej bazie można budować dobry plan ofensywny. Czasem mogący być oczywiście kulą u nogi, na co zwracał uwagę Niels Frederiksen podczas przedmeczowej konferencji: – Znamy ich mocne strony, mają styl gry trochę podobny do naszego. Słabości? Te mogą wynikać właśnie z ich stylu – mówił trener Lecha.

AGF nie boi się jednak upartego realizowania swoich celów. Jeśli plan nie działa, nie znaczy to od razu, że jest zły. Możliwe, że po prostu JESZCZE nie działa. Takie myślenie dało Duńczykom tytuł, o czym mówił po zakończeniu mistrzowskiego sezonu sam Poulsen.

Reklama

Już na początku rozprawiliśmy się ze słoniem w pokoju. Zamiast zastanawiania się, co zrobić, kiedy przyjdą gorsze wyniki, po prostu powiedzieliśmy sobie wprost, że przyjdą. Spodziewaliśmy się, że będą nam w trakcie sezonu towarzyszyć pewne niepokoje, ale już na początku rozgrywek stwierdziliśmy, że to naturalna kolej rzeczy.

Brakło więc nerwowych ruchów w szatni, na boisku czy w gabinetach. Ciągłe przekonanie o wykonywaniu dobrej pracy dało efekt. Tak jak efekt – w większości przypadków – dawały ciągłe i nieustające ataki na bramkę rywali, nawet tych, którzy bronili się przed nimi bardzo dzielnie.

Filar trzeci. Na to Lech się nie przygotuje

I tak po prawdzie nikt by się na to nie przygotował. Bo jeśli Aarhus nadal umiejętnie będzie opierać grę na rozrywce i wytrwałości, to bez wątpienia zdoła zawiązać kilka groźnych akcji i parokrotnie zagrozi bramce mistrzów Polski. A wtedy wystarczy – jak to łatwo powiedzieć – dorzucić skuteczność i sukces Duńczyków murowany.

Wiele zależeć będzie od najlepszych strzelców zespołu i problem Lecha leży przede wszystkim w tym, że do upilnowania jest ich co najmniej dwóch, trzech, a może nawet czterech. Duńczycy jednym tchem wymieniają nazwiska Tobiasa Becha i Kristiana Arnstada, głównie dlatego, że obaj w ubiegłym sezonie zanotowali dwucyfrową liczbę goli. Także jednak dlatego, że jeden i drugi świetną karierę mogą mieć nadal przed sobą – mają bowiem odpowiednio 23 i 21 lat, transfer do większego klubu czy większej ligi nie jest w ich wypadku wykluczony. Pewne zainteresowanie Arnstadem miał już zresztą wyrażać portugalski Sporting, a to nie takie w kijek dmuchał.

Reklama

Kristian Arnstad

Kristian Arnstad

Jest też jeszcze Gift Links, który w Aarhus gra od dobrych sześciu lat, ale dopiero pod wodzą Poulsena naprawdę rozkwitł – sześć goli, siedem asyst i solidne występy na poziomie duńskiej ekstraklasy dają kibicom AGF wiarę w to, że i piłkarz z Republiki Południowej Afryki może w dwumeczu z Lechem namieszać.

No i jeszcze jedna potencjalna nemezis, największy strach wszystkich polskich klubów grających w europejskich pucharach. Były piłkarz. Rasmus Carstensen trafił do Aarhus już w ubiegłym sezonie na wypożyczenie z FC Koeln. Spodobał się rodakom na tyle, że ci postanowili wyłożyć na niego w trwającym okienku okrągły milion euro i teraz 25-latek jest już pełnoprawnym zawodnikiem świeżo upieczonych mistrzów Danii. Tamten sezon też miał niezły, grał wiele, swoje do tytułu dołożył i jeśli ciąży na polskiej piłce jakieś fatum, to właśnie on może się wykazać tą tak ważną w filozofii trenera Poulsena skutecznością. O ile oczywiście będzie mógł zagrać, bo duńscy dziennikarze są przekonani, że nie jest w pełni gotowy do rywalizacji na wysokich obrotach i przez to jego występ stoi pod znakiem zapytania.

Reklama

Parę nowości i niewiadomych. Mistrzowie Polski muszą się mieć na baczności

Innych mocnych punktów jest jednak na tyle dużo, że Aarhus może polski zespół straszyć. Tyle że ofensywę nieco przemeblowało odejście Patricka Mortensena, którego na pozycji środkowego napastnika spróbuje zastąpić czujący się chyba nieco lepiej na skrzydle Bech. Nowością będzie również opaska kapitańska na ramieniu dosyć przecież młodego Arnstada – ten zgodnie z przewidywaniami tutejszej prasy może zameldować się na lewym skrzydle Aarhus, gdzie gospodarze będą upatrywać swoich szans.

Tobias Bech

Tobias Bech

Największe wątpliwości budzi dziś jednak u Duńczyków dyspozycja linii obronnej. Tak przecież chwalonej przed rokiem przez trenera Poulsena, ale też pozbawionej mocnego punktu w postaci Feliksa Beijmo, który na początku lipca przeniósł się do Kopenhagi. Duńczycy obawiają się siły ofensywnej Lecha i są poważnie zmartwieni zadaniem, jakie staje przed Frederikiem Tingarerem, który najprawdopodobniej ustawiony zostanie w środku bloku defensywnego Duńczyków. Do składu wskoczy też Jonas Jensen-Abbew, który w ubiegłym sezonie pełnił tylko rolę zmiennika, a teraz musi wejść w nieco większe buty.

Reklama

To szansa dla Kolejorza, trzeba zrobić wszystko, by udało się ją wykorzystać już w pierwszym meczu. Cały czas trzeba jednak pamiętać o potencjale Aarhus i trzech ukochanych przez Jakoba Paulsena filarach. Rozrywka, wytrwałość, skuteczność.

Czy czasem Lech nie zagra dziś ze swoim lustrzanym odbiciem?

ANTONI FIGLEWICZ Z DANII

Reklama

Fot. Newspix

 

27 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama