Emerytura? Jaka emerytura! Cirstea rozgrywa sezon życia

Sebastian Warzecha

12 maja 2026, 18:23 • 3 min czytania 1

Reklama
Emerytura? Jaka emerytura! Cirstea rozgrywa sezon życia

Sorana Cirstea to klasyczny przykład tenisistki „solidnej”. Od lat gotowa zagrozić wielkim, ale za mało regularna, by wkraść się na szczyty. Wychodzi jednak, że Rumunka im starsza, tym jest lepsza. Bo choć ogłosiła już, że po sezonie skończy karierę, to teraz – w wieku 36 lat – co najmniej wyrówna życiówkę w rankingu WTA.

Reklama

Sorana Cirstea najlepsza w karierze. W wieku 36 lat

Cirstea w kobiecym tenisie znana jest od lat. W 2009 roku, jako nastolatka, doszła do ćwierćfinału Rolanda Garrosa, rok wcześniej wygrała pierwszy turniej w kobiecym tourze (w Taszkencie). Wydawało się, że Rumunia ma wielki talent. Jak to jednak z takimi bywa – ten nie wypalił. Na kolejne podobne sukcesy Sorana czekała bowiem… ponad dekadę.

Przez lata była gdzieś w środku pierwszej setki. Raz wyżej, raz niżej. Czasem spadała nieco dalej, ale regularnie się podnosiła. Zresztą – regularność u niej niesamowita, bo od Wimbledonu 2007 do tego samego turnieju w 2024 roku – a więc przez 17 lat! – opuściła tylko jeden turniej wielkoszlemowy. Nie we wszystkich wystąpiła, pięć razy w tym czasie zdarzyło jej się bowiem nie przejść kwalifikacji, ale mimo wszystko była na miejscu i grała choćby w kwalifikacjach właśnie.

W 2013 roku odniosła największy sukces – dotarła do finału turnieju WTA Premier 5 (dzisiejsze WTA 1000) w Toronto. Grała niesamowity turniej – pokonała po drodze kilka wielkich tenisistek: Caroline Wozniacki, Jelenę Janković, Petrę Kvitovą i Li Na. Dopiero w meczu o tytuł bez litości (6:2, 6:0) ograła ją Serena Williams. Rumunka wskoczyła wtedy jednak na najwyższe w karierze, 21. miejsce w rankingu WTA. Dokładnie takie samo, jakie ma już najpewniej zapewnione w kolejnym zestawieniu.

Reklama

Tyle że wtedy miała 23 lata. Teraz ma ich na karku 36 i już w grudniu zeszłego roku ogłosiła, że będzie to jej ostatni sezon w tourze.

Najlepsze zakończenie?

„Przyszły rok będzie moim 20. sezonem w roli zawodowej tenisistki. Nigdy nie spodziewałam się, że będę grać tak długo, ale ostatnie dwa lata były najszczęśliwsze na korcie i to one sprawiły, że kontynuowałam. Dlatego teraz podjęłam decyzję, że rok 2026 będzie moim ostatnim sezonem w tourze. Gdy kochasz coś tak bardzo, trudno powiedzieć 'do widzenia’. Na razie to nie jest pożegnanie, a raczej 'do zobaczenia jeszcze raz’. Wciąż mam wiele rzeczy, które chcę udoskonalić, mam cele i ambicje, więc mam nadzieję, że uda mi się je zrealizować w przyszłym roku i zakończyć tę piękną karierę w najlepszy możliwy sposób, na własnych warunkach” pisała wtedy.

I cóż, trzeba przyznać, że się udaje. Już poprzednie lata były w wykonaniu Sorany świetne – w 2021 wygrała drugi, a w 2025 roku trzeci turniej w karierze. Do tego w 2023 niespodziewanie znalazła się w ćwierćfinale US Open – dochodząc do tej fazy turnieju wielkoszlemowego drugi raz w karierze. W tym roku z kolei triumfowała w imprezie rangi WTA po raz czwarty… i to w rodzimej Kluż-Napoce! W finale pokonała tam wówczas Emmę Raducanu.

Reklama

Teraz z kolei jest już w ćwierćfinale turnieju WTA 1000 w Rzymie, a by tam wejść pokonała między innymi Arynę Sabalenkę po świetnym, trzysetowym spotkaniu (w którym jednak Białorusinka miała problemy zdrowotne). Cirstea skorzystała z tej wygranej i ograła potem Lindę Noskovą oraz Jelenę Ostapenko. W wirtualnym rankingu WTA jest już – po raz drugi w karierze – 21. Jeśli wygra kolejny mecz (z Coco Gauff albo Mirrą Andriejewą), po raz pierwszy w karierze wskoczy do TOP 20.

I cóż, byłoby to – jak pisała – „zakończenie kariery w najlepszy możliwy sposób”, zdecydowanie.

Fot. Newspix

Reklama

Czytaj więcej o tenisie na Weszło:

1 komentarz
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama