Bojkot Roland Garros? Sabalenka i spółka walczą o pieniądze

Sebastian Warzecha

07 maja 2026, 20:30 • 10 min czytania 10

Reklama
Bojkot Roland Garros? Sabalenka i spółka walczą o pieniądze

W światowym tenisie najczęściej odmieniane w ostatnich dniach słowo to „bojkot”. Wspomniała o nim Aryna Sabalenka, podchwyciły media i pytają wszystkich – czy faktycznie możliwe jest, że Roland Garros zostanie zbojkotowane? Czy zawodnicy i zawodniczki są w stanie przekuć słowa w czyny? Wydaje się, że nie, tym bardziej, że nie ma wśród nich zgodności. Skąd jednak w ogóle o bojkocie mowa? O co walczą Sabalenka i spółka? I czemu są na organizatorów tych największych turniejów po prostu wkurzeni?

Reklama

Roland Garros i zawodniczy bojkot. O co chodzi?

Według mnie dojdzie do momentu, w którym będziemy musieli po prostu zbojkotować turniej. Czuję, że to będzie jedyny sposób, żeby walczyć o nasze prawa. Jeśli dojdzie do bojkotu, uważam, że my, zawodniczki, możemy się zjednoczyć. Niektóre aspekty turniejów Wielkiego Szlema są wobec nas naprawdę niesprawiedliwe. […] To my tworzymy przedstawienie. Bez nas nie byłoby turniejów i rozrywki. Uważam, że zasługujemy na lepsze wynagrodzenie.

To słowa Aryny Sabalenki, którymi liderka rankingu WTA rozpętała w świecie tenisa prawdziwą burzę. Bo o ile spięcia na linii zawodniczki czy zawodnicy a organizatorzy wielkich turniejów to nic nowego, o tyle jakiekolwiek bojkoty zdarzają się sporadycznie, zwykle raz na wiele lat. Gdyby do takiego doszło teraz, byłoby to dla obecnych tenisowych generacji coś zupełnie nowego, nieznanego.

Samo wypowiedzenie tego słowa jest więc już czymś znaczącym. Ale o co właściwie w tym wszystkim chodzi?

Reklama

Nie suma, a procent

Wyliczenia są takie: rokrocznie rosną zyski turniejów wielkoszlemowych. W przypadku Roland Garros – bo to francuska impreza tuż za rogiem i o niej się teraz mówi – pomiędzy rokiem 2024 a 2025 przychody organizatorów miały się podnieść o 14%. Sporo. Sęk jednak w tym – co zauważają zawodnicy i zawodniczki – że w tym samym okresie wypłaty grających na kortach wzrosły o ledwie 5,4%.

Wiadomo, wielu z nas chciałoby dostać dziesiątki czy setki tysięcy euro za swoją pracę. Niemniej – jest w tym jakaś racja.

W oficjalnym oświadczeniu tenisistów czytamy: „Z przewidywanymi przychodami, które mają przekroczyć 400 milionów euro w tegorocznym turnieju, pula nagród dla zawodników wyniesie niespełna 15% tej sumy. Daleko od 22%, o które prosili zawodnicy”.

Te 22% to liczba nieprzypadkowa – mniej więcej tyle wynosi „utarg” tenisistów i tenisistek w turniejach spod szyldu ATP i WTA. A, właśnie – to trzeba napisać: Wielkie Szlemy podlegają ITF (ta sama federacja organizuje turnieje reprezentacyjne) oraz miejscowym federacjom tenisowym. Stąd właśnie inna polityka, inne procenty i problemy, które się teraz nawarstwiają. Bo nikt z zawodników nie podnosi w sumie konkretnych sum – chodzi właśnie o to, jaką częścią tych przychodów czy zysku są wypłaty dla głównych aktorów widowiska.

Reklama

Ale nie tylko o to. Wróćmy do oświadczenia:

„Podczas gdy inne międzynarodowe sporty modernizują swoje zarządzanie, jednoczą interesariuszy i budują długoterminową wartość, turnieje Wielkiego Szlema nadal opierają się zmianom. Brak konsultacji z zawodnikami, brak inwestycji w ich dobrostan – to odzwierciedla system, który nie reprezentuje odpowiednio interesów tych, którzy są kluczowi dla sukcesu tego sportu”.

Zawodnicy – przynajmniej czołowi – chcieliby więc odgrywać większą rolę w zarządzaniu swoim sportem. Mieć jakiś głos, móc wpływać na decyzje podejmowane na wysokich szczeblach. Od dłuższego czasu proszą więc o odpowiednie mechanizmy, o konsultacje z graczami, o dialog, którego – ich zdaniem – brakuje. Nie pomaga pewnie to, że każdy ze Szlemów ostatecznie jest w pewnym sensie niezależnym ciałem.

Na razie więc obrywa się Roland Garros. Potem przyjdzie jednak pewnie czas i na pozostałe trzy.

Reklama

Obrywa się, dodajmy, od największych. Bo to gwiazdy właśnie podpisały list, informujący o tym wszystkim. Ma to sens – nazwiska robią w końcu wrażenie. Gdyby takie pismo wystosowali gracze z dalszych miejsc rankingowych, pewnie mało kto by się tym przejął (choć można było zgarnąć jednak kilka podpisów ludzi z niższych miejsc). A tak? Są na tej liście:

Tenisistki:

  • Aryna Sabalenka
  • Coco Gauff
  • Iga Świątek
  • Jessica Pegula
  • Madison Keys
  • Jasmine Paolini
  • Emma Navarro
  • Zheng Qinwen
  • Paula Badosa
  • Mirra Andriejewa

Iga Świątek i Coco Gauff

Iga Świątek i Coco Gauff podpisały się wraz z innymi gwiazdami pod listem z postulatami. Fot. Newspix

Reklama

Tenisiści:

  • Jannik Sinner
  • Carlos Alcaraz
  • Alexander Zverev
  • Taylor Fritz
  • Alex De Minaur
  • Casper Ruud
  • Daniił Miedwiediew
  • Andriej Rublow
  • Stefanos Tsitsipas

Sama śmietanka. Z najlepszej „10” aktualnego rankingu WTA nie podpisały się tylko (nie wiemy jednak, czy było im to proponowane) 10. Elena Switolina, 9. Victoria Mboko, 6. Amanda Anisimova (jej nie ma w Rzymie, gdzie aktualnie przebywa reszta światowej czołówki) i 2. Jelena Rybakina. Ta ostatnia zdążyła jednak już te starania poprzeć. Jeśli chodzi o TOP 10 u mężczyzn, to nie znajdziemy tu podpisów 10. Lorenzo Musettiego, 6. Bena Sheltona i 5. Felixa Augera-Aliassime’a.

W obu przypadkach poparcie i jedność wyraziły więc osoby z czterech pierwszych miejsc. Tyle że… niekoniecznie są we wszystkim zgodne.

Odmienne zdania. A potrzeba jedności

Aryna Sabalenka – wiadomo – ekstrawertyczna i wojownicza, najchętniej pewnie już zbierałaby szeregi ludzi gotowych pójść i zrobić ten cały bojkot. Tyle że nie wszyscy tak to widzą. Zresztą historia uczy, że różnie to z tymi bojkotami bywało. Weźmy Wimbledon 1973. Dawno, jasne, czasy się zmieniły… ale czy inne jest ludzkie podejście?

Reklama

Na rzeczonym Wimbledonie nie pojawiło się 81 osób. Poszło wtedy nie o pieniądze, a o to, że Lawn Tennis Federation – czyli dzisiejszy ITF – nie pozwolił zagrać w Anglii Nikoli Piliciowi. Pilić nie był jedną z największych gwiazd ówczesnego tenisa, ale akurat miesiąc wcześniej zaliczył najlepszy w karierze wynik w Szlemie i doszedł do finału Rolanda Garrosa. Tymczasem w LTF stwierdzili, ze fajnie, fajnie, ale w Londynie nie zagra, bo… nie pojechał na mecz Jugosławii w Pucharze Davisa.

No więc: wielu zawodników poparło Pilicia i odpuściło sobie wyprawę do Anglii. Ale turniej się odbył.

Z 16 rozstawionych pierwotnie zawodników pojawiło się dwóch – Ilie Nastase (2.) i Jan Kodes (15.). Byli też na przykład Jimmy Connors czy Bjoern Borg, ale obaj tuż przed wybuchami formy, jeszcze talenty, nie wielcy mistrzowie. W każdym razie: z okazji skorzystał Kodes, który wygrał Wimbledon. Nie był Czech tenisistą anonimowym, dwukrotnie triumfował wcześniej w Roland Garros, ale na trawie tylko raz doszedł do finału – właśnie wtedy.

Reklama

Innymi słowy: trudno oczekiwać, by taki bojkot poparli wszyscy. Ba, powiedzieć, że nie wzięłaby w nim udziału zdążyła już na przykład Emma Raducanu, bo „Szlemy oferują coś więcej niż tylko pieniądze”.

W dodatku wypowiadający się w temacie zgodni są w tym, że albo nie zagrają wszyscy, albo nic z tego nie będzie. Mówiły o tym też byłe mistrzynie, choćby Tracy Austin – dwukrotna triumfatorka US Open, która wspominała o tym, że gracze są „rozczarowani ATP i WTA” i że „potrzeba więcej spotkań samych zawodników”. Swoje w tej sprawie dorzucała też Kim Clijsters w podcaście „Love All”.

Cała ta sytuacja to nic nowego. Nawet gdy byłam młodą tenisistką, Venus i Serena Williams rozmawiały z dyrektorami turniejów w sprawie równych płac, tłumacząc, czemu na nie zasługujemy. Słowo „bojkot” wypowiadano wtedy cały czas. […] Wszyscy gracze – nie tylko Jannik Sinner i Aryna Sabalenka – zasługują na to, by traktować ich lepiej. Tenis ma do przejścia długą drogę, ale wsparcie w tej sprawie musi wychodzić od Novaka Djokovicia czy Aryny Sabalenki. To oni mogą zrobić różnicę.

Czy jednak bojkot będzie do tego potrzebny? Niekoniecznie. I tak tę sprawę widzi na przykład Iga Świątek. Polka, zapytana o całą sytuację, poparła zawodniczki – zresztą podpisała się pod przywoływanym listem – ale o bojkocie wypowiadała się nader ostrożnie.

Reklama

– Myślę, że mamy między sobą dobrą komunikację. Czasem, gdy chodzi o ważne sprawy, jesteśmy gotowi przemówić razem. To samo działo się z terminarzem, gdy doszło do zmian ws. obowiązkowych turniejów. Niestety trochę się spóźniliśmy z reakcją. Myślę, że mamy całkiem jasną i podobną wizję. Ale bojkotowanie turnieju to ekstremalny środek. Nie wiem. Wydaje mi się, że jako sportowcy jesteśmy tutaj, żeby grać indywidualnie i rywalizujemy ze sobą. Zdarzały się takie sytuacje, więc naprawdę trudno mi powiedzieć, jak to miałoby działać, i czy w ogóle coś takiego będziemy rozważać. Na ten moment niczego nie słyszałam – mówiła.

Oczywiście, słowa Sabalenki mogą być blefem… i pewnie nim są. Trudno oczekiwać, że faktycznie do bojkotu w jakiejkolwiek formie miałoby dojść. Jeszcze trudniej – że zjednoczyłby wszystkich tenisistów i tenisistki. Jelena Rybakina wspominała na przykład, że „przez lata były różne problemy i ani razu gracze nie zjednoczyli się w całości”.

Organizatorzy Szlemów mogą więc uznać, że są bezpieczni. Ale sprawa zapewne będzie się ciągnąć. Bo tak naprawdę ci wielcy walczą o siebie i swoje zarobki.

Poza tym jednak walczą też o całą tę wielką piramidę.

Reklama

Zadbać o „maluczkich”

Tenis jest sportem, w którym obecne są ogromne pieniądze. Sęk w tym, że tylko na szczycie. Im niżej, tym jest ich mniej – to naturalne. Jednak bardzo szybko, jak na kwoty, o których często mówimy, przeżycie z wyłącznie uprawiania dyscypliny staję się właściwie niemożliwe. Jak zauważono na portalu TennisHead – w tym roku tylko 446 zawodniczek przekroczyło 10 tysięcy dolarów w zarobkach.

A tu trzeba opłacić trenera, przeloty, czasem korty treningowe. Dobrze o tyle, że większość turniejów zapewnia noclegi. Źle, że jeśli nie ma się żadnego sponsora, to trzeba kupować buty, rakiety, płacić za ich naciąganie i tak dalej. Każdy uraz dłuższy niż miesiąc może okazać się tragiczny dla budżetu.

W teorii więcej pieniędzy w ogóle, to więcej i dla tych „mniejszych”, choć wiadomo, że w turniejach wielkoszlemowych i tak na ogół gra jakaś tam elita, nawet jeśli szeroka. Dlatego coraz więcej mówi się o reformie całego systemu.

Uwagę zwracała na to na przykład Coco Gauff:

Reklama

W tym wszystkim nie chodzi o mnie. Chodzi o przyszłość naszego sportu i dzisiejszych graczy, którzy nie mają tyle benefitów, co topowi zawodnicy. Gdy spojrzy się na zawodników z miejsc 50-100 czy 50-200 i na to, ile pieniędzy zarabiają organizatorzy na każdym Szlemie, to dość niefortunne, że zawodnicy z 200. miejsca w rankingu żyją od wypłaty do wypłaty. W innych sportach nie ma takich sytuacji – mówiła Amerykanka.

Sugerowała też, że gracze powinni założyć „unię”, na nasze to tak naprawdę związek zawodowy (Coco za przykład podaje WNBA, gdzie udało się wywalczyć znaczne podniesienie płac). Choć były już tego typu próby, powstawały oddolne, zawodnicze stowarzyszenia, które miały na celu reformować rozgrywki, a przynajmniej wpływać na ATP, WTA i ITF. Wychodziło to… słabo. Gdyby jednak się nie odrywać, a faktycznie postawić na związek, działający w ramach struktur i możliwości tych trzech organizacji – to może by wypaliło?

A jakby wypaliło, to faktycznie można wtedy pomóc zawodnikom i zawodniczkom słabszym, notowanym niżej.

Inna sprawa, że o zarobkach „maluczkich” w tenisie mówi się od lat i w sumie nic się nie zmienia. Niby rosną ich wypłaty, ale w tempie niewielkim, a rosną też przecież wydatki. Potrzebna byłaby tu wielka reforma, a i może nawet… oddanie części zarobków przez czołowych zawodników. A czy ci by się na to zdecydowali? Oj, to już zupełnie inna dyskusja. Znacznie trudniejsza.

Reklama

Zostawmy więc to na razie. Bo pozostaje jedno pytanie.

Czy bojkot może zadziałać?

Krótka odpowiedź brzmi: raczej nie. A przynajmniej nie jednorazowy. Topowi tenisiści i tenisistki musieliby zrezygnować z większej liczby turniejów wielkoszlemowych… albo z dużym wyprzedzeniem zapowiedzieć, że się w jakimś nie pojawią. Bo bilety tak naprawdę już się rozeszły. Sponsorzy też wypłacili, co mieli wypłacić. Fani ostatecznie przyjdą, nawet jeśli będzie ich nieco mniej przez to, że ich ulubieńcy się wycofają.

Ale to będą szczątkowe liczby. Gdyby Sabalenka, Świątek, Gauff, Sinner i Djoković ogłosili dziś, że nie zagrają w Roland Garros to owszem, byłby to wizerunkowy kryzys dla francuskiego turnieju. Organizatorzy mieliby jednak łatwe wyjście: dać turniejowi się odbyć, a potem to wszystko wyciszyć. Poczekać, zobaczyć, jaki będzie poziom, kto wygra, co będzie można z tym fantem zrobić.

Amelie Mauresmo

Reklama

Czy Amelie Mauresmo, dyrektorka Roland Garros, będzie miała powody do zadowolenia i po tegorocznej edycji? Fot. Newspix

Bo całkiem prawdopodobne, że sporo. Sport po prostu nie znosi pustki, ostatecznie wykreowałby nowe gwiazdy, a te bojkotujące… no właśnie, co z nimi? Czy stworzyłyby swoje rozgrywki, czy grzecznie wróciły do gry? Bo jak długo taki bojkot może trwać? Ile można stracić pieniędzy, uwagi mediów, ale i punktów rankingowych? Jak łatwo można oddać szansę na największy triumf w karierze czy też na gonienie największych w historii?

Zbyt wiele jest tu wątpliwości, za dużo niewiadomych. Owszem, bojkotem można grozić, ale prawda jest taka, że w dzisiejszym świecie to organizatorzy, a nie zawodnicy mają przewagę terenu niczym Obi-Wan. Wyrównać mogłaby to po części jedynie decyzja ATP i WTA o zabraniu Szlemom rankingowych punktów (jak na Wimbledonie 2022, gdy zbanowano Rosjan i Białorusinów). Prestiżu w ten sposób – przynajmniej w perspektywie krótkoterminowej – Szlemom nie odbiorą.

Bojkotu można (choć niemal na pewno się to nie wydarzy) próbować. Nie warto jednak robić sobie co do niego wielkich nadziei. Więcej mogą dać zdecydowane negocjacje.

Reklama

Taka jest rzeczywistość.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie na Weszło:

10 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama