Pięciu. Tylu tenisistów z czołowej setki rankingu ATP uderza z backhandu jedną ręką. Do tego w TOP 100, ale WTA, plasują się cztery takie ich koleżanki po fachu. Uderzenie, które kiedyś było największą reklamą dla tenisa, odchodzi do lamusa. Zmieniają się korty, rakiety i styl gry. Wszystko to wpływa na jednoręczny backhand, który niczym zagrożony gatunek zwierzęcia, podtrzymywany jest przy życiu przez grupę kilku(nastu) osobników, gdy drastycznie zmniejsza się jego środowisko naturalne. Czy jednoręczny backhand może ostatecznie przetrwać?
Smutny Federer. Jak upada jednoręczny backhand
Maestria Rogera Federera. Siła Stana Wawrinka. Książkowa sylwetka Richarda Gasqueta przy uderzeniu. Rotacje Dominica Thiema. To wszystko już w zasadzie przeminęło, bo aktywny z tych graczy jest tylko Stan. Tyle że i on za moment skończy karierę – już to ogłosił, na US Open grał ostatniego Szlema w życiu.
US Open wyznaczyło też koniec trwającej niemal 150 lat serii. Od pierwszego Wimbledonu, w roku 1877, aż do teraz zawsze w półfinale co najmniej jednego turnieju wielkoszlemowego w sezonie był tenisista z jednoręcznym backhandem.
Zawsze.
W roku 2026 nie doszedł tam ani jeden. Fakt, że grono kandydatów było stosunkowo wąskie, ograniczało się w zasadzie do Lorenzo Musettiego (14. na świecie), który podtrzymywał tę serię przy życiu rok temu i opcjonalnego powrotu na najlepsze tory czy to Denisa Shapovalova (48.), czy Stefanosa Tsitsipasa (53.). Ostatecznie ostatnim na placu boju był właśnie Cypryjczyk. Tyle że na US Open odpadł w IV rundzie, po trzysetowym starciu z Benem Sheltonem.
To też Tsitsipas wyznaczył – dwa lata wcześniej – koniec innej ery. Gdy wypadł w lutym 2024 roku z TOP 10 rankingu ATP, był to pierwszy raz, gdy w tejże dziesiątce nie było tenisisty z jednoręcznym backhandem. A ranking istnieje od 1973 roku. Seria trzymała się więc pięć dekad. W końcu jednak upadła.
– Poczułem to. To było osobiste i nie podobało mi się. Równocześnie jednak takie momenty sprawiają, że „jednoręczniacy” – Pete Sampras, Rod Laver czy ja – są w pewnym sensie specjalni, bo długo nieśliśmy tę pochodnię – mówił wtedy magazynowi „GQ” Roger Federer, ten najbardziej znany jednoręczny backhand w historii. Człowiek, który grając jedną ręką zgarnął 20 tytułów wieloszlemowych.
Ten sam Federer kilka lat wcześniej powtarzał jednak, że jeśli jego dzieci będą chciały grać w tenisa, to popchnie ich w stronę grania obiema rękami. Bo to łatwiejsze. Tyle że łatwiejsze nie samo z siebie – to tenis się zmienił. I sprawił, że jednoręczny backhand utracił właściwie wszystkie swoje atuty i terytoria.
Dziś to gatunek na wymarciu. Krytycznie zagrożony.
Poezja ruchu, ale brak jej stabilności
Nie ma w tenisie drugiego takiego zagrania. Bo nie chodzi tylko o to, jak leci piłka po dobrze trafionym jednoręcznym backhandzie. Sam ruch, sposób, w jaki trzeba się do tego uderzenia przygotować, jak wąski jest margines błędu – wszystko to sprawia, że każdy, kto liznął chociaż trochę tenisa, docenia tych, którzy tak grają.
I nieważne, czy to backhand szybszy, pełen mocy, jak u Stana Wawrinki, czy tak uniwersalny jak ten Rogera Federera, czy może bardziej „klasyczny”, z długim, obszernym wymachem, jak u Richarda Gasqueta.
Każdy jest piękny.
Przez generacje kolejnych tenisistów jednoręczny backhand był zagraniem dominującym z tej strony kortu. Jeszcze na początku ery open (czyli pod koniec lat 60. i początkiem 70.) zdarzało się, że wszystkie tytuły w sezonie zgarniali tenisiści grający tak właśnie, a i dużo tenisistek, które uderzały wyłącznie jedną ręką.
Rod Laver, Ken Rosewall, John McEnroe, Ivan Lendl, Stefan Edberg, Boris Becker, Pete Sampras. Billie Jean King, Martina Navratilova, Steffi Graf, Justine Henin. I wiele, wiele innych wielkich postaci tenisa. Wszyscy grali jednoręcznym backhandem. I wszyscy czerpali z niego wiele korzyści. Ba, Pete Sampras jako dziecko uderzał z tej strony obiema rękami, ale potem trener powiedział mu, że „nie wygra Wimbledonu, jeśli nie zacznie grać jedną”.
I choć trwało to trochę, a do tego kosztowało go sporo frustracji, to ostatecznie Amerykanin się przestawił. A potem siedem razy wygrał Wimbledon.
Zmiana trendu jednak następowała. Za pionierów – choć nie był pierwsi, ale to na nich wzorowali się inni – uważani są Bjoern Borg, Jimmy Connors i Chris Evert. Co ciekawe – ostatnia dwójka przez pewien czas była parą i oboje wygrywali wielkie turnieje, grając oburęcznym backhandem. W 1974 roku triumfowali tak w odpowiednich turniejach na Wimbledonie. Borg dwa lata później zaczął serię pięciu wygranych turniejów w Londynie. Zapracował na nią obiema rękami.
Początkowo zdarzały się żarty i docinki. Owszem, widziano, że to może się sprawdzać, ale równocześnie jednoręczny backhand wciąż był uważany za ten „właściwy”. Jimmy Connors słyszał, że jego backhand to „forehand w przebraniu” z powodu sposobu, w jaki go uderzał. Znana jest anegdota o tym, jak Chris Evert zaoferowała się przed pokazowym meczem, że nauczy grać oburęcznym backhandem Billy’ego Cartera, brata prezydenta USA, a ten odrzekł: „Ale wtedy nie będę mieć wolnej ręki, żeby trzymać piwo”.
Niemniej – coś się w świecie tenisa ruszało. I rok po roku podgryzało to klasyczne uderzenie.
Bo jednoręczny backhand, jak piękny, tak jest też trudny do wytrenowania. A nawet gdy już się go opanuje, to jest uderzeniem mniej stabilnym, choć bardziej uniwersalnym. Wiadomo też, jak działa świat sportu – dzieciaki wzorują się na idolach. A skoro Jimmy Connors, być może najlepszy gracz tamtych lat, a po nim (czy też po części równocześnie z nim) ubóstwiany Bjoern Borg grali oburęcznie, to i inni tak chcieli. Dwoma rękami backhand uderzał więc już Andre Agassi (urodzony w 1970) czy Mats Wilander (1964), odpowiednio rodacy Connorsa i Borga.
A potem nadeszła cała generacja takich zawodników: Jim Courier, Jewgienij Kafielnikow czy Goran Ivanisevic. Jedni odnosili więcej sukcesów, drudzy mniej, ale wielu zostawało mistrzami wielkoszlemowymi.
Sukces więc nadchodził, oburęczny backhand nie był już gorszym, dziwnym, rzadziej używanym bratem jednoręcznego. Świat tenisa się zmieniał i okazało się, że to na te zmiany odpowiedź.
Pewny i solidny. Oburęczny backhand
Odwrotną historię do tej Samprasa, może opowiedzieć Novak Djoković. No, w pewnym sensie. Bo trenerka, Jelena Gencic, odpowiedzialna za pierwsze szlify w „tworzeniu” wielkiego tenisisty, chciała, by grał jedną ręką. Nole jednak – jak przyznawał po latach – czuł się w takiej grze bardzo słaby, przeciwnicy łatwo mogli znaleźć na niego sposób, po prostu grając wysoką piłką. Postawił więc na dwie ręce.
I w pełni się mu to opłaciło.
Owszem, ucierpiała jego różnorodność zagrań, przez lata (bo potem go rozwinął) jego slajs nieco odstawał od tego, jaki proponował na przykład – choć to górny koniec tej skali – Federer. Do jego gry – defensywnej, potrzebującej odpowiedniej stabilności uderzeń – oburęczny backhand pasował jednak po prostu znacznie bardziej. Bo dwoma rękami z backhandu zagrać łatwiej i to rzecz potwierdzona nawet przez badania naukowe, które przeanalizowały biomechanikę obu typów tego zagrania – wyszło, że wersja z dwiema rękami angażuje naraz mniej „składowych” w ciele.
Mniej więc w efekcie maestrii (co nie oznacza, że nie potrafił być piękny, zapytajcie na przykład Andy’ego Murraya, co o tym sądzi), ale większe szanse, że piłka przeleci nad siatką, nawet z trudnej pozycji.
Starcie klasyki w wykonaniu Roda Lavera, z nową wówczas falą, którą prezentuje Bjoern Borg.
I to właśnie główna zaleta grania z obu rąk. Kolejną jest oczywiście to, że łatwiej go nauczyć, więc trenerzy – a coraz częściej są to osoby, które same grały obiema rękami – z czasem zaczęli sięgać właśnie po to w szkoleniu dzieci. Mówił o tym niedawno, przy okazji wizyty na US Open, sam Roger Federer.
– Gdy dorastałem, powiedziałbym, że 90 procent trenerów grało jedną ręką. A skoro tak, to wielu ich wychowanków też tak grało. Dziś trenerzy w większości grają obiema rękami i łatwiej im nauczyć dzieci, żeby grały oburęcznym backhandem – mówił. Wskazywał też jednak na inne składowe, w tym fakt, że więcej gry toczy się z linii końcowej, gdzie łatwiej jest grać oburęcznym backhandem.
Ważne jest też to, o czym również mówił, że obecnie wszyscy wymagają rezultatów. Wygrywać chcą same dzieciaki, ale też pragną tego ich rodzice, a często i trenerzy. Nie ma cierpliwości, ale wynika to po części z faktu zyskiwania stypendiów czy sponsorów, których dobre wyniki w juniorach mogą przyciągnąć (a tenis jest sportem bardzo drogim i każdy grosz się liczy). Jednoręczny backhand, którego opanowanie chwilę zajmuje, po prostu jest zbyt czasochłonny do obecnej rzeczywistości.
Zresztą sam Federer mówił, że jeden z jego synów (którzy mają obecnie po 12 lat) przestawił się niedawno na granie jedną ręką. I nie idzie to łatwo. A przecież w domu ma najwybitniejszego przedstawiciela tego gatunku zawodników, który może udzielać mu rad. Skoro więc on ma problemy, to każdy dzieciak może mieć. Chyba że do tenisa ma nieziemski wręcz talent.
Są też jednak i inne składowe, przez które jednoręczny backhand umiera. I to w zasadzie wina… samego tenisowego środowiska.
Korty są inne. I rakiety też
Świat się zmienia. Wiecie, wszystko płynie. W tenisie efekt tego jest taki, że piłki odbijają się dzisiaj inaczej niż, na przykład, dwadzieścia lat temu. Raz, że od kortów, a dwa, że od rakiet. W zasadzie większość zmian w tenisie w ostatnich dwóch-trzech dekadach sprawiła, że jednoręczny backhand stał się zagraniem mniej pożądanym – o ile pożądanym w ogóle.
Przede wszystkim zwiększyły się prędkości zagrań. Wynika to z kilku czynników. Pierwszym, bardzo istotnym, jest fakt, że zawodnicy (i zawodniczki też) są… po prostu więksi. Wyżsi, postawniejsi, gotowi generować większą moc w zagraniach. Uśredniając czy to wzrost, czy szybkość piłki, jaka wylatuje z ich rakiety – wartości te są większe niż na początku XXI stulecia (wręcz o kilkanaście czy to centymetrów, czy kilometrów na godzinę). Drugim czynnikiem są właśnie rakiety – lżejsze, z innymi naciągami. Raz, że pozwalają grać szybszą piłkę, a dwa, że generować większe rotacje.
Ten, kto oglądał pojedynki Rogera Federera z Rafą Nadalem wie, jak trudno było Rogerowi odgrywać backhandem niesamowicie rotowane uderzenia Hiszpana (rozgryzł to Roger w pełni dopiero w okolicach 2017 roku, ale sam przyznawał, że duża w tym zasługa większej główki rakiety, po którą sięgnął kilka lat wcześniej i się z nią z czasem oswoił). Oczywiście, Nadal był w tej kwestii absolutnym fenomenem, geniuszem top spina, do tego leworęcznym, więc z forehandu grał po przekątnej właśnie na backhandową stronę Szwajcara.
Sęk w tym, że jeśli top spin staje się łatwiejszy do zagrania, to średnia wartość rotacji też się powiększa. Ogółem w tourze. A to sprawia, że jednoręczny backhand staje się bardziej podatny na ataki rywali.
Zmieniły się też korty. O ile szybkość piłek wzrosła, o tyle kilkanaście lat temu zaczęto faworyzować długie wymiany, kosztem serve and volley. Chodzenie do siatki częściowo odeszło do lamusa, co pięknie widać choćby po tym, jak pod koniec turnieju wydeptana jest trawa na Korcie Centralnym Wimbledonu, a jak była jeszcze 20 lat temu. Większość nowych zawodników wykształciła więc stosunkowo defensywny styl grania, trzymając się przy tym linii końcowej.
Jednoręczny backhand – o czym już wspominaliśmy – się po prostu przy takiej grze mniej sprawdza.
To paradoks – gra jest szybsza, co teoretycznie powinno pomagać w ofensywie, ale korty są wolniejsze, co z kolei nie zachęca do chodzenia do siatki i przesadnego atakowania. Novak Djoković ze swoim stylem gry trafił w idealny moment. Andy Murray po części też. Nawet Carlos Alcaraz czy Jannik Sinner – nowi bogowie tenisa – choć lubią i potrafią atakować, to często okopują się w okolicach końca kortu. A stamtąd lepiej grać dwoma rękami.
Bo jest stabilniej, pewniej i bezpieczniej.
Oburęczny backhand jest też znacznie lepszy od jednoręcznego przy returnie. To akurat niezależnie od szybkości nawierzchni – tak po prostu jest. Łatwiej takie zagranie ustabilizować i posłać na drugą stronę siatki. A w czasach, gdy wielu zawodników bazuje na podaniu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, jest to rzecz niezwykle istotna.
W dodatku backhand grany z obu rąk w ostatnich latach się rozwinął, coraz częściej jest też bronią ofensywną. Nadal nie gwarantuje co prawda takiej różnorodności zagrań jak gra jedną ręką (ta różnorodność też nie jest oczywista – trzeba grać jednoręczny backhand dobrze, bo na przykład Stefanos Tsitsipas miewa z tym problem), ale szybka praca na nogach, odpowiednie ustawianie się i praca w zasadzie całym ciałem, potrafi w pewnym stopniu zniwelować te ograniczenia. Udowadniał to Novak Djoković, a teraz też wspomniani Alcaraz czy Sinner.
Niemniej: wielu jest zawodników, którzy z backhandu korzystają właściwie tylko do tego, by wymianę podtrzymywać przy życiu. I w zasadzie szkoda, że ich trenerzy nie odważyli się lata temu postawić na jednoręczny backhand. W tenisowym świecie byłoby dzięki temu trochę więcej czystego uroku.
Co niesie przyszłość?
Śmierć jednoręcznego backhandu wieszczy się od dawna. W zasadzie gdy przegrywać w Szlemach zaczął Roger Federer – czyli w 2011 roku, pierwszym, w którym (od 2003 i pierwszego tytułu tej rangi) nie zdobył wielkoszlemowego mistrzostwa – mówiło się, że to może być koniec. Potem ożywił jednak fanów tego uderzenia Stan Wawrinka swoimi trzema wielkimi turniejami. A gdy i on powoli zaczynał schodzić ze sceny, zrobił to Dominic Thiem, który (wreszcie) wygrał Szlema, na US Open 2020.
Thiem już nie jest aktywnym tenisistą. Federer też. Wawrinka nie będzie za kilka tygodni.
Od wygranej Thiema w Nowym Jorku nie było już triumfu nikogo grającego jedną ręką. W finałach był Stefanos Tstitsipas, walczy dzielnie Lorenzo Musetti, ale tytuły przypadają tylko tenisistom z dwuręcznej większości. Zresztą nic dziwnego – bo to większość już niemal absolutna. Portal Tennis Abstract, jedno z najlepszych źródeł statystycznych w świecie tenisa, podaje, że aktualnie w TOP 100 rankingu ATP jest pięciu tenisistów korzystających z jednoręcznego backhandu.
W TOP 300 z kolei – 19. Z czego część wiekowa.
Paradoksalnie największą nadzieję dla jednoręcznego backhandu niesie za sobą… zawodniczka. To Lilli Tagger, 18-letnia Austriaczka, która w tym sezonie wygrała pierwszy turniej WTA w karierze. Jej trenerką jest Francesca Schiavone, kiedyś sama uznana „jednoręczna” zawodniczka, wzorce więc ma Lilli naprawdę dobre. Oprócz niej swoje potrafi też Diane Parry i od wielu lat dobrze prezentuje się Viktorija Golubić (Szwajcarka, na marginesie). W TOP 100 rankingu jest jeszcze Tatjana Maria.
Czy jednak Tagger, Parry i Musetti wystarczą, by coś tu zmienić? Trudno tak przypuszczać. O śmierci jednoręcznego backhandu rozprawiali już przecież najwięksi – Martina Navratilova, Justine Henin czy też były trener Belgijki, Carlos Rodriguez, który mówił, że „jednoręczny backhand całkiem zniknie”.
Ciekawą perspektywę już kilka lat temu przedstawiał jednak Philipp Kohlschreiber, który zasugerował, że tenis może iść w stronę „backhandu hybrydowego”. Niemiec miał na myśli return z oburęcznym backhandem, który w wymianie zamieni się w grę jedną ręką. Z drugiej strony to mogłoby wymagać jeszcze więcej cierpliwości w treningu dziecka. A tej, jak już ustaliliśmy, nie ma aktualnie wiele.
Już kilka lat temu na stronie ATP pojawiło się humorystyczne wideo o zanikającym jednoręcznym backhandzie, w którym główną rolę grał inny (jeszcze aktywny) gracz, który z niego korzystał – Grigor Dimitrow. Bułgar często mówił, że czerpie ze swojego backhandu dumę. Zapewne jednak nie tylko on w swojej karierze zastanawiał się, czy gdyby grał dwoma rękami, to osiągnąłby więcej – doszedł do finału wielkoszlemowego, może nawet taki wygrał?
Bo fakty są niestety takie, że z jednoręcznym backhandem wygrywać jest coraz trudniej… i zapewne sytuacja się nie odwróci. Choć kto wie, sport lubi rewolucje. Możliwe, że za kilkanaście czy też kilkadziesiąt lat pokażą się nowi Connors i Evert, tyle że ci przestawią wajchę w drugą stronę – i wychowają pokolenia jednorękich tenisistów.
Na dziś jednak: śmierć jednoręcznego backhandu jest bliska. Dopóki jednak Musetti czy Tagger grają w tenisa, dopóty nie jest to sprawa stracona.
Źródła cytatów/statystyk: ATP, BNP Paribas Open, Sky Sports, Tennis Abstract, The Athletic, The First Serve, The New York Times, The Times, US Open, Wall Street Journal.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix