Real Madryt nie lubi grać z Realem Betis. To w ostatnich sezonach jak najbardziej prawdziwe stwierdzenie. Ostatni raz Królewscy wygrali na terenie tego rywala w sierpniu 2021 roku. A potem już się nie udawało – niezależnie od tego, czy mieli w meczu przewagę, czy dostawali sporo szans, czy statystycznie byli lepsi – triumfów nie było. I dziś doszło kolejne potwierdzenie tego trendu. Gracze ze stolicy Hiszpanii sytuacji mieli multum. A gola – ani jednego.
Real Madryt miał wszystko w swoich rękach. I przegrał
Nadzieję na wygranie kolejnego starcia z Betisem Los Blancos mogli upatrywać w swojej dobrej formie – wygrali trzy pierwsze ligowe mecze, z czego dwa ostatnie w bardzo dobrym stylu, średniej dyspozycji Realu Betis, który solidnie oberwał niedawno od Levante (5:2 dla ekipy z Walencji) i wreszcie w tym, że zmienił się stadion. Dziś obie ekipy grały bowiem nie na Benito Villamarin, a na La Cartuja, co związane jest z tym, że Betis buduje nowy obiekt.
Jednak, jak się okazało, niezależnie gdzie w Sewilli ekipa gospodarzy podejmuje Królewskich, niezależnie, kto jest trenerem Realu Madryt, to madrytczycy po prostu Manuela Pellegriniego i jego ferajny pokonać nie potrafią. A dziś w dodatku nie wywalczyli nawet punktu.
Choć sprawę rozstrzygnąć mogli – czy wręcz powinni – już w pierwszej połowie.
Potworna nieskuteczność. Real marnował, co się dało
Ostatnie dwa mecze dały fanom Królewskich nadzieję na to, że jednak z tym zdobywaniem goli nie będzie tak źle, jak to pokazało potencjalnie otwarcie sezonu z Espanyolem. Dzisiejsze spotkanie z Betisem z kolei zasugerowało, że mogą być mecze, gdy będzie fatalnie. Piłkarze Królewskich co najmniej dwa razy strzelali dziś na w zasadzie pustą bramkę. Mieli karnego. Kilkukrotnie znakomicie wychodzili do główek po rzutach rożnych.
— Los Galácticos (@_LGalacticos) September 4, 2026
A piłka do bramki wpadła raz. I to akurat w akcji, w której był spalony – i to we wcześniejszej fazie, jeszcze przed kluczowymi podaniami.
Natomiast nie można Realu ganić tylko za niewykorzystane sytuacje. Vinicius przez zdecydowaną większość spotkania grał fatalnie. Fakt, że jest to taki gość, który może odmienić losy spotkania w końcówce… i mało brakowało, by to zrobił. Najpierw to po jego asyście fenomenalnym uderzeniem popisał się Carlos Espi. Ale wcześniej to właśnie młody Hiszpan spalił, niestety dla Królewskich. A potem Vinicius był w polu karnym faulowany.
Do karnego podszedł Kylian Mbappe. Dziś nieskuteczny jak właściwie nigdy. Bo jasne, to piłkarz, który z tym zdobywaniem bramek miewa problemy, czasem potrzebuje kilku okazji. Ale zwykle w końcu trafia. A dziś? Dwa razy ustrzelił obrońców, gdy tylko oni zagradzali mu drogę do bramki (zresztą tu Vinicius powinien mieć asystę). Kilka razy wikłał się w dryblingi zamiast spróbować strzału. Z karnego uderzył tak, że Alvaro Valles bez problemu ją odbił.
Można, oczywiście, dyskutować, czy jedenastka nie powinna być powtórzona (wydaje się, że nie) przez wbiegnięcie w jedenastkę gracza Betisu, który wybił piłkę na korner.
𝐊𝐘𝐋𝐈𝐀𝐍 𝐌𝐁𝐀𝐏𝐏𝐄 𝐌𝐀𝐑𝐍𝐔𝐉𝐄 𝐑𝐙𝐔𝐓 𝐊𝐀𝐑𝐍𝐘! ❌ 😳
Real Betis wygrywa z Realem Madryt po niezwykle emocjonującej końcówce spotkania! 🔥 pic.twitter.com/I7Ix9iWXjN
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) September 4, 2026
Można. Ale to niewiele zmienia – bo patrząc na formę i Mbappe, i znakomitego Vallesa, któremu trzeba wręczyć nagrodę MVP, to ten drugi pewnie i powtórkę by obronił. A nawet jeśli nie, to Królewscy zyskaliby tylko punkt.
Fani Los Blancos mogą też po dzisiejszym meczu tworzyć listę tych, którzy nie powinni wybiec w składzie na kolejny mecz i tych, co powinni zdecydowanie. No więc: na pewno Vinicius, na początku sezonu momentami wprost beznadziejny, nawet jeśli zaliczy jedną czy dwie (jak dziś) udane akcje. Na pewno nie Fede Valverde, do którego wrócimy. I nie Eduardo Camavinga, choć on akurat w środku tygodnia, w Lidze Mistrzów zagrać nie może – jest zawieszony.
A kto z ławkowiczów do składu powinien wskoczyć? Pewnie Carlos Espi, którego wejście omal nie odmieniło meczu. Młody Hiszpan ma być „nowym Joselu” i już się znakomicie w tej roli wynajduje. Przy golu miał pecha, wcześniej spalił sytuację wystawioną nogą. A potem doskonale odnalazł się po rożnym, ale w zasadzie wszystkie strzały albo odbijał Valles, albo muskały poprzeczkę (czy spojenie, to akurat sytuacyjne uderzenie Mbappe).
Obecnie bowiem Espi na pewno da więcej od Viniciusa… a być może i od Mbappe, jeśli ten będzie tak „skuteczny”, jak dziś.
Prawda jest jednak taka, że z ofensywnej formacji Realu chwalić można było dziś w zasadzie tylko Ardę Gulera, ale ten – z powodu żółtej kartki na koncie (mógł nawet wylecieć z boiska z dwoma żółtymi) – zszedł stosunkowo szybko.
Reszta ferajny nie dojechała.
Betis wycierpiał swoje. W nagrodę wygrał
Real Betis długimi momentami grał mądrze, nieźle utrzymywał się przy piłce, szukał swoich okazji. Miał ich zresztą kilka, ale ze dwa razy dobrze uderzył Thibaut Courtois, a świetnie pracowali też czy to Dean Huijsen (dziś znakomity), czy Ibrahima Konate. Natomiast liczba sytuacji gości i tak sprawiała, że Królewscy powinni ten Betis ograć. I to może nawet zamykając już sprawę w pierwszej połowie.
Los Verdiblancos mieli jednak znakomitego Vallesa, bardzo dobrze dysponowanych Hectora Bellerina, Natana czy Diego Llorente (choć ten musiał zejść z powodu urazu głowy już w pierwszej połowie), a nawet niezłego dziś Frana Garcię, grającego przeciwko swojej byłej już ekipie, a także to, co być może najważniejsze w tym wszystkim.
Mnóstwo szczęścia.
Bo Betis przecierpiał, co miał przecierpieć. Udało mu się jakimś cudem nie stracić bramki. A potem sami zagrozili Realowi ze stałego fragmentu gry. Pierwszy strzał jeszcze świetnie, na refleks odbił Thibaut Courtois, ale piłkarze gości kompletnie zgubili idącego na dobitkę Troya Parrotta, a ten pewnie trafił do siatki. Konkretnie zgubił go Fede Valverde. Kapitan Realu był dzisiaj fatalny, kompletnie niewidoczny, schowany, właściwie nie było go w grze.
𝐓𝐑𝐎𝐘 𝐏𝐀𝐑𝐑𝐎𝐓𝐓 dał Betisowi prowadzenie w meczu z Realem Madryt! ⚽ 👊
📺 Transmisja: https://t.co/MddNhZeSza pic.twitter.com/7NnuXGJxAD
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) September 4, 2026
A na domiar złego najpierw złamał linię spalonego, a potem nie upilnował swojego rywala. Stać go było tylko na podniesienie ręki w górę, ale nie trzeba było nawet analizy VAR, by widzieć, że nic z tej próby wyratowania się nie będzie.
Valverde chwilę później nie było na boisku.
Była za to jedynka po stronie Betisu na tablicy wyników, a zero po stronie Królewskich. I tak zostało do końca.
Jose Mourinho zaliczył więc pierwszą porażkę w swojej drugiej kadencji w roli trenera Realu i pytaniem pozostaje, jak na to zareaguje – czy, jak dawniej, odważy się posadzić którąś z gwiazd? Czy mocniej postawi na Espiego? Czy dokona roszad? Czy też uzna, że to po prostu taki dzień, gdy nic nie chciało wpaść i raczej niczego nie zmieni. Bo przecież biorąc pod uwagę statystykę goli oczekiwanych, Real Madryt powinien wygrać ten mecz i to 3:1.
I tylko jego piłkarze – choć nie wszystkich można winić – wiedzą, jak tego nie zrobili.
Real Betis – Real Madryt 1:0 (0:0)
- 81′ Parrott – 1:0
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix