Problemy Lechii w Kluczborku. Trzecioligowiec napsuł jej krwi

Antoni Figlewicz

01 września 2026, 20:55 • 5 min czytania 0

Reklama
Problemy Lechii w Kluczborku. Trzecioligowiec napsuł jej krwi

Któż by się nie chciał wybrać na mecz Pucharu Polski w pierwszy dzień nowego roku szkolnego? Dzieciaków było w Kluczborku w bród, ale wraz z nimi na malowniczo położony stadion wybrali się rodzice, dziadkowie i solidna grupa kibiców z Gdańska. Krótko mówiąc – pełen przekrój, pełna oprawa meczu, który na trzecioligowe boiska przywiózł trochę większej piłki. A wraz z nią większych i mimo wszystko niespodziewanych emocji.

Reklama

Napięcie było chyba faktycznie duże, bo nawet arbiter nie był w stanie wytrzymać do wybicia godziny 19:00 i zaczął spotkanie z dwuminutowym wyprzedzeniem. Z ręką na sercu możemy zadeklarować, że MKS Kluczbork faktycznie miał sporą chrapkę na sprawienie sensacji i na samym początku spotkania mocno pracował na to, by Lechię postraszyć. Od pierwszego gwizdka gospodarze podeszli wyżej, wywalczyli trzy rzuty rożne, swoje zrobili zablokowanym strzałem Dawida Wojtyry i celnym uderzeniem z dystansu Patryka Wiszniowskiego.

W ogóle wyglądali na zespół, który wie, co robi. A to zwiastowało niezłe widowisko, które wymykać się miało podziałowi na poziomy rozgrywkowe.

MKS Kluczbork – Lechia Gdańsk 1:2. Trzecioligowiec postraszył faworyta

Mimo wszystko można było odnieść wrażenie, że Lechia ma grę pod względną kontrolą. Jasne, to nadal nie jest ten sam zespół, który oglądaliśmy jeszcze w ubiegłym sezonie w Ekstraklasie, skala przebudowy jest olbrzymia, na swoich barkach nie dźwigał Gdańszczan Camilo Mena, który dziś sobie po prostu odpoczywał. Trudno też powiedzieć, by goście w pierwszej połowie zagrażali jakkolwiek bramce Bartosza Warszakowskiego. Ot, spokojnie przyglądali się zrywom Kluczborczan, którzy kilka razy meldowali się w ich polu karnym. Czasem może nawet zbyt spokojnie.

Po prostu – więcej z gry miał więc zespół z Kluczborka, który w 35. minucie powinien wyjść na prowadzenie. Szansa była doskonała, bo dwóch napastników obsiadło przy linii końcowej jednego z obrońców Lechii. Ten stracił piłkę we własnym polu karnym i uratowała go tylko niefrasobliwość trzeciego z piłkarzy MKS-u, który zamiast „dziubnąć” futbolówkę choć czubkiem buta, bawił się w pokraczną próbę jej przyjęcia.

Reklama

Groźny jak ekipa z Kluczborka. Dwie setki w minutę

A to nie było wszystko, co mieli do zaoferowania gracze z Opolszczyzny. Gdy po jednym z dalekich wybić obciął się Antoni Ziółkowski, doskonałą szansę, nieco znienacka, dostał Wojtyra. Pędził już nawet osamotniony na bramkę Axela Holewińskiego, ale pojedynek z bramkarzem Lechii, mimo wielkiego wzmożenia na trybunach, przegrał.

Podobnie jak kilkadziesiąt sekund później Dawid Czapliński. Jego szansa nie była tak dogodna, ale też spokojnie kwalifikowała się do kategorii tych stuprocentowych. Piłkarz MKS-u obił jednak boczną siatkę i do przerwy mieliśmy 0:0. Ze wskazaniem na trzecioligowca, co przed meczem nie było raczej oczywiste.

Lechia się doigrała, ale i szybko odpowiedziała.

Druga część spotkania mogła się zacząć dla Kluczborczan tragicznie, gdy w pierwszej akcji po zmianie stron z piłką minął się w ich polu karnym Michał Głogowski. Zaczęła się jednak pięknie, bo zaraz potem Wojtyra w końcu znalazł drogę do siatki – płaskim strzałem pokonał Holewińskiego, a na trybunach rozległo się gromkie „MKS, MKS, MKS”. Skłamalibyśmy, pisząc, że prowadzenie gospodarzy było niespodziewane. Oglądaliśmy bowiem pierwszą połowę, widzieliśmy, co miał do zaoferowania zespół z Kluczborka.

Długo jednak nie musieliśmy czekać na odpowiedź podrażnionej Lechii – koślawy strzał sytuacyjny Jakuba Adkonisa zmienił się w asystę, z której użytek zrobił w zapchanym polu karnym Ziółkowski.

Reklama

Wymiana ciosów zrobiła natomiast dobrze całemu meczowi. Po pierwsze, trochę rozgrzała kibiców. Po drugie – pokazała Lechii, że żartów z gospodarzami nie ma i jeśli pierwszoligowiec chce się zameldować w kolejnej rundzie Pucharu Polski, to nie dostanie awansu za półdarmo.

Garść kontrowersji. Systemu VAR w Kluczborku nie było

Stracony gol nie przytłoczył zresztą MKS-u, więc znów oglądaliśmy groźne akcje pod bramką Lechii. W dwóch, może nawet trzech przypadkach gospodarze domagali się zresztą rzutu karnego i z poziomu trybun trudno powiedzieć, czy czasem nie mieli w tych pretensjach do arbitra racji. Bo czasem faktycznie było na styku i sędzia – bez pomocy kolegów od wideoweryfikacji – mógł mieć twardy orzech do zgryzienia.

Ostatecznie na wapno nie pokazał ani razu, co wielkie emocje obudziło w trenerze Kluczborczan, Łukaszu Ganowiczu. Szkoleniowiec w dosadny sposób wyraził swoją opinię na temat kilku decyzji w rozmowie z sędzią technicznym i obejrzał za swój ubrany w żołnierskie słowa wywód żółtą kartkę.

Znów jednak dostaliśmy dowód na to, że emocji w tym starciu nie brakuje. I dalej mieliśmy remis…

Reklama

Zryw Lechii, kolejna setka MKS-u i… wygrana rzutem na taśmę

Do przełamania impasu bliżej było piłkarzom Lechii, którzy na kwadrans przed końcem regulaminowego czasu gry wrzucili wyższy bieg. Spróbowali kilku strzałów zza pola karnego, wprowadzili trochę zamieszania pod bramką MKS-u po jednym z rzutów rożnych i zdecydowanie przejęli inicjatywę. Wszystko zmierzało ku dogrywce, a ta raczej nie była w ich planach.

Coraz częściej sprawdzali więc umiejętności Warszakowskiego i… trochę zapomnieli o tym, że rywal faktycznie umie grać w piłkę.

W 84. minucie trudno było znaleźć na stadionie osobę, która nie złapałaby się za głowę po szansie Mateusza Kuliga. Piłkarz MKS-u strzelał z szóstego, może siódmego metra, ale Holewiński świetnie skrócił mu kąt i nie dał piłce wpaść do siatki. To był jednak ledwie przerywnik dla coraz częstszych ataków Gdańszczan. Do groźnego woleja składał się Władysław Blanuta, aktywnością popisywał się Bakary Sonko, ale Warszakowski dalej pilnował swojej bramki jak lew.

W końcu jednak skapitulował. W ostatnich sekundach, w doliczonym czasie gry. Po walce pięknej, ale ostatecznie pozostawiającej miejscowych z dużym niedosytem. Bo szansa na wyeliminowanie Lechii była wielka, a ostatecznie wyżej notowany rywal jakoś ten mecz przepchnął. Trochę się przy tym jednak napocił i nie można powiedzieć, by był to dla niego spacerek. I za to dla ekipy z Kluczborka wielkie brawa, bo tak właśnie powinna wyglądać walka w Pucharze Polski. MKS wyszedł na starcie z Lechią z otwartą przyłbicą i mimo porażki nie ma się czego wstydzić.

Reklama

ANTONI FIGLEWICZ Z KLUCZBORKA

MKS Kluczbork – Lechia Gdańsk 1:2 (0:0)

  • 1:0 – Dawid Wojtyra 47′
  • 1:1 – Antoni Ziółkowski 51′
  • 1:2 – Bakary Sonko 90’+2

Fot. Newspix

0 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ligue 1

Doświadczony stoper wrócił do Francji. Będzie rywalem Polaka 

Braian Wilma
0
Doświadczony stoper wrócił do Francji. Będzie rywalem Polaka 

Piłka nożna

Reklama
Ligue 1

Doświadczony stoper wrócił do Francji. Będzie rywalem Polaka 

Braian Wilma
0
Doświadczony stoper wrócił do Francji. Będzie rywalem Polaka