Było ich trzech i tak budowali wielką Jagiellonię – Wojciech Pertkiewicz, Łukasz Masłowski, Adrian Siemieniec. Pierwszy odszedł już dłuższy czas temu, odejście drugiego ogłoszono dziś, trzeci jeszcze jest w klubie. Jeszcze. Jagiellonia się zmienia, ale nie były, nie są i nie będą to łatwe zmiany, bo przecież cholernie trudno zastępować ludzi, którzy pisali historię.
Choć oczywiście w Białymstoku mają rozum i wiedzieli, że Masłowski może ich opuścić. Plan klubu był taki, że zatrudni na ten rok wicedyrektora pod Łukaszem Masłowskim i tenże człowiek będzie się przyuczał, a potem dojdzie do naturalnej zmiany warty. Jaga miała jednak trudnego rywala, bo Widzew – jakkolwiek źle trzeba go oceniać na boisku – poza nim jest cholernie mocny i większość ligi w wielu elementach nie może się z nim równać. To oczywiste, że Łodzianie zaproponowali Masłowskiemu pensję marzeń i trudno się dziwić dyrektorowi, że chce na swoim koncie widzieć większe pieniądze. Jednocześnie trudno oskarżyć go o chciwość, bo gdyby kierował się tylko kasą, z Jagiellonii odszedłby już dawno, gdy trwały zakusy innych klubów.
Ponadto nie można zapomnieć, że Masłowski ma w swoim sercu sporo miejsca dla Widzewa. To tam zaczynał stawiać poważniejsze kroki w futbolu jako piłkarz, wracał do niego dwa razy, pracował jako dyrektor sportowy. Nie była to udana przygoda – Masłowski nie dogadywał się z władzami klubu, o ówczesnej prezes, Martynie Pajączek, mówił otwarcie, że nie zna się na piłce. Dyrektor się rozczarował, bo przecież był po świetnym czasie w Wiśle Płock, a niespodziewanie napotkał na zakręt swojej kariery.
I to też nie działało na korzyść Jagiellonii. Mamy bowiem kasę, sympatię i chęć rewanżu. Nie wyszło za pierwszym razem, ma wyjść za drugim. Jak rywalizować z takim kolosem możliwości i nadziei?
Łukasz Masłowski odchodzi z Jagiellonii Białystok. To była świetna kadencja
Dzisiaj krytycy Masłowskiego będą mu wyciągać okienka transferowe z minionego sezonu, które były słabe. Masłowski pudłował z Jóźwiakiem, Nahuelem, Syllą, Bażdarem, AZ Jacksonem, ktoś w ogóle jeszcze pamięta o kimś takim jak Prip? Dziwiło też wydawanie kupy kasy – z perspektywy Jagi – na Szmyta, gdyż ten, mimo paru przebłysków, wiosną się jednak nie obronił (ale może stanie się to później).
Być może Masłowski wpadł w pułapkę ego, to znaczy – wydawało mu się, że każdy niepopularny transfer i tak wypali, tak jak miało to miejsce wcześniej. Inna sprawa, że dyrektor musiał poruszać się w ścisłych, wąskich możliwościach Jagiellonii – i tu w zasadzie dochodzimy do kolejnego punktu argumentów Widzewa – a kto by nie chciał mieć po prostu więcej kasy do wydania? To jest dla dyrektora sportowego w Ekstraklasie sytuacja generalnie nieznana, mieć możliwość płacić za piłkarzy – wydawałoby się – nierealne kwoty i budować kadrę tak, jak się chce, bez kłótni o każde euro.
Zobaczymy, jak te możliwości wpłyną na kompetencje Masłowskiego, ponieważ z tym u polskich dyrektorów jest źle. Transfery za kilka milionów są w Ekstraklasie po prostu nietrafione. Natomiast to, że Masłowski ma oko do piłkarzy, mimo słabych ostatnich dwóch okienek, w ogóle nie podlega dyskusji. Pululu, Marczuk, Hansen, Sacek, Nene, Kubicki, Czurlinow, Wojtuszek, Skrzypczak… Ileż było tych piłkarzy, często nieoczywistych, których Masłowski ściągał, a potem oni świetnie wyglądali w Jagiellonii. No od groma.
Każdy, kto będzie deprecjonował pracę Masłowskiego, narazi się na śmieszność. To była znakomita kadencja. Masłowski, patrząc na to co zrobił dla klubu i co ten klub z nim wygrał, na jaki poziom wskoczył, odchodzi jako jego legenda.
A w Widzewie – na to wychodzi – kolejna rewolucja. Zmieniają się trenerzy, bramkarze, zmieniają się też najwyraźniej dyrektorzy sportowi. I chyba teraz Łodzianie muszą trafić. Bo jak nie trafią z Łukaszem Masłowskim, to z kim by mieli?
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix