W polskim sędziowaniu trwa olbrzymi kryzys. Afera goni aferę, sędziowie narzekają na chaos z obsadami, szkolenia organizowane są na ostatnią chwilę, a każda kolejka Ekstraklasy przynosi kolejne kontrowersje. O nich, czyli o skutkach, dyskutujemy wszyscy. My postanowiliśmy przyjrzeć się przyczynom. Zajrzeliśmy za kulisy polskiego sędziowania i zebraliśmy historie pokazujące środowisko, w którym polityka i walka o wpływy zastępują niezależność i zaufanie. To prowadzi do frustracji. Coraz więcej osób nie potrafi i nie zamierza jej już ukrywać.
Wszystko zaczęło się od listu Pawła Sokolnickiego. W połowie sierpnia ujawniliśmy wewnętrzną korespondencję, skierowaną do ścisłych władz PZPN. Były asystent sędziego Marciniaka, z którym prowadził m.in. finały LM oraz MŚ, opisywał serię zaniedbań i patologii w polskim sędziowaniu.
Kolejne dni pogłębiały chaos: na boiskach Ekstraklasy mnożyły się kontrowersje, PZPN pominął Sokolnickiego w obsadach, a inny asystent Marciniaka, sędzia Tomasz Listkiewicz, wprost pisał, że Kolegium Sędziów swoją analizą „ośmieszyło siebie i nas, sędziów”. Aż w końcu wybuchła afera związana z SMS-ami Adriana Siemieńca.
My zaś zaczęliśmy otrzymywać kolejne pełne goryczy wypowiedzi, opisujące sytuację w polskim środowisku sędziowskim.
– To prawdziwe historie. Też byłem tego świadkiem lub o tym słyszałem – komentowali niemal wszyscy sędziowie, u których weryfikowaliśmy prawdziwość zdarzeń od informatorów.

Sędzia Paweł Sokolnicki, który wystosował list do władz PZPN
Ba, kolejni pytani przez nas arbitrzy dodawali jeszcze inne opowieści. Wielu z nich wyciągało konkretne oskarżenia: zarzucało Kolegium Sędziów fatalną organizację szkoleń, problemy z obsadami, wysokie koszty podróży czy brak przejrzystości w ocenianiu sędziów.
Ale są też arbitrzy, którzy nie ukrywają, że są przychylni obecnemu Kolegium Sędziów. Ci, choć nie zaprzeczali opisywanym historiom, zaznaczają, że w ostatecznym rozrachunku polskie sędziowanie i tak idzie do przodu.
Gdy konfrontuję te słowa z jednym z arbitrów szczebla centralnego, słyszę irytację.
– Zakładam, że po pana tekście zobaczymy medialne tournee przewodniczącego Szulca, który będzie tłumaczył, że wszystko zostało wyolbrzymione – mówi mi. – Tylko dlaczego, skoro jest tak dobrze, to jest tak źle? Czemu każda kolejka przynosi kolejne kontrowersje, a kibice już dawno przestali nadążać za tym co się dzieje? Proszę zobaczyć: frustracja u wielu sędziów sprawia, że zwyczajnie im się „ulewa”.
W polskim środowisku sędziowskim trwa wojna. Jest w niej walka o wpływy, ale też… walka o pewną normalność. Przyczyn obecnego kryzysu sędziowskiego jest wiele. Żeby je poznać i zrozumieć, trzeba przyjrzeć się temu, jak świat sędziów wygląda dziś od podszewki.
Spis treści
- Zawodowe oczekiwania. „Funkcjonujemy w dwóch światach”
- Obsady na ostatnią chwilę? „Środowisko udowodniło, że nie zasługuje”
- Pieniądze. Czy sędziowie dokładają do interesu?
- „Czekamy na tragedię czy o co chodzi?”
- Szkolenie, o które zaczęła się wojna
- Informacja trzy dni przed i klipy sprzed pół roku
- Szkolenie dla klubów, czyli… mail z prezentacją
- „Ty safanduło” i „dwutorowe” odpowiedzi
- „Ku**a, już dzwoni”. Telefony od przewodniczącego
- Polityka, zależności i strach przed konsekwencjami
Zawodowe oczekiwania. „Funkcjonujemy w dwóch światach”
Dla lepszego zrozumienia sytuacji narysujmy kontekst, w którym odnaleźć muszą się sami arbitrzy.
Na szczeblu centralnym w Polsce pracuje około 145 sędziów. Ale tylko garstka z nich – zaledwie 13 arbitrów głównych i 12 asystentów – ma status zawodowych. Pozostali prowadzenie meczów łączą z „normalną” pracą. Często pracując po osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu.
– Funkcjonujemy dziś w dwóch światach. Z jednej strony oczekiwania są zawodowe. Sędzia ma być zawsze gotowy, jeździć po całej Polsce, z dnia na dzień stawiać się na szkoleniu i podejmować decyzje pod ogromną presją – mówi jeden z arbitrów.
Tylko że dla zdecydowanej większości… nie jest to główny zawód.
– Na piątkowy mecz trzeba wziąć urlop. Na szkolenie trzeba wziąć urlop. Trzeba ustawić życie rodzinne. Trzeba dojechać na drugi koniec Polski. Tylko w zeszłym roku na same szkolenia i zgrupowania wykorzystałem 14 dni urlopowych. Jeżeli doliczyć mecze, wychodzi, że cały urlop poświęcam sędziowaniu – opowiada dalej.
Kolegium odpowiada, że kwestie urlopów są monitorowane, a sędziowie mogą informować o ograniczeniach swojej dostępności. Problem zaczyna się wtedy, gdy mają poczucie, że zaczyna to długofalowo wpływać na układ obsad.
Albo wtedy, gdy o meczu na drugim końcu Polski dowiadują się kilka dni wcześniej.
Obsady na ostatnią chwilę? „Środowisko udowodniło, że nie zasługuje”
Jeden z sędziów opowiada nam o sytuacji, w której w środę dowiedział się, że w piątek ma jechać do Lubina.
– Z mojego miejsca zamieszkania to około 500 km. Musiałem brać urlop na żądanie. Żona tak samo, by zająć się dzieckiem – opowiada.
Dla zawodowego sędziego wiadomość o dalekim wyjeździe na kilka dni przed – to problem organizacyjny. Ale dla arbitra, który normalnie pracuje na etacie – staje się to już problemem życiowym.
Sędziowie skarżą się, że ów kłopot już dawno był zgłaszany nowemu przewodniczącemu, Marcinowi Szulcowi. Ten obiecał publikować obsady z minimum dwutygodniowym wyprzedzeniem. Taki system utrzymywał się przez… dwie kolejki.

Marcin Szulc
Dziś sędziowie o obsadach dowiadują się w poniedziałkowy wieczór, czasami we wtorek. W rzadkich sytuacjach publikacja przeciąga się do środy.
– Arbitrzy są sobie sami winni. Środowisko udowodniło, że „nie zasługuje” na zbyt wczesne informowanie o obsadzie, bo dochodziło do wycieków. Zdarzyło się, że zanim PZPN ogłosił obsadę, tabelkę w social mediach publikował już Krzysztof Marciniak z Canal Plus – gorzko komentuje arbiter, który sam siebie określa jako „pro Kolegium Sędziów”.
Do tego dochodzą inne argumenty – kontuzje, dostępność, wyjazdy na mecze europejskie. Ale nie zmieniają jednego. Jeżeli większość sędziów pracuje normalnie, to trzy dni na zorganizowanie wyjazdu na drugi koniec Polski jest dla nich konkretnym wyzwaniem.
Pytanie, czy tę kwestię da się rozwiązać inaczej, niż tylko stwierdzeniem „tak działa sędziowanie”, cały czas wisi w powietrzu bez odpowiedzi.
Pieniądze. Czy sędziowie dokładają do interesu?
Tematem, który arbitrom podnosi ciśnienie, są też oczywiście pieniądze. Problem nieadekwatnych wynagrodzeń, braku zwrotów za dojazdy oraz braku finansowania noclegów poruszał ostatnio na TVP Sport Jakub Kłyszejko.
W swoim tekście podawał przykład sędziego Pawła Horożanieckiego z Żar. Za mecz 1/32 finału Pucharu Polski, w którym pełnił rolę sędziego technicznego, otrzymał 250 złotych brutto, podczas gdy sam koszt paliwa podróży do Opola wyniósł ponad… 320 zł.
– Zdarza się, że sędziowie muszą praktycznie dokładać do takich wyjazdów. Dlatego istnieje niepisana zasada, że na dojazd sędziego technicznego, który często dostaje śmieszne pieniądze, zrzuca się reszta ekipy. Ale czy naprawdę musi tak to funkcjonować? – pyta mnie jeden z rozmówców.
– Co ma w głowie osoba, która wysyła sędziego ze Szczecina na mecze II ligi do Nowego Targu (ponad 700 km) i Rzeszowa (ponad 800 km)? Ile ci sędziowie zarobią podczas takiego wyjazdu? – zżyma się drugi.
Ile zarobią? Sprawdzamy: w przypadku sędziego głównego będzie to 1500 zł brutto, w przypadku asystenta – 900 zł brutto, a sędziego technicznego 350 zł brutto. Koszt podróży w obie strony, przy średnim spalaniu 7l/100km wyniesie około 800 zł.
Sędzia główny zarobi więc na takim spotkaniu nieco ponad 300 zł. Cała reszta dołoży do interesu.
– Nie trzeba szukać spisku. Wystarczy policzyć… – irytuje się jeden z arbitrów, którego dotyczyła podobna sytuacja. – Jeżeli sędzia-amator dostaje mecz 600 km od domu i musi poświęcić na niego cały dzień, pytanie dotyczy też organizacji. I dlaczego nie zdarza się, by obserwatorzy pokonywali takie odległości?
Stawki dla arbitrów to jednak kwestia niezależna od Kolegium Sędziów. Wysokość ekwiwalentu ustala PZPN.
Poniżej publikujemy obecnie obowiązujące stawki. Zwróćcie uwagę na zarobki delegata PZPN – w przypadku meczów I i II ligi jego wynagrodzenie jest około dwukrotnie wyższe niż sędziego technicznego.

„Czekamy na tragedię czy o co chodzi?”
Osobną kwestią jest sprawa noclegów i hoteli. Moi rozmówcy stawiają pytanie: czy jeśli mecz kończy się po godzinie 22:00, to związek nie powinien zapewnić arbitrom miejsca do spania?
– Niech pan sam sobie odpowie. Sędzia jedzie na mecz pół dnia. Prowadzi go pod ogromną presją. Spotkanie kończy się o 23:00, z szatni wychodzi po 1:00 w nocy. Teraz czeka go kilka godzin jazdy samochodem. Czekamy na tragedię czy o co tutaj chodzi? – pada retoryczne pytanie.
W odpowiedzi na oczekiwania sędziów KS wynegocjowało rabaty w niektórych sieciach hotelowych.
– Dwa lata temu Tomasz Mikulski chwalił się jak o nas dba i walczy. Dumnie opowiadał, że załatwił dla nas zniżkę w hotelach IBIS, aż 10%. Już mu nie mówiliśmy, że instalując i logując się do aplikacji Accord Hotels zniżka do każdego hotelu tej sieci z automatu wynosiła 15% – śmieje się gorzko jeden z arbitrów.
Dziś sytuacja ma wyglądać jedynie odrobinę lepiej. W większości współpracujących hoteli sędziowie mogą liczyć na około 20% rabatu.

Ciekawym materiałem porównawczym są też same stawki zarobków arbitrów. W 2014 roku ten z Ekstraklasy miał otrzymywać 3600 złotych brutto. Dziś jest to 4200 zł. Przez ten czas zmieniły się koszty życia, ceny paliwa, hoteli i wartość całego rynku piłkarskiego. Trudno dziwić się frustracji, skoro oczekiwania i wydatki rosną, a podwyżki nie nadążają za inflacją.
Szkolenie, o które zaczęła się wojna
Jednym z punktów zapalnych stały się też przedsezonowe szkolenia dla arbitrów. To właśnie ich przebieg był jednym z najmocniejszych zarzutów, które w swoim liście do PZPN podnosił Paweł Sokolnicki.
Oto co pisał wówczas do władz związku:
- „Sędziowie są nieprzeszkoleni w sposób profesjonalny, jak ma to miejsce w poważnych organizacjach”,
- „Operatorzy nie posiadają wystarczającej wiedzy i umiejętności”,
- „Szkoleniowcy VAR nigdy nie mieli nic wspólnego z pracą w tym systemie”,
- „System szkolenia sędziów jest skostniały, zabetonowany i wymaga natychmiastowej zmiany”.
Przypomnijmy, że Sokolnicki po swoim liście nie został wyznaczony do żadnego meczu 5. kolejki Ekstraklasy. Przewodniczący Szulc twierdził, że zarzuty są przesadzone, a sekretarz generalny Łukasz Wachowski, odpowiedzialny za przygotowanie Centrum VAR, mówił wprost:
– Jestem bardzo rozczarowany tym mailem. Jeśli teraz pojawił się jakiś problem, mógł przed wysłaniem maila zadzwonić do mnie, prezesa Kuleszy czy przewodniczącego kolegium sędziów Marcina Szulca i powiedzieć, co się dzieje.
Tylko że… Sokolnicki w swoim liście twierdzi, że dokładnie tak zrobił.
„Przed startem sezonu, jak i po 1. kolejce Ekstraklasy powiedziałem osobom decyzyjnym w KS PZPN, że funkcjonowanie w takiej rzeczywistości to fikcja, nie mają nic wspólnego z profesjonalną pracą na tym systemie” – napisał wprost w swoim liście. Dopiero gdy jego głos został zignorowany, zdecydował się na interwencję w wyższej instancji.
Tam został nie tyle zbyty, co wręcz uciszony.

Informacja trzy dni przed i klipy sprzed pół roku
Jak wyglądał więc sam przebieg letnich szkoleń? Część sędziów twierdzi, że o organizacji jednego z nich dowiedzieli się… zaledwie trzy dni przed. A na samym szkoleniu omawiali te same klipy, co kilka miesięcy wcześniej.
Ale uporządkujmy fakty. Przed rozpoczęciem sezonu sędziowie odbywali trzy serie szkoleń. Te zaczęły się w dniach 10-12 lipca w Bełchatowie, później kształcono się także w dniach 15-16 lipca, a 22 i 23 lipca zapoznawali się z nowym Centrum VAR.
To właśnie o drugim ze szkoleń część sędziów miała dowiedzieć się trzy dni wcześniej, w Bełchatowie.
– Dla większości z nas stanowiło to konieczność załatwiania na szybko urlopu. A później jazdy setki kilometrów, by obejrzeć te same klipy co pół roku wcześniej – zżyma się nasz informator.
Udało nam się potwierdzić, że podczas szkolenia sędziowie faktycznie ćwiczyli na „starych” materiałach.
– Celem tych warsztatów była nie merytoryczna ocena klipów szkoleniowych, a praca nad technikaliami i operacyjną pracą na VAR – twierdzi osoba broniąca działań KS.
W podobny sposób odbierane są zarzuty o to, że tylko wybrana część sędziów (tzw. operatorzy) zajmowała się rysowaniem linii spalonego. – Celem tych zajęć była poprawa współpracy i komunikacji z operatorem. Z kolei na szkoleniu w Warszawie linie nie było rysowane, bo system, który jest w Polsce od sześciu lat nie przewiduje takiej możliwości. Nigdy nie było takiej opcji – tłumaczono.
Zarzuty dotyczą też spotkania w Centrum VAR: dwóch instruktorów miało prowadzić zajęcia w… czterech salach.
– To absurd. Instruktorzy nie znali prawidłowych odpowiedzi dotyczących analizowanych sytuacji – twierdzi jeden z rozmówców.
– Mi szkolenie się podobało, byłem z niego zadowolony. Dwóch instruktorów na cztery sale to dużo – ocenia inny.
Kolejny z arbitrów zwraca uwagę, że problemy ze szkoleniami ciągną się w związku od lat.
– O szkoleniach często dowiadujemy się na ostatnią chwilę. Zdarza się, że w przypadku takiego, który jest online informacja na mpzpn24 pojawia się dopiero tego samego dnia. O takich problemach jak płynne odtwarzanie klipów, szkoda już w ogóle mówić – twierdzi.
– Nigdy nie mieliśmy też żadnego szkolenia ze słynnej ostatnio Konwencji Sędziowskiej. Nigdy nie było nawet żadnego maila z prośbą o zapoznanie się z nią – dodaje kolejny.
Szkolenie dla klubów, czyli… mail z prezentacją
Kwestia szkoleń, tym razem dla klubów, stała się też głośna przed meczem o Superpuchar Polski. Problem publicznie poruszył trener Lecha Poznań, Niels Frederiksen:
– Tuż przed rozpoczęciem konferencji dowiedziałem się, że w meczu o Superpuchar będą zastosowane nowe reguły, te same, które stosowano na mistrzostwach świata. Nie otrzymaliśmy żadnych materiałów, wyjaśnień. Zwykle sędzia tłumaczy zawodnikom nowe reguły, u nas będzie musiał je wyjaśnić kierownik drużyny. Muszę powiedzieć, że to brak szacunku ze strony federacji, że poinformowała o zastosowaniu nowych przepisów dzień przed meczem. Federacja powinna to przemyśleć, jeśli chce, by ten mecz był traktowany poważnie – przekazał szkoleniowiec mistrza Polski na przedmeczowej konferencji.
Z naszych informacji wynika, że faktycznie zwykle sezon poprzedzało spotkanie na linii przedstawiciel sędziów – klub, na którym przedstawiano zmiany w przepisach na nowy sezon. Takie miało być nawet licencyjną formalnością.
W tym roku ograniczono się do wysłania klubom… maila z prezentacją. Co więcej, sami sędziowie maila z prezentacją dostali 18 lipca, a więc… dwa dni po rozegranym Superpucharze. Wśród odbiorców maila jest także Damian Kos, który był arbitrem głównym starcia Lecha z Górnikiem.

Dlaczego w tym roku porzucono wyjazdy szkoleniowe dla klubów? Od doświadczonego sędziego szczebla centralnego słyszę, że jednym z powodów miało być to, że zmian w tegorocznych przepisach było… dużo. Jako inne argumenty padają słowa o „formule, która się wyczerpała” i „smutnym obowiązku”.
„Ty safanduło” i „dwutorowe” odpowiedzi
Osobną kwestią pozostają egzaminy sędziowskie. I tu pojawiają się historie, po których włos jeży się na głowie.
– Pewnego razu egzaminu nie zaliczyło aż 40 sędziów, w tym kilku z Ekstraklasy. Zaczęto więc gorączkowo zastanawiać się, co tu robić. Zdecydowano się więc na takie rozwiązanie, by niektóre odpowiedzi uznawać… dwutorowo. To znaczy zaliczać np. jako poprawne odpowiedzi zarówno „pośredni” jak i „bezpośredni” – opowiada jeden z arbitrów.
– Liczba „oblanych” spadła z 40 do 20, ale wciąż było tam dwóch arbitrów z Ekstraklasy. Do puli „dwutorowych” pytań dołączono więc kolejne. W tym jedno, w którym uznawano zarówno „tak” jak i „nie” – w tym momencie mój rozmówca wybucha śmiechem.
Inny arbiter opowiada też taką historię:
– Do legendy przeszły już niektóre pytania egzaminacyjne. Kiedyś pytano nas, jaką kartkę pokazać zawodnikowi, który mówi do sędziego „ty safanduło”. Chyba nikt na sali nie znał tego słowa. Jaki jest sens takich pytań? – kręci głową.
Osoby będące blisko Kolegium Sędziów twierdzą, że takie pytania to już relikt przeszłości. – Od dawna wszyscy chwalą sobie merytoryczność i życiowość pytań z przepisów gry. Nie ma udziwnionych pytań, nie ma poczucia polowania na kruczki językowe – słyszę, gdy pytam o „safandułę”.

„Ku**a, już dzwoni”. Telefony od przewodniczącego
Ciekawie wygląda też system oceniania pracy sędziów. Każdy mecz jest bowiem obserwowany z kilku perspektyw. Jest obserwator stadionowy, jest obserwator telewizyjny, jest także samoocena sędziego. Kolegium nazywa to systemem „Triple Checking”.
To, co na papierze brzmi nieźle, zaczyna się chwiać, gdy sędziowie telefon od przewodniczącego Kolegium Sędziów otrzymują… tuż po meczu.
– Sędzia kończy mecz i gdy wchodzi do szatni słychać: „ku**a, już dzwoni” – opowiada mi jeden z arbitrów. – Niech pan sobie to wyobrazi: nie ma czasu nawet na prysznic, a już musi tłumaczyć się z decyzji przewodniczącemu. W jakiej roli stawiany jest obserwator boiskowy, który w tym czasie czeka i patrzy się w ścianę? To zupełne podważenie jego autorytetu. Po co omawiać z nim mecz, skoro przewodniczący ocenił już boiskowe sytuacje?
Moi rozmówcy twierdzą też, że telefonów od przewodniczącego mogli spodziewać się niemal zawsze ci sami arbitrzy.
– Może do pozostałych nie miał numerów? – śmieje się jeden z nich.
Zwolennicy Kolegium wzruszają ramionami, odpowiadając, że przecież sędziowie sami chcieli większego feedbacku na temat swojej pracy. – Jedni sobie je chwalą, a inni nie. To indywidualna sprawa. Te telefony nigdy nie były formą nacisku, represji. Ale chyba nie do końca zostały zaakceptowane, bo dawno się z takim nie spotkałem – słyszę.
Inną kwestią jest ocena obserwatora telewizyjnego. Bo tak jak ta od przewodniczącego przychodzi czasem zbyt szybko, tak ocena z obserwacji potrafi pojawić się po… kilku miesiącach. Nierzadko w tym czasie obowiązujące wówczas wytyczne zdążyły się zdezaktualizować.
– Jaki jest sens takiego feedbacku już po zakończonych rozgrywkach? – rozkłada ręce jeden z moich rozmówców.
Polityka, zależności i strach przed konsekwencjami
Wszystkie te historie można próbować tłumaczyć osobno. Późne obsady? Taka specyfika pracy. Niskie ekwiwalenty? Panie, to Henryk Kula wykreślił na zarządzie, pytajcie jego. Telefony po meczach? Przecież to troska o jakość.
Problem w tym, że gdy zbierzemy je razem, przestają wyglądać jak seria przypadków. Tak jak kryzys polskiego sędziowania nie zaczyna i nie kończy się na jednej kontrowersyjnej decyzji, tak i tutaj finalny wynik jest efektem wielu małych zdarzeń.
Kryzys zaczyna się tam, gdzie sędzia nie wie, kiedy dostanie obsadę, ile zarobi na wyjeździe (i czy na nim nie straci), czego nauczy się na szkoleniu i czy zostanie sprawiedliwie oceniony. Kończy się zaś tam, gdzie zamiast zaufania pojawia się strach przed zabraniem głosu.
Bo i takie zarzuty padają częściej, niż chcielibyśmy o nich słyszeć – że wewnątrz środowiska sędziowskiego trwa wojna. Gdy ktoś publicznie zabiera głos, zbiera za to po głowie. Pojawiają się zarzuty o mobbing, głośna sprawa wylądowała niedawno w prokuraturze. Dlatego też większość moich rozmówców wyraźnie prosiła o anonimowość. Pozostałych też postanowiłem nie wymieniać z nazwiska.
– Świat sędziów nie jest światem prostym. Tam jest wiele zazdrości, tam jest nieprawdopodobna walka. Tam jest szalenie dużo polityki – mówił mi z kolei, już pod nazwiskiem, niedawno Zbigniew Boniek podczas tworzenia swojego felietonu na Weszło.
I to jest właśnie uderzeniem w sedno problemu.
Bo jeśli w środowisku, które ma opierać się na niezależności, obiektywności i zaufaniu, coraz więcej miejsca zajmują polityka, zależności i strach przed konsekwencjami, trudno oczekiwać, że kłopoty rozwiążą się same.