Najgorszy Juventus od meczów z Lechem. Zaprzepaścili wszystko

Marcin Długosz

19 maja 2026, 11:53 • 8 min czytania 18

Reklama
Najgorszy Juventus od meczów z Lechem. Zaprzepaścili wszystko

A było już tak pięknie… Juventus długo wyglądał już na drużynę w miarę okrzesaną przez Luciano Spallettiego i taką, która nie będzie miała problemów z osiągnięciem minimum przewidzianego na obecny sezon. Tymczasem w niedzielę doszło do dziewięćdziesięciu minut, które w miejsce spokoju i atmosfery planowania wprowadziły wkurzenie, niepokój i żądanie głów.

Reklama

Spalletti opanował sytuację…

Półtorej godziny. Czasem tyle wystarczy, żeby całkowicie przeprogramować kolejny rok i z motywacji do kroczenia naprzód, osunąć się w rozpacz i niedowierzanie. Na taką kolejkę górską swoich kibiców zabrał w minioną niedzielę Juventus.

Na przełomie października i listopada, kiedy zwolnionego Igora Tudora zastąpił Luciano Spalletti, turyńczycy zajmowali siódme miejsce w tabeli i tracili sześć punktów do lidera. Mimo sytuacji „w miarę” nie zamierzano tracić czasu na kolejny „rok zero” i postanowiono interweniować szybko.

Czy przyniosło to efekt? Długo tak się wydawało. Spalletti pierwszy mecz na ławce Bianconerich przegrał dopiero w grudniu, z Napoli, w dziewiątym spotkaniu pod jego wodzą. Oczywiście zdarzały się remisy, ale długo Stara Dama wyglądała na totalnie odmienioną.

Porażki, jak już się zdarzały, to raczej do przyjęcia i wyjaśnienia. Styczniowe 0:1 z Cagliari było obudowane zwycięstwami po 3:0 z Sassuolo i Napoli, 5:0 z Cremonese i 2:0 z Benficą. Na sto takich meczów jak ten na Sardynii, dziewięćdziesiąt dziewięć prawdopodobnie wygrało Juve.

Reklama

Podobnie można było powiedzieć o ćwierćfinale Pucharu Włoch z Atalantą. Niby solidne cięgi, 0:3 w Bergamo, ale wystarczyło obejrzeć mecz, żeby dojść do wniosku, że z gry… to taki rezultat powinien paść raczej w drugą stronę, jeśli już.

Nawet to odpadnięcie z Ligi Mistrzów – klęska 2:5 w Stambule, ale potem bohaterskie 3:0 w dziesiątkę w rewanżu z Galatasaray i odpadnięcie dopiero po dogrywce. Ta drużyna walczyła, był w niej duch.

Idźmy dalej z porażkami, które… budowały. Tak jak ta w walentynki w Mediolanie z Interem. Niby 3:2 dla Nerrazzurrich, ale decydującego gola Piotr Zieliński strzelił w ostatniej minucie, a dodatkowo Juventus grał ponad połowę w osłabieniu po sławetnej symulce Alessandro Bastoniego i wykluczeniu Pierre’a Kalulu.

Dopiero domowego 0:2 z Como nie dało się już obronić, ale zaraz po tym meczu nadeszła seria dziesięciu ligowych meczów, w których sześć razy Juventus wygrał, a cztery zremisował. W tym rzutem na taśmę 3:3 na Stadio Olimpico z Romą, kiedy nie pozwolił Giallorossim odskoczyć w tabeli na granicy TOP4.

Reklama

Ta seria sprawiła, że przed przedostatnią kolejką turyńczycy wykorzystali nawet kryzys Milanu i wskoczyli na trzecie miejsce. Jednocześnie miesiąc wcześniej Spalletti odnowił swój kontrakt z klubem na kolejne dwa sezony i wydawało się, że w podziękowaniu dołoży nawet całkiem niespodziewany brązowy medal.

… by wszystko zaprzepaścić

I nadszedł 17 maja – poprzedzony remisem 1:1 ze zdegradowanym już Hellasem – który zrujnował wszystko, nad czym przez ponad pół roku w klubie pracował trener. W domowym meczu z Fiorentiną Bianconeri bili pianę w ataku, ale nie przekładało się to na nic konkretnego. W przeciwieństwie do Toskańczyków, którzy zadali rywalom dwa ciosy i sprawili, że w Turynie w półtorej godziny musieli przejść z sytuacji opanowanej do sytuacji kryzysowej.

Przede wszystkim sportowo. Jeśli w ostatniej kolejce nie wydarzy się cud – a takim byłby triumf Juve na stadionie Torino przy jednoczesnej stracie punktów Como z Cremonese i Romy lub Milanu odpowiednio z Hellasem i Cagliari – Stara Dama sportowo po raz pierwszy od piętnastu lat nie zakwalifikuje się do Ligi Mistrzów.

Reklama

Owszem, ta sztuka nie udała się jej też w 2023 roku, ale wtedy wiodącą rolę odgrywały czynniki pozaboiskowe. Klub został ukarany odjęciem punktów i z tego powodu wypadł z TOP4, ale sportowo rozegrał sezon, który do awansu wystarczał.

Ostatni sezon, w którym Juventus nie był w stanie nabić wystarczająco dużo punktów, żeby myśleć o Champions League, to 2010/2011. Ten, w którym dwukrotnie zremisował z Lechem Poznań. Na ławce zasiadał Luigi Delneri, a w klubowej gablocie było o dziewięć mistrzostw Włoch mniej – hegemonia pod wodzą Antonio Conte i Massimiliano Allegriego, zakończona tytułem z Maurizio Sarrim, dopiero miała się rozpocząć.

Minęła cała epoka. W futbolu – wieczność. Nic nie wskazywało w ostatnich tygodniach na to, że spośród wszystkich walczących o Ligę Mistrzów w Serie A, to właśnie turyńczycy zaprzepaszczą wszystko na ostatniej prostej. I to dodatkowo w taki sposób – grając u siebie z utrzymaną już Fiorentiną, która rozegrała tragiczny sezon.

Reklama

Straty sportowe i finansowe

A jednak tak się stało. Ale sportowy obraz tej katastrofy to tylko jedna strona medalu. Drugą stanowią szkody finansowe. Jak podkreślają włoskie media, łączną stratę z tytułu braku awansu do europejskiej elity – a co za tym idzie także brak co najmniej czterech domowych meczów pod tą egidą – klub musi wycenić na 70-80 milionów euro.

Ogromne pieniądze, nawet jak na warunki największych klubów.

Nie może zatem dziwić, że jak tylko wydarzenia wczesnego niedzielnego popołudnia stały się faktami, w klubie rozpoczęto polowanie na czarownice. Ktoś przecież musi być winny tego, że z sytuacji poukładanej, wydawało się – w pełni opanowanej, nagle wykonano spektakularny skok w przepaść.

Swoje na sumieniu mają piłkarze. Najlepiej opłacany piłkarz Serie A, Dusan Vlahović, jeszcze przy stanie 0:0 miał sytuację sam na sam z Davidem de Geą i rąbnął z całej siły, ale prosto w Hiszpana. Dodatkowo podczas meczu pokłócił się z Manuelem Locatellim, czym dodatkowo wkurzył klub – i na Serba, i na Włocha nałożona została kara finansowa.

Reklama

Michele Di Gregorio znowu zachował się niepewnie przy straconej bramce. Po dwóch latach od odejścia z Turynu Wojciecha Szczęsnego, jak bumerang wracają słowa Polaka, że jego zdaniem „ta decyzja sportowo się nie obroni”.

Oj, nie broni.

Można szukać dalej i wskazywać palcem, a prawda jest taka, że Juventus zawalił totalnie przede wszystkim jako zespół. Spalletti honorowo podkreślił, że wytykanie winnych należy zacząć od niego, ale akurat Włoch o swoją sytuację obawiać się chyba nie musi.

Owszem, świeżo po tragicznej dla Juve w skutkach porażce z Fiorentiną zastanawiano się, czy poukładane relacje z trenerem nie wywrócą się nagle o 180 stopni i nawet tutaj dojdzie do zmiany. Ale przecież nowy kontrakt podpisany w zeszłym miesiącu gwarantuje mu roczną pensję w wysokości 5 milionów euro netto z bonusami, a weź pokryj coś takiego jeśli właśnie wymiksowałeś się z wielkiej kasy od UEFA.

Reklama

A tym bardziej, że Juventus musi tego lata wyciągnąć z kieszeni 40 milionów na Loisa Opendę, czyli transferowy flop z Lipska. Belg w 34 występach strzelił całe 2 gole i okazał się totalnym nieporozumieniem, ale turyńczycy zastrzegli sobie przy wypożyczeniu wykup, jeśli tylko zajmą w Serie A minimum dziesiąte miejsce.

Juventus poza Ligą Mistrzów?

Pod lupą szefa klubu, Johna Elkanna, znaleźli się teraz właściwie wszyscy. Od zawodników, przez trenera po prezesa Bianconerich, Damiena Comollego, który miał za zadanie przebudować struktury kluby i w dużej mierze odpowiadał także za rynek transferowy.

Milczenie szefa Exor, firmy rządzącej Juventusem, ma potrwać do końca tego tygodnia. Przed niedzielnymi derbami nikt jeszcze nie będzie zwalniany czy mocno krytykowany, bo a nuż się uda, ale… Wydaje się, że nadchodzi nieuniknione.

Reklama

Numer jeden w klubie z Turynu ma święte prawo być wkurzonym na to, co właśnie się wydarzyło. A tym bardziej, że Bianconeri nie są klubem trzymającym węża w kieszeni.

Jak wylicza „La Gazzetta dello Sport”, od 2020 roku do teraz – a więc w czasie, kiedy Juve mistrzostw już nie wygrywa – łącznie na rynku transferowym Bianconeri wydali kompleksowo 875 milionów euro! Wliczając w to oczywiście wszystkie koszty i prowizje dla pośredników.

Ściągali przy tym za gigantyczne pieniądze piłkarzy, którzy nie okazywali się warci nawet ułamka tej ceny, jak Arthur, Douglas Louis czy wspomniany już Openda.

Brak awansu do Ligi Mistrzów zapewne pokrzyżuje także nieco plany na nadchodzące okienko. Wydawało się przecież, że Spalletti będzie miał w swoich rękach wszystko – miejsce w elicie, kapitał wynikający z kilkumiesięcznego poznania drużyny, możliwość działania po swojemu od samego początku sezonu, no i jakieś pieniądze do wydania.

Reklama

Z Juventusem usilnie łączony jest między innymi Bernardo Silva, ale już pojawiają się głosy, że bez miejsca w Champions League, po prostu nie ma na co liczyć. Z drugiej strony wiadomo, że wylądowanie raz na jakiś czas w Lidze Europy to też nie jest koniec świata – przechodziła to całkiem niedawno choćby i Barcelona, nawet jeśli tylko na wiosnę – ale…

Zestawienie tego, jak mogło być ze Starą Damą, a jak prawdopodobnie będzie, w Turynie bardzo boli. I musi boleć, bo z rąk wymyka się coś, co absolutnie nie miało prawa się wymknąć.

Musimy poczekać jeszcze na najbliższy niedzielny wieczór. Biorąc pod uwagę nieprzewidywalność piłki trzeba sobie zostawić delikatny margines na to, że faktycznie Milan lub Roma zanotują kompromitację tysiąclecia, a i swoje dołoży Como, ale… Ujmijmy to tak – nie jest to najbardziej prawdopodobna rzecz na świecie.

Tabela rozgrywek dostarczona przez Superscore

Reklama

Dużo bardziej realny jest scenariusz, w którym Spalletti faktycznie pozostaje na ławce Juve, ale zamiast wtorków i śród w europejskiej elicie, musi podołać czwartkom z mniej renomowanymi rywalami. A przy tym pieniądze na wzmocnienie drużyny na pewno się skurczą, bo wobec straty tak rozległych premii od UEFA, nie można przejść obojętnie.

Mija już szósty sezon po hegemonii Juventusu. I okazuje się, że najlepszym był ten pierwszy – 2020/2021 pod wodzą Andrei Pirlo. Awans do Ligi Mistrzów udało się wtedy wywalczyć cudem, bo na skórce od banana wyłożyło się Napoli, ale jednak. Dodatkowo dołożono Puchar i Superpuchar Włoch.

O takim scenariusza dzisiaj w Turynie mogą tylko pomarzyć. A przy tym muszą solidnie pomyśleć jak odnaleźć się w rozdaniu, którego przez ostatnie tygodnie po prostu nie zakładali.

Reklama

Fot. Newspix

18 komentarzy
Marcin Długosz

Serie A, Serie B, Włosi w europejskich pucharach - kocha wszystko, co spod znaku calcio. Za Milanem przemierzył sporo kilometrów, kocha zapach San Siro i będzie płakał przy wyburzeniu (które jest konieczne). Nie zapomina o starej, dobrej Ekstraklasie. Na weszlo.com i w WeszłoTV opowiada głównie o piłce włoskiej i polskiej.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama