Gol z Chelsea i wielki kryzys rok temu. Oto nowy napastnik Wisły

Przemysław Michalak

16 lipca 2026, 16:29 • 10 min czytania 1

Reklama
Gol z Chelsea i wielki kryzys rok temu. Oto nowy napastnik Wisły

Wisła Kraków dopięła swego i sprowadziła nowego napastnika. Dzięki temu trener Mariusz Jop w obliczu dopiero kończącego się procesu dochodzenia do pełni dyspozycji przez Angela Rodado nie zostaje w ataku z samym Jordim Sanchezem. Jeremy Guillemenot nie wygląda na kogoś, kto automatycznie rozbudza nadzieje na zostanie gwiazdą Ekstraklasy, ale na kogoś, kto powinien być solidnym wzmocnieniem potencjalnie ligowego średniaka – już tak. 

Reklama

Biała Gwiazda wzięła zawodnika, którego wiek determinuje jeszcze do posiadania sportowych ambicji (28 lat), a liczbami na pewno nie zniechęca. Seniorską karierę spędził głównie w szwajcarskiej Super League, czyli lidze porównywalnej do naszej. Na tym poziomie w 225 meczach uzyskał 71 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej (47 goli, 24 asysty), czyli mniej więcej wychodzi, że w co trzecim występie daje ofensywny konkret. Rzecz jasna nie zawsze były to występy pełne czy w podstawowym składzie.

Jeremy Guillemenot – nowy napastnik Wisły Kraków [HISTORIA]

Dekadę temu chłopak zapewne liczył, że jego kariera potoczy się w sposób bardziej spektakularny, ale i tak nie może narzekać. Ileż to mieliśmy wonderkidów, którzy nigdy porządnie nie zaistnieli w dorosłej piłce i pozostali jedynie ciekawostką. A Guillemenot wonderkidem był, bez dwóch zdań.

Już jako 17-latek rozegrał trzy mecze na drugim szczeblu dla Servette pod koniec sezonu 2014/15. Klub ten przeżywał wyjątkowo trudny czas i choć na boisku zajął drugie miejsce, to nie otrzymał licencji i został zdegradowany do trzeciej ligi.

Reklama

Za młodu do Barcelony

Guillemenot akurat trochę zyskał na tych zawirowaniach, bo siłą rzeczy wielu zawodników odeszło i trzeba było stawiać na młodzież. Dzięki temu w sezonie 2015/16 dobił do dwudziestu dwóch ligowych występów (6 goli, 5 asyst). Dołożył sporą cegiełkę do awansu. To zwróciło na niego uwagę w Katalonii. Barcelonie nie można było odmówić. Został pierwszym Szwajcarem, który trafił do La Masii.

Otwartość na zmiany otoczenia chyba ma zapisaną w genach. Choć urodził się i dorastał w Szwajcarii, jego ojciec jest Francuzem, a matka Portugalką.

Odchodzący do Barcelony Jeremy Guillemenot na zdjęciu z rodzicami i siostrą (screen z tdg.ch). 

Reklama

Na tym wyjątkowość tej historii się kończy. Fakt, iż Guillemenot terminował w Barcy ma dużo mniejsze znaczenie niż trzy mecze Petera Federico dla Realu Madryt prowadzonego przez Carlo Ancelottiego. Nowy napastnik Wisły występował głównie w zespole juniorów. W trzecioligowych rezerwach dostał dwie szanse i strzelił jednego gola. Co ciekawe, dzielił wtedy szatnię z Jesusem Alfaro, który w latach 2023-25 grał właśnie przy Reymonta.

Szwajcar znacznie więcej zdziałał w Młodzieżowej Lidze Mistrzów, gdzie wraz z kolegami dotarł do półfinału edycji 2016/17, a on sam strzelił trzy gole i zaliczył dwie asysty. Może się dziś chwalić, że grał z Markiem Cucurellą i Inakim Peną. I z Alassaną Mannehem, który z czasem wylądował w Górniku Zabrze.

Razem z nim w następnym sezonie poszedł na wypożyczenie do Sabadell, gdzie był także Mario Rodriguez (ex-Warta Poznań). Raptem jedna bramka na boiskach trzeciej ligi hiszpańskiej nikogo nie mogła porwać. Dość szybko stało się jasne, że Barcelona to nie jest miejsce dla niego.

Udany powrót do Szwajcarii

Latem 2018 Blaugrana podziękowała mu za dwuletnią współpracę, a Guillemenot w poszukiwaniu minut powędrował do Rapidu Wiedeń. Minął się tam z Alexem Sobczykiem, który szybko udał się na wypożyczenie do drugoligowego Floridsdorfer.

Reklama

Jeremy to zawodnik, którego śledzę od jego wczesnej młodości i który ma ogromny potencjał. Prawdopodobnie przeniósł się do tak dużego klubu jak FC Barcelona trochę za wcześnie, ale z pewnością może zacząć od nowa i być dla nas prawdziwym atutem – mówił dyrektor sportowy stołecznego klubu Fredy Bickel.

Rapid w tamtym momencie to jednak również były za wysokie progi. Guillemenot poprzestał na pięciu spotkaniach przez pół roku, dlatego w styczniu 2019 uznał, że trzeba wrócić do Szwajcarii. Podpisał kontrakt z St. Gallen.

I tym razem podjął znakomitą decyzję. Następne cztery i pół roku to jak na razie najlepszy czas w jego piłkarskim życiu.

Jeremy Guillemenot w barwach St. Gallen

Reklama

Potrzebny silniejszy kolega w ataku

 – Pokazał się tam jako piłkarz wszechstronny w ofensywie. Potrafiący wykończyć akcję, ale także dobrze czujący się w grze na małej przestrzeni, na jeden kontakt, często tworzący dwójkowe akcje ze zbiegającymi do środka skrzydłowymi. Był też całkiem szybki, potrafił minąć zwodem obrońcę i często oddawał strzały z dystansu – mówi nam Adam Kryspin Sankowski, prowadzący na X profil „Szwajcarska Piłka”.

Minusem od początku była praca bez piłki w obronie. – Krytykowano go za chaotyczny pressing. Chociaż Espen znani są ze swojego agresywnego pressingu, w jego przypadku często kończyło się to faulami i niepotrzebnymi kartkami.

Nasz rozmówca zaznacza, że Guillemenot nie jest typową „dziewiątką” i najlepiej spisuje się wtedy, gdy ma obok siebie mocniejszego fizycznie partnera.

 – Odgrywał tam rolę cofniętego napastnika, zawsze mając do pomocy silniejszego piłkarza, który miał absorbować uwagę obrońców, jak Kwadwo Duah czy Emmanuel Latte Lath. Cała drużyna była usposobiona bardzo ofensywnie, więc nigdy nie był osamotniony w ataku. Pozwalało mu to na grę na granicy pola karnego i wbieganie w półprzestrzenie, gdzie był wyjątkowo groźny – tłumaczy.

Reklama

Szczyt formy Guillemenot osiągnął w sezonie 2022/23. W szwajcarskiej ekstraklasie zdobył wtedy 11 bramek i zaliczył siedem asyst. Kolejne trzy trafienia dołożył w krajowym pucharze.

Jeremy Guillemenot

Kryzys w Servette

Latem 2023 uznał, że czas wrócić na stare śmieci. Ponownie zasilił szeregi Servette, ale już na zupełnie innych warunkach, jako postać wyróżniająca się w lidze. Genewski klub zapłacił za niego pół miliona euro. Wiązano z nim wielkie nadzieje. Servette stwierdziło nawet w oficjalnym komunikacie, że w poprzedniej drużynie „zachwycał kibiców”.

Na tym przykładzie potwierdza się, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Guillemenot całościowo rozczarował podczas trzech ostatnich lat.

Reklama

Powodem mógł być inny styl gry i nieodpowiednia do jego predyspozycji pozycja, bo zwłaszcza w sezonie 2024/25 był wystawiany na szpicy, a nie ma on odpowiednich warunków fizycznych do walki w zwarciu, słabo sobie też radzi w powietrzu. A w przeciwieństwie do jego poprzedniej drużyny, Servette atakuje głównie skrzydłami i jest najczęściej dośrodkowującym zespołem w lidze – analizuje Adam Kryspin Sankowski.

Nie bez powodu wspomina on sezon 2024/25. Nastąpiła w nim kulminacja kryzysu formy Szwajcara. Pierwszy rok miał jeszcze w miarę przyzwoity. Nie należał do absolutnych pewniaków w składzie, dlatego osiem goli i dwie ligowe asysty nie były powodem do wstydu przy niewiele ponad 1400 minutach spędzonych na boisku. Liczono, że będzie tylko lepiej.

Gol z Chelsea jako miłe złego początki

Nowy sezon mógł to zapowiadać. Servette w eliminacjach Ligi Konferencji zmierzyło się z Chelsea i tanio skóry nie sprzedało. Na wyjeździe przegrało 0:2, u siebie też szybko straciło gola, ale potem powalczyło. W 32. minucie Guillemenot wzorowo wyszedł na pozycję i mocnym strzałem w dalszy róg nie dał szans Filipowi Jorgensenowi.

Reklama

W drugiej połowie gospodarze wyszli na prowadzenie 2:1 i Chelsea do końca musiała bronić korzystnego wyniku w dwumeczu, co ostatecznie jej się udało. W międzyczasie Szwajcar zdobył też dwie bramki w dwóch spotkaniach krajowego pucharu.

Niestety, w lidze przez cały sezon nie strzelił żadnego gola. Siłą rzeczy zaczął grać znacznie mniej, a pod koniec rozgrywek miał nawet problem, żeby wchodzić na zmiany. „Grał wszędzie, z wyjątkiem preferowanej pozycji, kiedy w końcu dostawał szansę. Z pewnością ponosi pewną odpowiedzialność za tę trudną drogę, ale nic nie jest w stanie cię na to przygotować, ani na potok nienawiści, który niósł ze sobą obelgi i kpiny” – pisał portal tdg.ch.

Gwizdy od własnych kibiców

Siłą rzeczy stał się łatwym celem dla niezadowolonych kibiców. Apogeum nastąpiło w lutym 2025, w 25. kolejce. Servette podejmowało Wintherthur. W 23. minucie gospodarze otrzymali rzut karny. Guillemenot sporadycznie podchodził do jedenastek, nie był ich pierwszym wykonawcą. Tym razem dostał piłkę, żeby się przełamać i zawiódł. Stefanos Kapino, mający na koncie epizod w Stali Mielec, wyczuł jego intencje i popisał się skuteczną interwencją.

Reklama

Pechowy strzelec po godzinie zszedł przy stanie 0:1 w akompaniamencie potężnych gwizdów ze strony własnej publiczności. Skończyło się na 3:1 dla Servette, wszystkie bramki padły już po jego zmianie. Od tamtej pory sezon praktycznie się dla niego skończył. Trwale wylądował wśród rezerwowych, a jeśli w ogóle wchodził do gry, to symbolicznie.

 – W sytuacjach bramkowych brakowało mu zimnej krwi i zamiast wybierać najprostsze rozwiązania zdarzało mu się przekombinować lub wręcz panikować – przyznaje prowadzący profil „Szwajcarska Piłka”.

 – Wiem, że krytyka jest częścią gry, ale trudno było sobie z nią poradzić. Widziałem różne rzeczy w mediach społecznościowych. To trudne. Ale myślę, że jeszcze trudniej było mojej rodzinie. Dlatego nie rozmawiałem o tym zbyt wiele z rodzicami. Chciałem chronić rodzinę przed tym wszystkim. Częściej ten temat poruszałem z moją dziewczyną, Mariną – opowiadał piłkarz już w następnym sezonie, gdy najtrudniejsze było za nim.

 – Wypisałem się ze wszystkich mediów społecznościowych, bo widziałem tam zbyt wiele złych rzeczy. Słyszałem je też na trybunach. To bardzo bolało, dlatego od jakiegoś czasu trzymam się od nich z daleka, jeśli to możliwe – dodawał.

Reklama

Jeremy Guillemenot i Marco Burch

Jeremy Guillemenot przybija piątkę z Marco Burchem, który po definitywnym odejściu z Legii powędrował właśnie do Servette. 

Rodzice przeżywali najbardziej

– Trudno o tym zapomnieć, ale tak to jest. Trzeba przez coś takiego przejść i wyjść silniejszym. W głębi duszy najbardziej bolało mnie to, że nie byłem w najlepszej formie – z kilku powodów – i że nie mogłem dać z siebie wszystkiego w Servette, mimo że wiedziałem, że jestem do tego zdolny. W St. Gallen wszystko poszło dobrze, zarówno mnie, jak i drużynie – podkreślał Guillemenot w rozmowie dla tdg.ch.

Nie mylił się w stwierdzeniu, że najbardziej te rzeczy przeżywała jego rodzina, która miała poczucie, że spotyka go coś, na co nie zasłużył.

Reklama

 – Niesprawiedliwość?. Nie wiem, czy to właściwe słowo. Niezrozumienie wydaje się bardziej stosowne. Peter Zeidler rozumiał, kim był Jeremy w St. Gallen. Jocelyn Gourvennec też go chyba rozumie. Myślę, że ci, którzy byli tam wcześniej, nie. Jeremy rozkwita dzięki zaufaniu, którym się go obdarza. Wiem, że trener nie jest w stanie zarządzać 25 zawodnikami indywidualnie i że sportowiec musi być silny psychicznie. Ale to, przez co przeszedł Jeremy, było bardzo trudne. Mam nadzieję, że w końcu jest na dobrej drodze. To, co wydarzyło się w St. Gallen, może być punktem zwrotnym, zarówno dla niego, jak i dla Servette. Ale oczywiście zachowuję ostrożność – mówił ojciec piłkarza Franck w tekście opublikowanym pod koniec stycznia tego roku.

Guillemenot przeciwko St. Gallen nawiązał wtedy do najlepszych czasów. Strzelił dwa gole i zaliczył asystę, sprawiając, że Servette w końcówce odrobiło dwubramkową stratę i wygrało 4:2. Dzień po publikacji artykułu pokonał też bramkarza Sionu.

Odbudowa u nowego trenera

Duży udział w jego powrocie do równowagi miał wspomniany trener Jocelyn Gourvennec. – Historia Jeremy’ego była skomplikowana, jeszcze zanim dołączyłem do klubu. Widziałem, że nie radzi sobie najlepiej. Potem przez prawie dwa miesiące był kontuzjowany [wrzesień i październik 2025]. Chciałem zbudować z nim relację. Kiedy odzyskał sprawność po kontuzji, poświęciłem mu więcej czasu na rozmowę. Jest osobą wrażliwą i rozumiałem to, bo sam byłem wrażliwy, kiedy grałem. Obecnie jest na bardzo dobrym poziomie. Napastnik z talentem do strzelania goli jest nieoceniony. Będziemy go pielęgnować – zapewniał były szkoleniowiec m.in. Nantes, Lille i Bordeaux.

Reklama

 – Potrzebowałem trenera, który słucha – podkreślał sam zainteresowany.

Odbudowa Guillemenota częściowo się udała, ale nie na tyle, żeby władze klubu zamierzały przedłużyć jego wygasający latem kontrakt. Dwie kolejki przed metą ogłoszono, że współpraca dobiegnie końca. Piłkarz został pożegnany z honorami, co jednak o czymś świadczy.

Jeremy Guillemenot podczas pożegnania z Servette

A na koniec, w wyjazdowym spotkaniu z FC Zurich, strzelił pożegnalnego gola. – Mimo rozczarowującego pobytu w Genewie kibice na pewno zapamiętają go dzięki wywalczonym karnym. To piłkarz, który szuka kontaktu w polu karnym i trzeba przyznać, że wychodzi mu to naprawdę dobrze – podkreśla Adam Kryspin Sankowski.

Reklama

Bardziej rywal dla Rodado niż Sancheza?

Miniony sezon w wykonaniu Guillemenota to 25 ligowych meczów, 7 goli i 3 asysty plus bramka z Utrechtem w eliminacjach Ligi Europy. Nie tak źle jak na niewiele ponad 1300 rozegranych minut. – Trener Gourvennec obdarzył go zaufaniem. Zwłaszcza grając obok prawdziwego snajpera jak Florian Aye miał więcej miejsca w polu karnym, gdzie mógł czekać na odbite piłki i wykańczać akcje – mówi nasz ekspert.

Drugim rywalem do gry był pozyskany rok temu z Motoru Lublin Samuel Mraz. Trzeba przyznać, że Słowak był jeszcze bardziej efektywny: 1197 minut, 10 goli, 2 asysty.

Wygląda na to, że Wisła sprowadziła rywala i alternatywę bardziej dla Rodado niż Jordiego Sancheza, choć nie można wykluczyć, że Guillemenot stworzy z Hiszpanem duet dwóch spryciarzy w polu karnym rywala. Jeśli nawiąże do okresu z St. Gallen, trener Mariusz Jop przy zdrowym Rodado może mieć kłopot bogactwa w napadzie.

Reklama

fot. Newspix

1 komentarz
Przemysław Michalak

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Atletico Madryt bije mundialowy rekord. Ale co z tego?

Kacper Korpak
4
Atletico Madryt bije mundialowy rekord. Ale co z tego?

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

Oficjalnie: Cracovia pozyskała nowego zawodnika. Transfer z Lille potwierdzony

Wojciech Piela
6
Oficjalnie: Cracovia pozyskała nowego zawodnika. Transfer z Lille potwierdzony