Choć Mikel Arteta już na zawsze zapisał się w historii Arsenalu, przed nim wciąż daleka droga do statusu legendy, jaki w północnym Londynie zarezerwowany jest dla Arsene’a Wengera. Już wkrótce Hiszpan może jednak dokonać czegoś, co słynnemu Francuzowi nigdy się nie udało. Jeśli wygra Ligę Mistrzów, w pewnym sensie dopełni dzieła swego wielkiego poprzednika. To, że Kanonierzy są w miejscu, w którym są, to w dużej mierze właśnie zasługa Wengera, nawet jeśli ostatnie lata jego kadencji kojarzą się z byciem czwartym.
Mówisz: Arsenal Wengera – myślisz Invincibles. Przed oczami staje natychmiast genialna ekipa z początku XXI wieku, z Thierrym Henrym, Dennisem Bergkampem, Robertem Piresem czy Ashleyem Colem. Mistrzowski Arsenal to jednak tylko jeden etap ery Wengera. Drugi to trudna walka o pozostanie w czołówce mimo finansowych ograniczeń klubu. Trzeci to moment, w którym na wizerunku legendy zaczęły pojawiać się rysy – bo możliwości już były, ale sukcesu wciąż brakowało.
Te ostatnie, osiem lat po odejściu francuskiego trenera, dostarczył w końcu Mikel Arteta.
Arsenal przed szansą na Ligę Mistrzów. Mikel Arteta dokona tego, czego nie udało się Arsene’owi Wengerowi?
Wspomniane dwa pierwsze etapy kadencji Wengera były jednak kluczowe, by Kanonierzy znaleźli się w miejscu, w którym są obecnie. Sukcesy osiągnięte przez Francuza w jego pierwszej dekadzie w Londynie – trzy tytuły mistrzowskie, cztery puchary Anglii, pierwszy w historii klubu finał Ligi Mistrzów – zbudowały wokół Arsenalu historię, na której mogły wychować się kolejne rzesze fanów. Za tymi sukcesami stał proces, którego widowiskowa gra w piłkę była końcowym efektem. Z dzisiejszej perspektywy wprowadzenie do klubu takich rzeczy jak przywiązywanie uwagi do diety i właściwej regeneracji zawodników, rozwój infrastruktury treningowej oraz skauting piłkarzy z zagranicy brzmią jak pierwsze punkty z podręcznika budowy poważnego klubu piłkarskiego. W Arsenalu końcówki lat 90. to pojawiło się dopiero wraz z przyjściem francuskiego wizjonera.
Pierwsza faza reform była dla kibiców przyjemna – przyniosła bowiem namacalne rezultaty na tu i teraz w postaci trofeów. Druga wystawiła ich cierpliwość na próbę. Aby Arsenal jako organizacja naprawdę wszedł w XXI wiek, potrzebował nowoczesnego obiektu, który w długiej perspektywie pozwoliłby mu rywalizować z największymi, najbardziej dochodowymi piłkarskimi markami świata. Decyzja o zmianie przestarzałego Highbury na większy i nastawiony na generowanie wielkich zysków Emirates Stadium była słuszna, ale okazała się niezwykle kosztowna.

Kosztowna dosłownie i w przenośni. Budowa nowego stadionu pochłonęła setki milionów funtów, co ograniczyło wydatki na pierwszą drużynę, w tym jej wzmocnienia, na kilka dobrych lat. Bolesność tych ograniczeń wzmacniał fakt, że był to moment, w którym w Premier League pojawiły się olbrzymie pieniądze – rosyjski oligarcha Roman Abramowicz ozłocił Chelsea, niedługo po nim szejkowie ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich wkroczyli do Manchesteru City. Gdy konkurencja wydawała krocie na rynku transferowym, Arsenal patrzył i dorabiał dziurki w pasku, by zacisnąć go jeszcze mocniej.
Wyprowadzka z Highbury z perspektywy sportowej stanowi symboliczną granicę dwóch etapów w erze Arsenalu Wengera. Trzy Puchary Anglii i trzy Tarcze Wspólnoty wywalczone po 2006 roku to sukcesy poniżej oczekiwań kibiców tęskniących do czasów Henry’ego, Vieiry i Campbella. Po czasie można jednak uznać, że ten czas transformacji, a raczej przetrwanie w jego trudnej rzeczywistości, było największym sukcesem drugiej dekady rządów francuskiego menedżera. To, że klub był zmuszony sprzedawać najlepszych piłkarzy, niewiele wydawał na nowych, a mimo to kwalifikował się do Ligi Mistrzów, było warunkiem jego stabilnego funkcjonowania. Wenger był kluczowym elementem tej układanki.
– Kiedy budowaliśmy stadion, banki żądały, bym podpisał pięcioletni kontrakt. Zrobiłem to. Wiecie, ile propozycji z innych klubów odrzuciłem w tamtym czasie? – mówił Wenger w 2016 roku, gdy jego pozycja w klubie była już podważana. Ponoć nie skusiły go oferty z Realu Madryt, Barcelony czy Manchesteru City.
I choć szkoleniowiec raczej nieco przerysował kwestię żądań pożyczkodawców (umowy w tamtym okresie podpisywał na trzy lata, a nie pięć), to faktem jest, że ciągłość jego pracy była nieodzowna w przezwyciężeniu problemów finansowych – Arsenal występował w Lidze Mistrzów nieprzerwanie od sezonu 1998/99 do 2016/17.
– Zaangażowałem się i zostałem, w bardzo trudnych okolicznościach. Zarzuty krytyków, że w tym czasie nie zdobyliśmy mistrzostwa, są dla mnie nieco nie na miejscu – dodawał Francuz.
Wenger pomógł przetrwać Arsenalowi. Arteta przywrócił mu wielkość
Faktem jest też, że gdy Kanonierom udało się zażegnać trudności, Wenger nie był w stanie tego skonsumować. Pod koniec jego kadencji nikogo nie zadowalało już drugie, trzecie, ani tym bardziej czwarte miejsce w lidze, które przykleiło się do Arsenalu w postaci mema (a przecież na końcowym etapie było to nawet miejsce piąte i szóste). Do pewnego momentu dało się to wszystko uzasadniać pustym portfelem, przewagą konkurencji. Gdy Arsenal stać już było na sprowadzanie za wielkie kwoty takich graczy jak Mesut Oezil czy Alexis Sanchez, takie tłumaczenia nie przechodziły.

Przywrócenie chwały Kanonierom w warunkach nowych możliwości finansowych było misją, którą po Wengerze odziedziczyli jego następcy. Wyzwaniem samym w sobie dla całego Arsenalu było jednak odnalezienie się w rzeczywistości klubu zarządzanego przez jednego trenera przez poprzednie 22 lata. Kadencja Unaia Emery’ego była pod tym względem poligonem doświadczalnym. Już pod koniec pracy Wengera menedżer był wspierany w kwestii transferów przez wieloosobowy dział sportowy, ale jednak to Francuz miał decydujące zdanie. Po przyjściu Emery’ego proporcje wpływów na politykę kadrową zmieniły się na korzyść ludzi z gabinetów. Taki model zakończył się zwolnieniem Hiszpana, który później sfrustrowany narzekał, że kierownictwo nie liczyło się z jego zdaniem w kwestii budowy zespołu.
Mikela Artetę obdarzono większym zaufaniem. I gdy uwierzono, że jego metody pracy przynoszą efekt, stwierdzono, że należy dać mu narzędzia, jakich potrzebuje. To wymagało cierpliwości nie mniejszej niż podczas chudych lat spłacania kredytów zaciągniętych na budowę stadionu. Na pierwszy awans do Ligi Mistrzów wywalczony przez Hiszpana trzeba było bowiem poczekać 3,5 sezonu.
Dzisiaj ta cierpliwość przynosi owoce, ale zanim Arteta je zebrał, zdążył posmakować tego, czego schyłkowy Wenger – krytyki, której rdzeniem był zarzut o marnowanie potencjału, a dodatkowo olbrzymich pieniędzy.
Mikel Arteta – trener namaszczony przez Wengera?
To dobry moment, by zastanowić się, czy między tymi trenerami występuje więcej podobieństw. Arteta, jako były podopieczny Wengera, podkreśla z dumą, że chętnie korzysta z doświadczenia, którego nabrał trenując pod okiem Francuza. Jak sam twierdzi, bywają nawet sytuacje, w których zastanawia się: co zrobiłby Arsene?
Gdy jednak spojrzymy na boisko, wydawać się może, że to dwie różne bajki. Arsenal Wengera kojarzył się z piłką widowiskową, elegancką. Francuz pod tym względem był idealistą. Hiszpan z kolei, choć oczywiście w jego zespole jest mnóstwo jakości czysto piłkarskiej, sukces osiągnął dopiero wtedy, gdy skorzystał z atutów, jakie oferuje gra pragmatyczna, bazująca na dużej dyscyplinie taktycznej.

Obaj to z pewnością specjaliści w trenerskim fachu, natomiast to, czy piłkarze zagrają takim, czy innym ustawieniem, z takimi czy innymi założeniami, to – znów – końcowy efekt szerszego procesu. I tutaj obaj szkoleniowcy, choć bazowali na innych środkach, okazali się wizjonerami. Obaj wiedzieli, że przewagę można stworzyć poświęcając uwagę nie tylko na trenowanie przyjęć, odbiorów i strzałów.
U Wengera były to kwestie z dzisiejszego punktu widzenia standardowe, które jednak na tamte czasy standardami nie były. W przypadku Artety to m.in. wyśmiewane niekiedy metody rodem z warsztatów coachingowych – jak słynne motywowanie piłkarzy za pomocą żarówki czy konsultacje z pilotami myśliwców, by usprawnić komunikację w drużynie. Można z tych metod Hiszpana drwić, ale kiedy spojrzy się na to szerzej, widać, że chodzi w tym o coś więcej – o podtrzymywanie zaangażowania, nieustanne dążenie do poprawy, tworzenie kultury rozwoju, zaszczepianie wiary, że zawsze można coś zrobić lepiej i przekonanie, że warto korzystać ze wszystkiego, co jest w stanie zwiększyć twoje szanse na wygraną choćby w minimalnym stopniu. I to właśnie łączy Francuza i Hiszpana.
Zresztą, sam Wenger dostrzegł w Artecie potencjał na szkoleniowca już w czasach, gdy trenował go jako piłkarza.
– Mam nadzieję, że Mikel rozważy zostanie trenerem. Kiedy jesteś menadżerem, chcesz, by twoi piłkarze kontynuowali tę pracę i widzieć, jak przekazują dalej to doświadczenie. Chcesz, by dzielili się wiedzą na temat tego, jak chcemy grać w piłkę nożną, jak chcemy się zachowywać. Byłoby wspaniale, gdyby ktoś taki jak Mikel został trenerem, aby duch naszej gry mógł przetrwać dzięki zawodnikom, którzy dla nas grali – mówił Francuz w 2015 roku.
Nikt dziś nie wątpi, że miał absolutną rację.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix