Zwroty akcji, pościgi, tylko wybuchów zabrakło. Iga Świątek przetrwała w Pekinie

Sebastian Warzecha

05 października 2026, 08:09 • 5 min czytania 1

Reklama
Zwroty akcji, pościgi, tylko wybuchów zabrakło. Iga Świątek przetrwała w Pekinie

Niezwykły był to mecz. Iga Świątek wyszła na kort w Pekinie o 5 rano polskiego czasu, a zeszła z niego po niemal trzech kolejnych godzinach. W tym czasie zdążyło się wydarzyć właściwie wszystko – znakomicie grała rywalka Polki, sama Iga weszła na wysokie obroty, a potem sytuacja co chwila zmieniała się jak pogoda w górach: gwałtownie i diametralnie. Ostatecznie jednak to Iga wyszła z tego wszystkiego zwycięsko.

Reklama

Iga Świątek górą w szalonym meczu

Donna Vekić to rywalka bardzo niewygodna. Nie to, że wybitna tenisistka – choć z grona tych naprawdę solidnych – ale ma trochę sukcesów na korcie, w tym na przykład olimpijskie srebro z Paryża. Przede wszystkim jednak: ma Chorwatka mocne podanie, do tego świetnie gra z głębi kortu, mocnymi, płaskimi zagraniami potrafiąc ustawiać sobie wymiany. Nie jest może w tym najlepsza na świecie, ale gdy ma swój dzień, to będzie utrapieniem dla każdej rywalki.

Przekonywało się o tym wiele z grona najlepszych tenisistek. Chorwatka choć raz w karierze pokonywała Jelenę Rybakinę, Coco Gauff czy – aż trzykrotnie – Arynę Sabalenkę. Generalnie: swoje Donna umie. I bywa, że jest w stanie pokazać to na korcie.

W Pekinie trafił się właśnie taki mecz.

Reklama

Vekić od początku grała znakomity tenis. Pracował wspomniany serwis, dobrze czuła się w wymianach. Iga nie grała źle, ale też nie wspinała się na swój najlepszy poziom – pomagała w efekcie nieco Donnie w kluczowych momentach. Chorwatka skrzętnie z kolei z tego korzystała. W trzecim gemie przełamała Świątek. To jednak akurat nic niezwykłego: Iga rzadko ma przecież mecze, w których serwis trzyma i nie puszcza, jej atutem zawsze było jednak to, że na returnie potrafiła takie straty szybko odrobić.

Nie tym razem jednak – Vekić tylko raz w całym pierwszym secie dała jej szansę – w szóstym gemie. Jeden break point, nie więcej. Nie udało się jednak z niego skorzystać. I to w zasadzie cała historia tej partii: Chorwatka swoją jedną szansę wykorzystała, Iga tego nie zrobiła. Skończyło się więc 6:4 dla Chorwatki. Fani mogli narzekać nieco na grę Igi, ale przede wszystkim to chyba jednak na to, jak kort w Pekinie zaprojektował architekt – światłocień, jaki się na nim pojawił, nie pozwalał oglądać tego spotkania w normalny sposób.

Reklama

Prawdą pozostawało jednak to, że najlepiej radziła sobie w tych warunkach Donna Vekić.

Iga obudziła się w ostatniej chwili

Im dalej w mecz, tym Chorwatka zdawała się grać lepiej. Już na start – dosłownie, w pierwszym gemie – drugiego seta poczęstowała Igę kolejnym przełamaniem. A potem długo nie dopuszczała jej do głosu, bo przy swoim serwisie była po prostu niezawodna. Ba, mało tego – przy stanie 4:2 zaatakowała jeszcze na returnie i wywalczyła sobie dwa break pointy. Drugiego zamieniła na kolejne przełamanie. Prowadziła 5:2 z podwójnym breakiem.

Sytuacja z perspektywy Polki była beznadziejna.

Jeżeli jednak jest coś w Donnie Vekić, co nie pozwalało (i nie pozwala) jej dołączyć do grona najlepszych, to fakt, że często nie potrafi domknąć spotkania. I tak było też tym razem. Do stanu 1:0 w setach i 5:2 w gemach dla siebie Chorwatka dała Idze tylko jednego break pointa. W obu swoich kolejnych gemach serwisowych przegrała jednak trzy pierwsze piłki i Polka dostała aż trzy takie okazje. W obu skorzystała z drugiej, a pomiędzy nimi dość pewnie wygrała własne podanie.

Reklama

Wszystko w grze Igi nagle zaczęło się układać. To była taka Świątek, jakiej zawsze sama Polka poszukuje na korcie – tak to trzeba nazwać. Przede wszystkim doskonale zaczęła się na tym obiekcie w Pekinie poruszać, genialnie broniła i potrafiła skontrować. Vekić wcale nie popełniała aż tak dużo błędów, ale długimi fragmentami była bezradna wobec tego, co Iga zaczęła prezentować na korcie. Wygrała co prawda gema na 6:6… ale w tie-breaku nie zdobyła punktu.

ANI JEDNEGO.

Reklama

Podkreślamy to tymi dużymi literami, bo Iga Świątek w całej swojej karierze – i to biorąc pod uwagę juniorskie mecze w europejskich rozgrywkach – nigdy nie wygrała tie-breaka do zera. Aż przyszedł mecz, w którym długo, naprawdę długo miała problemy. I rozniosła Donnę, wygrywając w ten sposób drugą partię.

Po swoje, Iga

Trzeci set wydawał się zaczynać idealnie. Po długim, naprawdę długim gemie, Iga zanotowała kolejne przełamanie. Już trzecie w krótkim czasie. Tyle tylko, że Donna była w stanie sama breaka zdobyć. Potem znów był długi gem – Iga miała trzy szanse na przełamanie, ale to Donna skutecznie się broniła, to Świątek się myliła. Widać było, że pojawiło się w tamtym momencie nieco frustracji w grze naszej zawodniczki, ale jednak była w stanie utrzymać nerwy na wodzy.

A to ważne, bo było już w tym sezonie dużo meczów, gdy tego brakowało.

Tym razem jednak była spokojna, gdy się to liczyło. I taka pozostała już do końca meczu. W piątym gemie zaliczyła przełamanie, które sama sobie wywalczyła. W siódmym było znowu sporo grania i sporo break pointów. Donna Vekić wybroniła dwa, ale trzeciego nie była w stanie. Świątek przełamała po raz drugi i prowadziła… 5:2. Czyli dokładnie tyle, ile Chorwatka w drugiej partii. Tyle tylko, że Polka nie pozwoliła sobie na jakiekolwiek pomyłki. Doskonale rozegrała ostatniego gema i awansowała – po meczu, w którym zdawała się stracona – do IV rundy turnieju w Pekinie.

Reklama

W niej zmierzy się najpewniej z Ivą Jović.

Iga Świątek – Donna Vekić 4:6, 7:6 (0), 6:2

Reklama

Fot. Newspix

1 komentarz
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Boks

W ringu Ukrainiec z maczetą, a na trybunach… Karol Nawrocki

Sebastian Warzecha
40
W ringu Ukrainiec z maczetą, a na trybunach… Karol Nawrocki