Osuszanie przemoczonych ubrań. O mentalności Legii

Jan Mazurek

Autor:Jan Mazurek

03 października 2022, 17:25 • 7 min czytania

Reklama
Osuszanie przemoczonych ubrań. O mentalności Legii

Dochodzi jedna trzecia ekstraklasowego sezonu. Legia kręci się w ścisłej czołówce zaledwie pół roku po zimowaniu na przedostatnim miejscu w ligowej tabeli, a jednak niemała część stołecznego środowiska szepcze, że Koście Runjaiciowi nie wypada ogłaszać wszem i wobec swojego zadowolenia po bezbramkowym remisie z Lechem Poznań w meczu, który najpewniej na wyrost nazywany jest Derbami Polski. 

Reklama

– Popsuliśmy Lechowi święto – mówił niemiecki trener Legii po spotkaniu, w którym jego drużyna nie oddała nawet celnego strzału na bramkę Filipa Bednarka. Malkontenci i krytycy grzmią, że o skandal zakrawa fakt, że klub, który sięgnął po siedem z ostatnich dziesięciu mistrzostw kraju, nie dominuje w starciach z innymi dużymi polskimi markami i od ponad roku musi uznawać wyższość nie tylko Lecha (0:0, 1:1, 0:1), ale też Rakowa (0:4, 0:1, 1:1, 2:3) i Pogoni (1:3, 0:2).

Krajobraz po burzy

Poprzedni sezon Legii stanowił najgorszą kampanię od dawien dawna, może nawet najbardziej katastrofalną i żałosną we współczesnej historii klubu. Kilkadziesiąt, może kilkaset dni skumulowało całe zło i cisnęło nim w stołeczny klub z olbrzymią siłą. W pewnym momencie paliło się wszędzie. W każdym jednym kącie, w każdym jednym lamusie, w każdym jednym pokoju. Legia odbijała się od ściany do ściany, gdy w absurdalnie krótkich odstępach czasowych prezentowała, przerabiała i grzebała trzy całkowicie odmienne pomysły na to, w którą stronę ma podążać klub i kto w tej przechadzce ma pełnić rolę przewodnika.

Ogień trawił wszystko.

Burza huczała aż strach.

Reklama

Bardzo źle się działo przy Łazienkowskiej.

Żałosne wystąpienia medialne Dariusza Mioduskiego, który kreślił dziwaczne wizje i na każdym kroku zaprzeczał sam sobie. Publiczne i zakończone fiaskiem smalenie cholewek do Marka Papszuna. Brak pomysłu na wyzwolenie potencjału swoich piłkarzy i wojenki z zarządem Czesława Michniewicza. Obezwładniająca bezradność i całkowite zagubienie Marka Gołębiewskiego. Bolesne lania od Piasta Gliwice i Radomiaka. Smutne porażki z Lechem Poznań, z Górnikiem Zabrze czy ze Stalą Mielec. Niesławny kontratak z Cracovią. Niesatysfakcjonująco zakończona obiecująca przygoda w Lidze Europy. Bunty w szatni. Atak kiboli-bandytów na autokar po powrocie do „najnowocześniejszego ośrodka treningowego w tej części Europy” po przerżniętym spotkaniu z Wisłą Płock.

Braki kadrowe.

Luki na kluczowych pozycjach.

Reklama

Zimowe odejście trójki zawodników, o których jeszcze niedawno mówiono, że stanowią o sile ówczesnego mistrza Polski.

Legia stała się pośmiewiskiem ligi. Nagle zapomniano, że zgarnęła siedem z ostatnich dziesięciu mistrzostw Polski, że zmonopolizowała polski rynek piłkarski i że żaden inny ekstraklasowy klub nie może równać się z nią pod względem zdobytych trofeów w trwającym wieku. Nic dziwnego, piłka nożna lubi historię upadków, a Legia zaliczała fatalną jesień.

Upadała na oczach tłumu.

Na to wszystko wparował Aleksandar Vuković, który obsesyjnie kocha Legię. Spędził tysiące godzin na rozprawianiu o jej historii, tożsamości i istocie, zna wszystkie kibicowskie przyśpiewki i ponad wszystko zależy mu na tym, żeby Legia była dumna z Warszawy, a Warszawa z Legii. „Zostaną tu legioniści, których ocenię na legionistów, którzy zapierdalają, a nie ci, którzy tylko robią wiele rzeczy na pokaz”, opisywał swoją filozofię i tak też począł gasić legijny pożar. Kilka miesięcy później Legia była pewna utrzymania, ale kończyła sezon na dziesiątej pozycji w tabeli ze stratą dwudziestu dwóch punktów do Pogoni, dwudziestu sześciu punktów do Rakowa i trzydziestu jeden punktów do Lecha. Ulga po uniknięciu najgorszego i ostatecznego kryła w sobie podrażnioną dumę – przecież Legii nie wypadało upaść tak nisko.

Reklama

Sprzątanie według Runjaicia

Dariusz Banasik, legionista z krwi i kości, powiedział niedawno, że w grze Legii widzi już rękę Kosty Runjaicia. Ile było w tym kurtuazji, a ile realnej oceny? Trudno powiedzieć, ale były sternik Radomiaka zwracał uwagę przede wszystkim na to, że stołeczny klub znów regularnie wygrywa i punktuje. I taka jest prawda. W dwunastu pierwszych spotkaniach swojej warszawskiej kadencji 51-letni szkoleniowiec legitymuje się bilansem siedmiu zwycięstw, trzech remisów i dwóch porażek. Po jedenastu meczach sezonu zajmuje drugie miejsce w lidze, zgromadził tyle samo oczek, ile liderująca Pogoń Szczecin.

Czy zdarzyły mu się wpadki?

Ależ oczywiście.

Reklama

Pewnie wypadało uniknąć remisu z Koroną Kielce. Porażki z mocną Cracovią i bardzo mocnym Rakowem mogły się jego Legii przytrafić, ale raczej nie w takich wymiarach – 0:3 i 0:4.

Ale to tyle.

Jego zespół zwykle przeciąga na swoją korzyść nawet spotkania, w których wcale nie gniecie swojego przeciwnika lub boryka się z własnymi problemami – Bruk-Bet wyeliminował z Pucharu Polski po szalonej końcówce i dogrywce, ze Stalą i Radomiakiem wygrywał po golach w ostatnich kwadransach, Miedź przegonił od wyniku 0:2 do 3:2. A to tylko pierwsze przykłady z brzegu. Niemiec nie trąbi, że Legia jest faworytem w walce o mistrzostwo Polski, bo doskonale wie, że tak nie jest, nawet jeśli taki obraz stanu rzeczy w ramach jakiejś dziwacznej gierki psychologicznej niedawno wmawiać próbował mu Marek Papszun.

Po pierwszej serii wygranych Runjaić uspokajał, że „to dopiero początek drogi”. Po blamażu z wicemistrzem kraju ciepło wypowiadał się o sile Rakowa Częstochowa, Lecha Poznań, Pogoni Szczecin, Wisły Płock i „innych klubów, które powalczą o najwyższe cele”. Po dziesięciu kolejkach mówił o zadowoleniu z pozycji w tabeli i małej informacji zwrotnej w kontekście potencjału drużyny starcie rozgrywek, ale już za tydzień najpierw wskazywał Kolejorza jako faworyta Derbów Polski, a następnie rzucił, że jest „zadowolony z remisu i popsucia święta w Poznaniu”. No i chyba właśnie postawa oparta na dwóch fundamentach cechuje nadwiślańską przygodę Runjaicia – brak skłonności do zagalopowywania się w pompowaniu własnej ekipy i konsekwentne budowanie klubowej atmosfery wokół powtarzalności w wygrywaniu pojedynczych spotkań.

Reklama

Kiwacie głową w niezrozumieniu? Krótka lekcja historii. Gdzie była Pogoń, gdy obejmował ją Runjaić? W strefie spadkowej i w obliczu realnego widma niespodziewanej degradacji do I ligi. Gdzie była Pogoń, gdy odchodził Runjaić? Kończyła drugi sezon z rzędu na najniższym szczeblu podium Ekstraklasy po niezwykle intensywnym okresie, w czasie którego praktycznie nie wpadała w większe dołki, zawsze punktowała na miarę potencjału. Co prawda nie osiągnęła wymarzonego celu i nie zdobyła żadnego trofeum, ale przesuwała się szczebelek po szczebelku, wyżej i wyżej jako organizacja.

Tak zatem prezentują się porządki Kosty Runjaicia. Nikogo na kolana nie rzucą, ale, przypomnijmy, tylko trochę ponad pół roku temu Legia zimowała w strefie spadkowej.

Gdzie jest sufit tej Legii?

Oczekiwania wobec Legii rozbudziło obiecujące okienko transferowe, w którym dyrektor sportowy Jacek Zieliński dwoił się i troił, żeby przy relatywnie niewielkich możliwościach budżetowych sprowadzić na Łazienkowską jak największa liczbę graczy o uznanej renomie. Wykupiono Maika Nawrockiego, który rok temu zasygnalizował olbrzymi potencjał w europejskich pucharach. Przygarnięto Pawła Wszołka, który swoją solidność, przyzwoitość i efektywność przypomina za każdym razem, kiedy ktoś w klubie pomyśli „w sumie jest jednowymiarowy, potrzeba kogoś kreatywniejszego i nowocześniejszego”. Sprowadzono Makanę Baku, który swojego czasu w Warcie Poznań wyrósł na gwiazdę ligi. Ściągnięto Rafała Augustyniaka, który bardzo znośnie radził sobie w silnej lidze rosyjskiej. Wydano kasę na Carlitosa, niegdysiejszego ekstraklasowego gwiazdora, który nie przepadł w Panathinaikosie.

Reklama

No i podpisano kilku innych mniej lub bardziej przydatnych zadaniowców. Można było budować. Wielu nagle uwierzyło, że wielką i wspaniałą budowlę. Godną przywrócenia mistrzostwa Polski do Warszawy.

Noże nie stępiły się nawet, gdy jedna trzecia sezonu pokazała, że Jędrzejczyk młodszy już nie będzie i często głupieje, że Nawrockiemu wciąż zdarzają się obcinki, że Baku zawodzi, że Wszołek obniżył loty, że Kapustka szuka formy, że Pich i Sokołowski to przeciętniacy, że Carlitos nie zawsze będzie zbawcą, że Kramer chyba nie będzie goleadorem, że pewnie zbyt często wszystko kręci się wokół uzależniającej dyspozycji dnia największego gwiazdora, Josue, a najlepszym piłkarzem zespołu nierzadko bywa młody golkiper, charakterny Kacper Tobiasz. Więc w ostatecznym rozrachunku wcale tak kolorowo nie jest, choć tabela temu zaprzecza.

Jaka jest prawda? Od Legii trzeba wymagać bicia się w ścisłej czołówce i walki o udział w przyszłorocznych europejskich pucharach, ale do walki o triumf w ekstraklasowej stawce przystępuje jednak trochę z drugiego szeregu, nie tylko w ujęciu czysto sportowym, ale też w perspektywie całego ciężaru gatunkowego oceny tego klubu w kwestiach organizacyjnych. Na tym etapie historii nie ma wielkiego przypadku w tym, że Legia nie wygrywa z Rakowem, Pogonią i Lechem, że w Częstochowie, w Szczecinie i w Poznaniu mamy do czynienia z trwalszymi projektami, bo uparcie konstruowanymi w dłuższym wymiarze niż mgnienie oka.

Legia dopiero rozwija skrzydła po wielopoziomowym kryzysie, który doprowadził do równie wielopoziomowej rewolucji. Przy tym ma na tyle silny skład i na tyle dużo głośnych nazwisk w składzie, że trzeba od niej wymagać wysokiego sportowego poziomu, że ewentualny brak rozwoju stylu gry i poszczególnych zawodników śmiało będzie można uznać za marnotrawienie potencjału, ale w zachowawczej postawie Runjaicia, którą łatwo pomylić z niezrozumieniem mocarstwowych klubowych ambicji, nie ma nic zdrożnego.

Reklama

Po prostu nie ma sensu siłowo zawieszać sobie poprzeczki tam, gdzie nie da się doskoczyć w kilka tygodni czy kilka miesięcy. Legia potrzebuje czasu i spokoju, żeby uwiarygodnić się jako poważny klub, który oczyszcza się z toksycznej atmosfery poprzedniego sezonu i znów podąża w kierunku godnym powagi własnej marki. Osuszanie przemoczonych ubrań wymaga czasu.

Czytaj więcej o Legii Warszawa:

Fot. Fotopyk/Newspix

Reklama
Jan Mazurek

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Niższe ligi

KTS Weszło idzie jak burza! Jagiellonia II kolejną ofiarą

Jan Broda
7
KTS Weszło idzie jak burza! Jagiellonia II kolejną ofiarą

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

Kolegium Sędziów wydało werdykt. Widzewowi należał się karny!

Jan Broda
39
Kolegium Sędziów wydało werdykt. Widzewowi należał się karny!