Faza grupowa Ligi Mistrzów za nami, przez bezlitosne sito, mające oddzielić przeciętniaków od faworytów przebił się tylko Zenit, poza nim nie ma już w stawce przypadkowych drużyn. Teraz dla wszystkich zaczną się schody, zderzenia potentatów będą na porządku dziennym. Zanim jednak do tego dojdzie, warto jeszcze raz przeanalizować jesień w Champions League, podczas której wyjątkowo chętnie bito rekordy, przełamywano passy, weryfikowano siłę niektórych lig albo drużyn.
1. Fiasko reformy Platiniego
Reforma kwalifikacji Ligi Mistrzów obchodzi właśnie swoje piąte urodziny. Nie będzie jednak z tej okazji hucznej imprezy. Przez tylne drzwi, które stworzył Platini zespołom z europejskiej drugiej ligi, dostają się praktycznie tylko dostarczyciele punktów zaniżający poziom turnieju. Z dwudziestu pięciu drużyn, które awansowały tą ścieżką do Ligi Mistrzów, aż szesnaście zajęło ostatnie miejsca w swoich grupach. Awans do fazy pucharowej zanotowały cztery ekipy: Celtic w sezonie 12/13, APOEL w 11/12, Kopenhaga w 10/11, Olympiakos w 09/10. Tylko Cypryjczycy potrafili wygrać dwumecz w fazie pucharowej, co było zresztą postrzegane pod kątem sensacji, jeśli nie cudu. Za każdym razem zresztą, gdy z grupy wychodził jakikolwiek klub, który wkradł się na bal dla najlepszych mistrzowską drogę kwalifikacji, było to niespodzianką. Platini swoją reformą kupił worek głosów, ale samej Lidze Mistrzów jako produktowi wyrządził krzywdę. Niech grają najlepsi, skróty dla słabych nie pasują do najbardziej prestiżowego klubowego turnieju na świecie.
2. Atletico tegoroczną Borussią?
Niedocenianie Atletico w tym momencie byłoby nieporozumieniem. Zabójczo skuteczni w La Liga, gdzie na 45 możliwych punktów zdobyli 40, niemal perfekcyjni w Lidze Mistrzów, gdzie Zenit uratował remis tylko dzięki wielbłądowi Courtoisa. Bardzo trafnie mówi się o Atletico, że to może być tegoroczna Borussia. W poprzednim sezonie BVB bynajmniej nie znajdowało się w gronie faworytów, przecież już w grupie Real i City miał pokazać plecy zespołowi Kloppa. Teraz czarnymi końmi, mającym wszystko, by osiągnąć końcowy sukces, są “Los Colchoneros”. Drużyna doskonale prowadzona przez Simeone, zarówno pod względem taktycznym, bo Atletico potrafi być elastyczne na boisku, ale także charakterologicznym. Simeone zbudował szatnię, w której wszyscy są gotowi walczyć za siebie do upadłego, a na murawie pokazać determinację od pierwszej do ostatniej minuty. Dzięki temu “Atleti” nie zostało obarczone najczęściej spotykanym wśród europejskich potęg grzechem: chimerycznością. Za każdym razem grają na równym, niezwykle wysokim poziomie. Otwarte pozostaje pytanie, czy na bazie aktualnych sukcesów będą w stanie zbudować w Madrycie drużynę, która na stałe wejdzie do europejskiego topu i stworzy wraz z Realem oraz Barcą wielką hiszpańską trójcę.
3. Zenit bije rekord Legii
Polskie kluby w Lidze Mistrzów od dawna są niemile widzianymi gośćmi, takimi, których pozostawia się bez skrupułów przy frontowych drzwiach. Ale aż do tego roku Legia dzierżyła jeden z rekordów Champions League. Wraz z kilkoma innymi zespołami, ale zawsze. W edycji 95/96 zdobyła bowiem zaledwie siedem punktów w fazie grupowej, a to i tak wystarczyło, by bawić się dalej. Zenit rozwiał jednak wszelkie wątpliwości – jest oficjalnie najgorszą drużyną, jaka kiedykolwiek wyszła z grupy w LM. Zaledwie sześć punktów, czyli tyle, ile bardzo często nie wystarcza nawet na kwalifikację do Ligi Europy. Bez trudu możemy wymienić co najmniej kilka ekip z tegorocznej edycji, które bardziej zasłużyły na promocję, zaczynając naturalnie od Napoli, aż po Ajax, Szachtar, Benficę czy też Basel. Podsumowaniem dyspozycji Zenitu jest ostatni mecz. Kluczowa kolejka, walka o być albo nie być, starcie z outsiderem i co? I klęska 4:1, plus burdy na trybunach wywołane przez fanów z Petersburga.
Gdy do tego dodamy kompromitację CSKA, która nie potrafiła zdystansować nawet kilkunastokrotnie biedniejszego Pilzna, otrzymujemy raczej szary obraz rosyjskiej Priemjer Ligi. Nijak mający się do kolorowych zapowiedzi, iż rosyjska liga już za chwilę, już za minutę ma dołączyć do europejskiego topu, rozdawać karty, przyciągać gwiazdy. Pogłoski o dynamicznym rozwoju futbolu ligowego nad Wołgą póki co należy wziąć w nawias.
4. Koncert na trzy głosy
Z szesnastu drużyn, które zagrają w pierwszej rundzie pucharowej, aż jedenaście pochodzi z zaledwie trzech lig. Dominacja Anglii, Niemiec i Hiszpanii jest w tym sezonie niepodważalna. Jedno PSG zdołało wykraść rozstawienie, a pamiętajmy, że nie musiało w grupie rywalizować z zespołami z Bundesligi, Premiership czy też La Liga. Milan, Zenit, Olympiakos i Galatasaray czekają natomiast na rzeź. Niewykluczone, że jeśli PSG będzie miało pechowe losowanie, to wówczas już ćwierćfinał okaże się wewnętrznym meczem pomiędzy trzema najsilniejszymi ligami Europy. Ostatni raz taka dominacja miała miejsce w sezonie 08-09, gdzie w równym stopniu 1/16 zdominowały liga włoska, angielska i hiszpańska. Rozwój Bundesligi, potrafiącej wprowadzić aż cztery drużyny do pucharowej fazy Ligi Mistrzów, jest niepodważalny.
5. Serie A wciąż w pozycji horyzontalnej
Kryzys finansowy i Calciopoli usadziły Serie A na kolanach. Sezon 13/14 miał jednak odmienić sytuację. Napoli dokonało serii mądrych transferów, wzmocniło się Juve, Milan też miał być silniejszy. Nawet kluby z drugiego szeregu wyglądały mocno jak nigdy, przecież Fiorentina ściągnęła do siebie Mario Gomeza, Roma doskonale weszła w sezon, Inter zaczął rozsądną przebudowę kadrową. A potem przyszła jesień w Lidze Mistrzów, która odarła Włochów ze złudzeń równie skutecznie, co występy Legii w pucharach naszą piłkę. Juventus i Napoli tylko w Lidze Europy, Milan przebijający się do kolejnej rundy psim swędem, bo w obu starciach z Ajaxem był drużyną gorszą. A w 1/16 nie znajdziesz nikogo z rozstawionych, kto specjalnie „Rossonerich” by się obawiał. Scenariusz, wedle którego nie będziemy oglądać żadnej włoskiej drużyny już w ćwierćfinale, jest więcej niż prawdopodobny. Jeśli nie teraz, to kiedy – pytano przed tym sezonem, odpowiedź jednak nie usatysfakcjonuje fanów Calcio.
6. Płacz po Napoli
Tak jak dla Zenitu awans był niezasłużonym gwiazdkowym prezentem, tak Napoli może mówić o wielkim pechu. Tylko raz w historii Ligi Mistrzów zdarzyło się, by zespół zdobył dwanaście punktów i nie zyskał promocji. Ale wówczas, w sezonie 97/98, PSG zajęło drugią pozycję, tylko że wicemistrzowie grup nie mieli wtedy gwarantowanego miejsca w następnej fazie. Dlatego Napoli śmiało może zostać uznane za najlepszy zespół, który kiedykolwiek odpadł w tak wczesnej rundzie LM. Celnie całą sytuację spuentował Benitez: – Możemy być dumni ze swojej postawy. Odpadliśmy, ale szczerze możemy sobie powiedzieć, że zrobiliśmy, co się tylko dało. Pamiętajmy też, że graliśmy w grupie śmierci. Następnym razem to my będziemy górą – przekonywał Hiszpan. Napoli tym razem nie powinno zignorować Ligi Europy, przez której lekceważenie de facto znalazło się w czwartym koszyku Ligi Mistrzów, a w konsekwencji w tak trudnej grupie.
7. City przełamuje kompleks
Długo musiano po błękitnej stronie Manchesteru czekać na przynajmniej przyzwoite wyniki w Europie. W ostatnich latach City się kompromitowało, przy tak wielkich nakładach finansowych przegrywanie batalii już na etapie fazy grupowej to klęska. Ale w tym sezonie wreszcie zerwali z tą niechlubną tradycją. Gdyby awansowali wyłącznie po zwycięstwach z Pilznem oraz słabym jak nigdy CSKA, wówczas wciąż trzeba by postawić nad nimi znak zapytania. Jednak to do nich należał najefektowniejszy mecz fazy grupowej. Przegrywać 2:0 na stadionie aktualnego triumfatora Ligi Mistrzów, który całą jesień dominuje i w lidze, i w pucharach? A potem odrobić ten wynik, ostatecznie wygrać? Czapki z głów. Kogokolwiek wylosują w następnej rundzie, będzie to szlagier, z trudnym do przewidzenia rezultatem końcowym.
8. Moyes nie ma wyników? Spójrzcie na CL
Za grę Man Utd w Premiership Moyes zbiera regularne baty. Nawet Alex Ferguson, który prosił o czas dla swojego następcy, zdążył już wbić jedną czy dwie szpile Moyesowi. Ale na swoją obronę może on z pewnością mieć tegoroczne wyniki w Champions League. Rozbicie Bayeru Leverkusen 9:1 w dwumeczu? Zespołu, który w Bundeslidze pokazuje aktualnie miejsce w szyku między innymi BVB, co udowodnił także w bezpośrednim starciu? Nie byle jakie osiągnięcie. Do tego cztery punkty z zawsze groźnym Szachtarem, taki sam bilans mimo wietrzenia ławki w trakcie gier z Sociedad. Do Man Utd w Lidze Mistrzów po prostu nie ma się jak doczepić. Byli skuteczni, od początku do końca kontrolowali przebieg rozgrywek, czyli robili to, co zwykle cechowało drużyny Fergusona.
9. Demonstracja siły Realu
Mistrzowie fazy grupowej, która była w ich wykonaniu demonstracją siły, okazją do prężenia muskułów. Pobili w międzyczasie rekord Barcelony, bowiem Real ma aktualnie 31 kolejnych gier, w których strzelił bramkę, czym okazał się lepszy od odwiecznego rywala. Swoje ugrał też na kartach historii Ligi Mistrzów Ronaldo, bo nikt wcześniej nie strzelił aż dziewięciu goli w fazie grupowej, a pamiętajmy, że Portugalczyk nie grał we wszystkich spotkaniach. Jeśli patrzeć tylko na dyspozycję w Lidze Mistrzów, na ten moment Real musi być uznawany za głównego faworyta do wygrania całej imprezy. Choć naturalnie ekip, które wciągały rywali grupowych nosem, a potem efektownie wypadały z ringu w następnych starciach też nie brakowało.


