Jednego za dużo do brydża. Który z orłów Horngachera nie polata na igrzyskach?

Kamil Gapiński

06 lutego 2018, 18:37 • 4 min czytania

Reklama
Jednego za dużo do brydża. Który z orłów Horngachera nie polata na igrzyskach?

Nasi skoczkowie zrobili to, co potrafią najlepiej – polecieli. Tym razem samolotem, do Korei. Zdążyli już nawet wylądować, rozgościć się i zrobić całą masę innych rzeczy, którymi nie będziemy was zanudzać. Ważniejsze to, co dopiero przed nimi. Problem w tym, że jest ich o jednego za dużo.

Reklama

Pamiętacie jeszcze czasy Adama Małysza? Te cudowne chwile na igrzyskach olimpijskich, które byłyby jeszcze cudowniejsze, gdyby nie pewien Szwajcar? Te niesamowite loty i rekordy? Te wspaniałe rywalizacje ze Schmittem, Hannawaldem i całą resztą? Te wyjątkowe momenty, gdy nasza reprezentacja walczyła o wejście do drugiej serii konkursu… A nie, to akurat nie było fajne.

Bo taka prawda, że na początku XXI wieku mogliśmy liczyć tylko na Adama, a potem zaczynało się wybieranie skoczków, którzy zawalą najmniej. Motyw znany z polityki – nie większe dobro, a mniejsze zło. Do drugiej serii wprowadzał nas Małysz, reszta miała po prostu tego nie zawalić. Kto oglądał skoki w tamtych czasach, dziś ze zdziwieniem przygląda się sytuacji, w której mamy inny problem – nadmiar bogactwa.

No dobra, jest pewny lider. Kamil Stoch niewątpliwie swoje miejsce w konkursie drużynowym ma i jest to miejsce zarezerwowane dla gościa, który ma tę ekipę doprowadzić do medalu. Najlepiej złotego, bo ostatni konkurs drużynowy w Zakopanem pokazał, że to najzwyczajniej w świecie możliwe. Skoki w Willingen tylko nas w tym utwierdziły.

Reklama

Ale właśnie, skoki w Willingen.

Bo było tak: od początku sezonu słabszą formę prezentowali Maciej Kot i Piotr Żyła. Obaj mieli swoje problemy, obaj nie potrafili wskoczyć na wysokie pozycje w konkursach. Napisalibyśmy, że nie było tych słynnych „dwóch równych skoków”. Problem w tym, że one były – ale krótsze, niż byśmy tego oczekiwali. Cztery słabsze próby na osiem to już kwestia często nie do przeskoczenia. Nawet przez Kamila Stocha. Szczególnie, gdy znakomicie skaczą Niemcy i Norwegowie.

Na szczęście pojawił się Stefan.

O przemianie Huli pisaliśmy już (tutaj). Więc w wielkim skrócie: Stefan w tym sezonie tylko raz nie wszedł do drugiej serii, cztery razy był w dziesiątce zawodów Pucharu Świata, najpierw w Oberstdorfie, a potem w Zakopanem robił swoje „życiówki”, a do tego wszystkiego nie zawiódł na MŚ w lotach i w historycznej drużynówce na polskiej ziemi. Dorósł do roli nie tyle numeru cztery w polskiej kadrze, co nawet trójki. Trochę czasu mu to zajęło, ale cieszymy się, że zdążył.

Reklama

Trójki, bo wydaje się, że numerem dwa jest w tej chwili Dawid Kubacki. Choć raz zdarzyło mu się nie zakwalifikować (w lotach, a tych na igrzyskach brak), to notuje najlepszy sezon w swojej karierze. Dwa razy stanął na podium, jest mocny i to widać. Innymi słowy: nie zakładamy, by cokolwiek mógł spieprzyć, a wręcz przeciwnie – gdyby gorszy skok przydarzył się Kamilowi, to właśnie na daleki lot Kubackiego byśmy liczyli. Bo wiemy, że w nogach to on ma sprężyny. Wystarczy je tylko dobrze wykorzystać.

Co więc z numerem cztery? Jest ciekawie, bo we wspomnianym Willingen Maciek Kot w końcu trafił – drugi raz w tym sezonie – do dziesiątki konkursu Pucharu Świata. Wcześniej, w Zakopanem, zajął miejsce Piotra Żyły w drużynie (na MŚ w lotach musiał przecierpieć odstawienie „na ławkę”) i nie zawiódł. Można więc było uznać, że jego forma stopniowo rośnie i to na tyle, by znalazł swe miejsce w drużynie wysłanej na podbój skoczni w Korei. Ale wtedy Piotr Żyła zaśmiał (słowo użyte nieprzypadkowo) się wszystkim w twarz i wskoczył na trzecie miejsce ostatniego konkursu przed igrzyskami. I jak tu podejmować jakiekolwiek decyzje?

Reklama

Zresztą Żyła jest ponoć w znakomitej formie fizycznej, czuje się świetnie a problemem jest technika oraz trafienie wybiciem na dobry moment. Bo Piotrek to nie Kamil Stoch, który spóźni skok o pół metra, a potem poleci po złoto. On potrzebuje wybicia w punkt. A wtedy jest w stanie poleeeeeeeeecieć. Z uśmiechem na twarzy, rzecz jasna.

Horngacher na podjęcie pierwszej istotnej decyzji ma niecałe dwa dni – pojutrze kwalifikacje do konkursu na skoczni normalnej. Przed nim jeszcze kilka sesji treningowych na miejscu. Sytuacja wygląda tak, że o być albo nie być w kadrze zadecydować może kilka metrów. Ale to wszystko po to, by potem nie zabrakło ich do medali. A na te czekamy najbardziej.

Kamil Gapiński

Kibic Realu Madryt od 1996 roku. Najbardziej lubił drużynę z Raulem i Mijatoviciem w składzie. Niedoszły piłkarz Petrochemii, pamiętający Szymona Marciniaka z czasów, gdy jeszcze miał włosy i grał w płockim klubie dwa roczniki wyżej. Piłkę nożną kocha na równi z ręczną, choć sam preferuje sporty indywidualne, dlatego siedem razy ukończył maraton. Kiedy nie pracuje i nie trenuje, sporo czyta. Preferuje literaturę współczesną, choć jego ulubioną książką jest Hrabia Monte Christo. Jest dumny, że w całym tym opisie ani razu nie padło słowo triathlon.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Niższe ligi

KTS Weszło idzie jak burza! Jagiellonia II kolejną ofiarą

Jan Broda
2
KTS Weszło idzie jak burza! Jagiellonia II kolejną ofiarą
Ekstraklasa

Kolegium Sędziów wydało werdykt. Widzewowi należał się karny!

Jan Broda
24
Kolegium Sędziów wydało werdykt. Widzewowi należał się karny!

Inne sporty

Reklama