Nigdy tego chłopaka nie lubiłem, nawet jak pracowaliśmy razem w Wiśle, to jakoś trudno mi go było zaakceptować, w sensie piłkarskim i osobowościowym i chociaż nie spodziewałem się po nim wiele, to nie przypuszczałem, że upadnie aż tak. Paweł Strąk to dla mnie symbol kompromitacji. Totalnej. Znalazłem niedawno na stronie sportslaski.pl bardzo celny komentarz, mniej więcej taki: „Panie Nawałka, wpuść pan Strąka w ostatniej minucie któregoś meczu ligowego, jak wynik będzie już pewny. Niech kibice mu podziękują”. Nic dodać, nic ująć. Niech podziękują, bo naprawdę jest za co…
Widzieliście tę jego napuchniętą twarz? Głupie pytanie. Chyba każdy widział. Ale kij z twarzą. Ten mięsień piwny… Takiego „kamienia” w tydzień nie wyhodujesz. Nie możesz go zostawić na pastwę losu, bez podlewania. Podlewania dosłownie i w przenośni. Efekt końcowy wymaga starannej pielęgnacji.
Wiosna sezonu 2008/09, siedzę sobie na stadionie w Zabrzu po którymś z meczów Górnika. Podchodzi Strąk.
– Czemu mnie pan tak ostatnio krytykuje? – to było pierwsze pytanie. A potem cała seria żali.
– Jak ty możesz myśleć takimi kategoriami? Widzisz siebie, jak grasz, czy w ogóle nie patrzysz?
– Mnie się wydaje, że dobrze gram.
Jemu się wydaje… Zawsze taki był. Ciężki, zadufany w sobie, nie przyjmował konstruktywnych uwag. Pawła Brożka można było skrytykować, ale chętnie pogadał, przyjmował wskazówki. A Strąk? Nawet jako młody, 20-letni chłopak nie wydawał się całkowicie normalny. W Wiśle nie miał żadnych dobrych kumpli, był poza grupą. Zwykły kolega z boiska. Nic więcej, żadnej zażyłości.
Wkurzało mnie, że Kasperczak stawiał na niego z takim uporem. I to kosztem dużo lepszego Mauro Cantoro. A wystarczyło mieć trochę rozeznania… Do dziś mam przed oczami mecz z Lazio w Krakowie. Strąk, któremu głowa służy tylko do… nie wiem czego, miał przy stałym fragmencie kryć Fernando Couto – jednego z najlepiej grających głową na świecie. Couto dostał krycie indywidualne, o jakim mógł tylko marzyć i oczywiście zdobył bramkę. Strąk – chociaż wysoki – w powietrzu zawsze przypominał żółwia, który chowa głowę do skorupy.
Znałem wielu piłkarzy, którym się przytyło. Brzuszek miał „Marcyś” Motyka, Krzysiu Budka… Ten, to jak wrócił z rejsu, wyglądał, jakby wyszedł z ula. Spuchnięty, bo na przemian jadł i tankował, tankował i jadł, bo co innego mógł robić na statku? Ale wystarczył tydzień i wszystko się unormowało. Kapka, najpierw chudy jak palec, potem zrobił się „miśkiem” i cofnięto go na środek pomocy. Ale słowo daję – to wszystko mieściło się w kategoriach sportowej sylwetki!
Jeśli jesteś w normalnym treningu, to niemożliwe jest spaść się jak Strąk. Możesz wtedy przyjąć nawet 3500 kalorii, czyli możesz żreć i żreć, a nie przytyjesz. Paweł musiał nie robić kompletnie nic. Opierdalać się na całego. Po nim nie widać trzech kilo nadwagi, tylko z piętnaście. On ma minimum piętnaście kilo za dużo.
Przekroczył wszelkie granice. Kiedyś mówiło się, że jest chorobliwie ambitny. To czemu nie pieprznął tak butami, żeby na Roosevelta zbierali korki? Nawet ze względu na dupy postarałbym się o jakiś wygląd. Wiadomo – piłkarz to pełna kieszeń, a laski na to lecą. Ale gość ma 27 lat i ma za to płacić? No, ludzie…
Zawsze powtarzałem, że waga jest dobra wtedy, kiedy się z nią dobrze czujesz. Ale że Strąk ze swoją czuje się świetnie – w to nie wierzę. Gdyby teraz Adam Nawałka powiedział mu: „Wiesz co, biorę cię teraz na mecz”… Co by Paweł zrobił? Naprawdę nie miałby wstydu i pokazał się w tym stanie ludziom? Taki był zawsze zakochany w sobie, taki narcyz, a teraz przestał używać lustra?
Adaś, weź go na mecz. Wpuść. Chociaż na chwilę. Tak po starej znajomości.
ANDRZEJ IWAN
Zdjęcie Pawła Strąka pochodzi ze strony fakt.pl