Bright On. „Mewy” wlecą do Champions League?

Adrian Mańko

23 września 2026, 14:30 • 13 min czytania 2

Reklama
Bright On. „Mewy” wlecą do Champions League?

Brighton – jak nakazywałaby sama nazwa – świeci coraz jaśniej. Świeci przykładem dla wielu klubów, które wydają (by nie powiedzieć dosadniej) kupę siana, a potem pałętają się w dole tabeli. Bez długiego namysłu za przykład może posłużyć tutaj Tottenham. Spurs reprezentacyjną przerwę spędzają na ostatnim miejscu w tabeli, a do obecności w okolicach strefy spadkowej już się przyzwyczaili. O sile Brighton w miniony weekend przekonał się jednak mocniejszy sąsiad „Kogutów” – Arsenal. Obrońcy tytułu wyjechali z południa Anglii obici 3:0. To chyba dobry moment, by przyjrzeć się temu, co udało się stworzyć na The Amex.

Reklama

Spodziewana niespodzianka

Porażka „Kanonierów” z „Mewami” to oczywiście niespodzianka. Zresztą, istnieje szansa, że każda porażka The Gunners w tym sezonie będzie kategoryzowana jako zaskoczenie – przynajmniej na krajowym podwórku. Jeśli jednak można byłoby oksymoronicznie wskazać najbardziej spodziewaną z niespodzianek, to sobotni mecz byłby mocną kandydaturą. Rywalizacja z Brighton rzadko kiedy jest lekka, łatwa i przyjemna. Znacznie częściej „Mewy” stają ością w gardle faworytom. Trzy dni przed wygraną z Arsenalem ekipa Fabiana Hürzelera wyeliminowała z Pucharu Ligi Manchester United. W tym roku kalendarzowym Brighton ma też na rozkładzie Chelsea (3:0) i Liverpool (2:1). W styczniu był z kolei remis z Manchesterem City.

3. miejsce po pięciu kolejkach wygląda świetnie. Nie oznacza oczywiście, że Brighton należy traktować jako wiodącą siłę ligi, ale jako kandydata do gry w Lidze Mistrzów już owszem. Dziesiąty sezon gry The Seagulls w elicie może być przełomowy. Może być momentem, gdy ten projekt wskoczy na wyższy poziom. I byłby to naturalny krok w tej historii.

Historyczne rzeczy na The Amex

Spójrzmy na XXI wiek. Sezon 2000/01 Brighton spędziło w Division 3, czyli na ówczesnym czwartym poziomie rozgrywkowym w Anglii. Na swoje stulecie klub wygrał te rozgrywki i awansował wyżej. Rozpoczęła się huśtawka awansów i spadków. „Mewy” latały pomiędzy zapleczem Premier League a trzecim poziomem. Stabilizacja nastąpiła w drugiej dekadzie, gdy klub przejął już Tony Bloom. Sześć kolejnych sezonów w Championship spuentował wreszcie awans do Premier League z 2. miejsca. To był sezon 2016/17.

Reklama

Zespół na wielkie wody wypłynął z Chrisem Hughtonem w roli menadżera. Przejął on drużynę ostatniego dnia 2014 roku. The Seagulls zajmowali wtedy 21. miejsce. Widmo spadku zaglądało w oczy naprawdę poważnie. Na koniec sezonu było niewiele lepiej – 20. pozycja. Udało się jednak uniknąć degradacji i zdobyć 6 punktów więcej niż żegnające się z ligą Millwall.

Hughton zachował swoją posadę. Bloom, który w 2009 kupił 75% akcji klubu, nie należy do prezesów, którzy lubią radykalne, nerwowe ruchy. Z Wojciechem Kwietniem raczej by się nie dogadał. I nie chodzi o barierę językową. Już wkrótce okazało się, jak dobrym posunięciem była dalsza współpraca z irlandzkim szkoleniowcem. W sezonie 15/16 „Mewy” otarły się o awans, zajmując 3. miejsce w lidze. Dwumecz w półfinale baraży z Sheffield Wednesday zakończył jednak marzenia. Porażka na wyjeździe, remis u siebie. Nawet gdyby Tomasz Hajto liczył rezultat finalny, nie udałoby się zrobić z tego awansu.

Finisz aż 17 miejsc wyżej niż sezon wcześniej pokazywał jednak, że ta łajba płynie we właściwym kierunku. Można było przystępować do kolejnej próby szturmowania bram raju – piłkarskiego i finansowego.

W tym miejscu się zatrzymajmy – by oddać skalę, w jakiej działał klub z południa Anglii w tamtym okresie, spójrzmy na ich wydatki w letnich okienkach transferowych.

Reklama
  • 2014/15 – wydano 3,8 mln euro (łączny bilans +9,42 mln euro)
  • 2015/16 – wydano 13,47 mln euro (łączny bilans -13,47 mln euro)
  • 2016/17 – wydano 8,75 mln euro (łączny bilans -8,75 mln euro)

Na dzisiejsze czasy – grosze. Jednak 10 lat temu udało się wykonać tygrysi skok do skarbca. Brighton w Championship ustąpiło tylko Newcastle (zresztą raptem o punkt), ale zajęcie 2. miejsca oznaczało bezpośredni awans do Premier League. Po raz pierwszy w historii, choć tutaj należy zaznaczyć, że przed erą Premier League Brighton przez cztery sezony grało na najwyższym szczeblu rozgrywkowym – był to przełom lat 70. i 80. poprzedniego stulecia. Ale Premier League to inna rzeczywistość.

Pochwała cierpliwości

Awansować to jedno, ale utrzymać się wśród najlepszej dwudziestki klubów w Anglii to coś zupełnie innego. To drugie jest znacznie trudniejsze, co pokazuje historia wielu beniaminków w ostatnich latach. W debiutanckim sezonie „Mewy” utrzymały się jednak w miarę spokojnie – z zapasem 7 punktów i na 15. miejscu. Od debiutanta trudno oczekiwać więcej. Bardziej nerwowo zrobiło się rok później – The Seagulls zajęli ostatnie bezpieczne miejsce, raptem 2 punkty nad żegnającym się z ligą Cardiff. Ale nawet w trudnym momencie Bloom nie stracił głowy i nie działał nerwowo. Brighton kończyło sezon serią 9 meczów bez zwycięstwa (w tym aż 6 porażek), a mimo Hughton pracował do samego końca. Dopiero nazajutrz po ostatnim meczu rozgrywek został pożegnany. Popracował na The Amex prawie 1600 dni, prowadząc zespół w 215 meczach.

Wraz z odejściem zasłużonego Irlandczyka, na południu Anglii rozpoczął się nowy, ekscytujący etap, który potrwał niewiele krócej. Graham Potter przepracował w Brighton trzy pełne sezony i kawałek czwartego. Krótki kawałek, bo we wrześniu 2022 roku, gdy „Mewy” zajmowały 4. miejsce w lidze, o Pottera zapytała Chelsea, która akurat pożegnała Thomasa Tuchela. A gdy pyta Chelsea, to na stole są miliony monet. Ktoś powie, że Pottera skusiła wizja gry w Lidze Mistrzów i walki o najwyższe cele, ale czasem przyczyna jest bardziej prozaiczna. Tak czy owak – szkoleniowiec napisał nawet list do fanów. – Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie. Na tym etapie mojej kariery czułem, że muszę wykorzystać nową szansę – pisał Potter.

Graham Potter

Reklama

Angielski trener nie udźwignął wyzwania, jakim było prowadzenie The Blues. Może i szkoda, bo gdyby jego kariera w Londynie potoczyła się inaczej, w marcu prawdopodobnie nie byłby selekcjonerem reprezentacji Szwecji, eliminującej Polskę z mundialu. Ale to tylko didaskalia w tej opowieści, bo Potter w Brighton robił bardzo dobrą robotę – ten frazes też musiał w tym tekście paść.

Jak dobrą? W pierwszym i drugim sezonie „Mewy” nie wykonały jakiegoś spektakularnego skoku jakościowego. Kończyły ligę na 15. i 16. miejscu, choć trudno też mówić o dramatycznej walce o utrzymanie – kolejno 7 i 13 punktów przewagi nad strefą spadkową to dość bezpieczny dystans.

Przełom dla Pottera i jego drużyny przyszedł w kolejnej kampanii, zakończonej w górnej połówce tabeli. 9. miejsce i zaledwie 5 punktów straty do europejskich pucharów. To był sygnał, że na Amex Stadium wszystko układa się harmonijnie.

Handlarze z Brighton

Był to też sygnał dla reszty ligi, że warto przyjrzeć się zawodnikom grającym w niebiesko-białych trykotach. I właśnie wtedy rozpoczął się wielki exodus piłkarzy, który przyniósł (i przynosi do dziś) klubowi gigantyczne przychody. Wspomnijmy tylko Bena White’a (58,5 mln €), Marca Cucurellę (65,3 mln €), Mosesa Caicedo (116 mln €), Alexisa Mac Allistera (42 mln €), Joao Pedro (63,7 mln €) czy ostatnio Jana Paula van Hecke (60 mln €) i Carlosa Balebę (75,9 mln €). A to tylko niektóre, co smaczniejsze kąski. Było tego dużo więcej. Brighton stało się kuźnią talentów i oknem wystawowym zarazem.

Reklama

Nie chodzi jednak wyłącznie o to, że Brighton potrafi znaleźć dobrego piłkarza, a następnie sprzedać go za wielokrotność kwoty, którą za niego zapłaciło. Największą sztuką jest to, co dzieje się później. Odchodzi jeden, przychodzi kolejny. Sprzedaż najlepszego zawodnika nie kończy projektu – staje się paliwem dla następnego cyklu.

Dzięki tabunowi sprzedanych za grube miliony piłkarzy, do Brighton można było też ściągać kolejny narybek. I to jest właśnie clue – w południowej Anglii wiedzą, jak zarządzać swoimi zasobami. Można mieć bogatego właściciela, wywalać pieniądze w błoto i liczyć, że za którymś razem to zaskoczy. Znamy to także z naszego podwórka. A można budować gwiazdy, zarabiać na nich i kupować kolejnych zawodników z potencjałem.

I właśnie tutaj Brighton różni się od klubu, który po prostu ma bogatego właściciela. Pieniądze nie są celem samym w sobie. Mają pracować. Najpierw trzeba było zbudować infrastrukturę i stworzyć warunki do funkcjonowania na wyższym poziomie, później Premier League zaczęła dostarczać większych przychodów, a transfery wychodzące pozwoliły jeszcze bardziej zwiększać skalę działalności. Tony Bloom dał Brighton kapitał, ale klub musiał jeszcze nauczyć się zamieniać go w kolejne źródła przychodu.

Kluczem jest odpowiednia selekcja. W Brighton to potrafią – wystarczy zobaczyć, ilu graczy sprowadzonych do tego klubu udało się już sprzedać, a ilu jest dziś żywą obietnicą kolejnego zarobku. Zwłaszcza przy tak dobrej postawie The Seagulls jak na starcie rozgrywek.

Reklama

Notes pełen potencjału

Na The Amex nikt nie płacze po van Hecke sprzedanym za około 60 mln euro. Na Lukę Vuskovicia wydano prawie tyle samo, ale 19-latek, który ma w swoim CV m.in. epizod w Radomiaku, niemal na pewno zostanie sprzedany z zyskiem, a wcześniej pomoże Brighton w wygraniu paru meczów. Również zdobywanymi bramkami, bo Chorwat, jak na stopera, ma wyjątkowy dar do strzelania.

Po chimerycznym Balebie też krokodylich łez nikt nie wylewa. Ledwie 21-letni Chema Andres ma wszystko, by go godnie zastąpić. Wie coś o tym Arsenal.

Reklama

Dobra selekcja tyczy się nie tylko zawodników. Po Potterze, który skusił się na ofertę Chelsea, na The Amex przybył Roberto De Zerbi. Anglik poprowadził drużynę w 134 spotkaniach i punktował na poziomie 1,28 pkt/mecz. Wydawał się opcją skrojoną na miarę. Przyszedł Włoch i w ciągu dwóch lat wykręcił wyższą średnią – 1,51. Brighton stało się pełnoprawnym średniakiem. Ba, sezon 22/23 zakończyło na 6. miejscu. To już zasługa De Zerbiego, choć kampanię w roli trenera zaczynał jeszcze Potter. Na stadionie „Mew” zagościła więc Liga Europy. W 1/8 finału lepsza okazała się Roma.

De Zerbi odszedł z klubu po sezonie 23/24. Był wtedy jednym z najgorętszych nazwisk na rynku. Łączono go z pracą w Bayernie, mówiło się, że będzie następcą Pepa Guardioli w Manchesterze City. Powszechny zachwyt. Na futbolu De Zerbiego zaczęło się wzorować pół trenerskiego świata, a wychwalało go pewnie trzy czwarte. Cóż za ironia losu, że dziś włoski szkoleniowiec prowadzi zamykający tabelę Tottenham.

Schedę po De Zerbim przejął Hürzeler – wówczas zaledwie 31-letni. Kolejna absolutnie nieoczywista nominacja i kolejny strzał w dziesiątkę. W Brighton młody wiek czy mała rozpoznawalność nie muszą być wadą, jeśli dostrzegalne są kompetencje i odpowiednie dopasowanie. Bloom nie szukał trenera, który byłby jednym z największych nazwisk na rynku, choć pewnie mógł sobie na to pozwolić. Szukał człowieka pasującego do projektu.

Fabian Hurzeler

Reklama

Hürzeler wyrobił sobie markę, prowadząc St. Pauli wprost do Bundesligi. To właśnie wtedy Niemiec trafił do notesu Brighton. A jest to notes wypełniony potencjałem – nie tylko piłkarskim, ale też trenerskim. A może przede wszystkim tym drugim. Po 96 meczach w roli menadżera The Seagulls Hürzeler ma średnią 1,61 pkt/mecz. Lepszą niż dwaj poprzednicy.

Pora na kolejny krok

Brighton nie jest przy tym wyłącznie fabryką młodych talentów. Do modelu klubu łatwo byłoby przykleić właśnie taką etykietę, ale każdy młody zespół potrzebuje również ludzi, którzy pamiętają, jak wyglądała droga na szczyt. Dlatego tak istotny jest Pascal Gross – zawodnik, który w Brighton rozegrał już blisko 300 spotkań i może być dla młodszych kolegów żywym łącznikiem z poprzednią epoką klubu. Zimą po nieprzesadnie długim epizodzie w Dortmundzie Gross wrócił do Brighton i, mimo 35 lat na karku, wciąż daje radę. Przekonał się o tym w sobotę Arsenal.

Reklama

Rodak Grossa, Hürzeler, pracuje na The Amex już trzeci sezon. Dwa poprzednie skończył na 8. miejscu. To dziś mniej więcej pozycja klubu z południa Anglii w angielskiej hierarchii. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że tej hierarchii nie można znów naruszyć. Brighton przez lata budowało odpowiednie środowisko, by piąć się w górę. Infrastruktura, dobre transfery, zdrowe finanse, spokojna, stabilna, wieloletnia praca trenera – to recepta na sukces.

A konkurencja jest wręcz zaprzeczeniem – Manchester United zmienia trenerów i koncepcje, wydaje horrendalne pieniądze i kompromituje się raz za razem. Chelsea? Od czasów Pottera zdążyła już zatrudnić Franka Lamparda, Mauricio Pochettino, Enzo Marescę, Liama Roseniora i Xabiego Alonso. Karuzela trenerska się kręci, ale to i tak nic przy karuzeli piłkarzy. W szatni na Stamford Bridge prawdopodobnie zamontowano już drzwi obrotowe, by nadążać za przemiałem zawodników. W dołku znalazł się też Liverpool, a na Tottenham szkoda już strzępić klawiaturę i ryja. Newcastle wypisało się chyba z roli klubu „wannabe”, a Aston Villa wyprzedała największe gwiazdy i znów stawia przed Unaiem Emerym trudne zadanie.

Okoliczności naprawdę sprzyjają, by „Mewy” zagrały wielkim na nosie i wleciały do Champions League. Ich rozsądna polityka zachwyca, ich futbol również potrafi. Przecież Arsenal w sobotę był bezradny jak dziecko we mgle. Do tej pory „Kanonierzy” ogrywali wszystkich jak leci, w większości spotkań grali świetną piłkę, dominowali nad przeciwnikami, tłamsili ich, nie dopuszczali pod swoją bramkę. Na The Amex wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Albo magicznego dotyku Hürzelera. Piłkarze Mikela Artety nie wiedzieli, co się dzieje, a sam Hiszpan po meczu chwalił rywala. – Zasłużyli na zwycięstwo, byli lepszym zespołem, zwłaszcza w pierwszych minutach pierwszej połowy. My nie zagraliśmy na wymaganym poziomie – powiedział.

Reklama

Pressingowy potwór

Brighton pod batutą byłego trenera „Piratów” z Hamburga olśniewa intensywnością, pressingiem, wygrywaniem pojedynków. Nie lekceważą też stałych fragmentów gry – w sobotę tworzyli po nich sporo zagrożenia, tak zdobyli też trzeciego gola. I to przeciwko komu?! Przeciwko arcymistrzom stałych fragmentów. Tu warto zaznaczyć, że w poprzednim sezonie Arsenal górował zarówno jeśli chodzi o liczbę goli zdobytych z piłki ustawionej, jak i w statystyce defensywnej – najmniejszej liczbie goli straconych w ten sposób. W tej drugiej równie dobre było… Brighton, a jakże. Jedni i drudzy dali sobie wbić po 7 bramek. Statystyka ta obejmuje jednak również rzuty karne.

Hürzeler nie próbuje wywracać zespołu do góry nogami. Wręcz przeciwnie: korzysta z fundamentów pozostawionych przez Włocha i modyfikuje je pod własne pomysły. Jedną z najważniejszych zmian jest większa liczba zawodników atakujących ostatnią linię rywala. Hürzeler uważa, że jeżeli w pobliżu pola karnego znajduje się więcej zawodników, obrońcy mają więcej problemów z ich kontrolowaniem.

Reklama

Najważniejsza różnica względem De Zerbiego dotyczy jednak bezpośredniości. Brighton poprzednio długo utrzymywało piłkę na własnej połowie, próbując sprowokować pressing przeciwnika i wykorzystać powstałe w ten sposób przestrzenie. Hürzeler chce szybciej przesuwać piłkę do przodu.

Średnia długość sekwencji podań Brighton wynosi około 3,5 podania, a czas trwania pojedynczej sekwencji posiadania spadł z 13,44 do 10,47 sekundy. Zespół ma szybciej przechodzić z posiadania do ataku. Chodzi o konkret. Taka jest dzisiejsza piłka i Hürzeler doskonale rozumie jej wymagania. Brighton nie tylko szybciej atakuje, ale również aktywniej próbuje odzyskiwać piłkę wysoko na boisku.

Bardzo mocno na wyobraźnię działają statystyki „Mew” z tego sezonu, jeszcze sprzed meczu z Arsenalem. Brighton było:

Reklama
  • 1. w Premier League pod względem high turnovers – 41 odzyskanych piłek w promieniu 40 metrów od bramki rywala;
  • 1. pod względem PPDA – zaledwie 6,6 podań rywala na akcję defensywną, co oznaczało najbardziej intensywny pressing w lidze;
  • 3. pod względem czasu spędzanego w wysokim bloku – Brighton używało wysokiego pressingu przez 38% czasu bez piłki.

Ponadto rozpoczynało swoje sekwencje podań średnio 46,9 m od własnej bramki – najdalej od własnego pola karnego spośród wszystkich zespołów Premier League.

Te liczby nie są przypadkiem, a analizująca je Opta zapowiadała, że Arsenal w sobotę „poczuje ciepło” piłki Hürzelera. Oj poczuł…

Reklama

W meczu z The Gunners Brighton miało tylko 40% posiadania, ale odzyskało futbolówkę w tercji ataku aż 9 razy. Wedle wyliczeń Squawki był to najwyższy wynik osiągnięty przez jakikolwiek zespół przeciwko Arsenalowi w meczu Premier League od grudnia 2023 roku i meczu z Liverpoolem.

W Brighton zgadza się wiele – zarówno na boisku, jak i poza nim. Ten projekt jest po prostu świetny i niewiele pozostawia przypadkowi. Szczególnie po oczach bije spokój w zarządzaniu kadrą trenerską. Od 2015 roku „Mewy” miały zaledwie czterech trenerów. Przykład z południowej Anglii można zadedykować wielu prezesom nad Wisłą, którzy często wybierają szkoleniowców kompletnie bez mapy, a jeszcze częściej po prostu nie dają swoim trenerom czasu na pracę. W Widzewie czterech trenerów pracowało w ciągu ostatniego roku – w październiku 2025 był jeszcze Patryk Czubak, potem Igor Jovicević, Aleksandar Vuković, a ostatnio zespół przejął Mateusz Stolarski. Tony Bloom widząc takie poczynania Roberta Dobrzyckiego pewnie parsknąłby tylko śmiechem.

fot. Newspix

Reklama
2 komentarze
Adrian Mańko

Wychowanek świętej pamięci Lubelskiego Sport Expressu, do którego trafił jeszcze w liceum, wyłowiony jako młody talent portalu Lublinianka.NET. W Lubliniance od 20 sezonów pełni rolę spikera, a w dziennikarstwie zwiedził kilka tytułów, ostatnio Dziennik Wschodni. Najdłużej pracował jednak na chwałę jednego z buków. Od 2005 roku tworzy własny projekt piłkarski - LAKP. Piłka nożna? Zawsze i wszędzie! Liga Mistrzów, Premier League, Ekstraklasa, okręgówka, B-klasa. Wszystko jedno. Nie gra w padla. Ale gra w tenisa. Lubi też żużel.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Właściciel Pogoni Szczecin chwali się finansami klubu. „Zaczynamy budować”

Adrian Mańko
23
Właściciel Pogoni Szczecin chwali się finansami klubu. „Zaczynamy budować”

Piłka nożna

Reklama
Ekstraklasa

Właściciel Pogoni Szczecin chwali się finansami klubu. „Zaczynamy budować”

Adrian Mańko
23
Właściciel Pogoni Szczecin chwali się finansami klubu. „Zaczynamy budować”