Chelsea po dwóch kolejkach nowego sezonu ma 6 punktów i aż 7 strzelonych goli. Niby wszystko się zgadza, ale fanów The Blues martwić może postawa obrony – 5 straconych bramek w meczach z Fulham i Brighton to sporo. Niedzielna konfrontacja na Stamford Bridge była bardzo przyjemna w odbiorze, ale koniec końców powody do radości mieli tylko gospodarze. „Mewy” odfruwają ze stolicy z pustymi rękami.
Błyskawiczny debiut
W ekipie Alonso od pierwszej minuty oglądaliśmy Emiliano Martineza. Jego transfer oficjalnie potwierdzono… dziś. Jeśli ktoś myślał, że hiszpański menadżer The Blues będzie czekał z wystawieniem nowego bramkarza, to grubo się pomylił. To zresztą dobrze pokazuje poziom zaufania Alonso wobec Roberta Sancheza. A to z kolei nie dziwi. Powiedzieć, że były golkiper Brighton nie był w ostatnim czasie mocnym punktem Chelsea, to jak powiedzieć, że Leo Messi jest niezły technicznie. Duże niedopowiedzenie. Sanchez po naszpikowanym błędami poniedziałkowym występie z Fulham nie dostał więc szansy na kolejne wpadki w meczu ze swoim byłym klubem.
Emiliano is Blue. 😤 pic.twitter.com/9A6BPWqQWq
— Chelsea FC (@ChelseaFC) August 30, 2026
Alonso odważnej decyzji o błyskawicznej zmianie hierarchii między słupkami raczej nie żałuje. Martinez spisał się bez zarzutu, jak na mistrza i wicemistrza świata przystało. To zresztą swoista ciekawostka – przed tygodniem Martinez był jeszcze formalnie piłkarzem Aston Villi, która na inaugurację przegrała 0:4… z Brighton. Teraz „Dibu” mógł wziąć swój własny rewanż.
Jedni mieli piłkę, drudzy mieli gole
Nie wiemy jeszcze, jaką twarz będzie miała Chelsea pod wodzą Alonso, ale gdyby wysnuwać wnioski po meczu z „Mewami”, to należałoby stwierdzić, że będzie to zespół szalenie konkretny. The Blues punktowali Brighton, mimo że wcale nie dominowali w posiadaniu piłki. Grali szybko, z rozmachem, jak to się zwykło mówić w obecnych czasach – wertykalnie.
Kluczowy, otwierający wynik gol padł jednak nie z gry, a z rzutu rożnego. Błąd popełnił Bart Verbruggen. Holender nie utrzymał piłki w rękach, a z okazji skrzętnie skorzystał inny piłkarz z Beneluksu – Romeo Lavia. Nie minęło pięć minut, a spotkanie zaczęło się układać po myśli gospodarzy.
Potem było jeszcze lepiej. Po zagraniu z lewej strony Morgana Rogersa na 2:0 podwyższył Pedro Neto. Portugalczyk mógł mieć jeszcze asystę, ale Joao Pedro w prostej sytuacji strzelił niecelnie. Brazylijczyk zrehabilitował się i już w 31. minucie było 3:0. Tym razem asystę zapisał Jorrel Hato.
Brighton odgryzło się kilka minut później. Malick Yalcouyé napędził akcję, dograł prostopadle do Charalambosa Kostulasa. Tego zablokował jeszcze Martinez, ale piłka wróciła do Yalcouyé. Malijczyk przyłożył z woleja od słupka, tak że wypadało jedynie z uznaniem pokiwać głową.
🇨🇮🚨 MALICK YALCOUYÉ SCORES FOR BRIGHTON!!! 20 YEARS-OLD!! pic.twitter.com/RSMqtXZUvX
— Rising Stars XI (@RisingStarXI) August 30, 2026
Do przerwy najbardziej szokowały liczby. Chelsea miała zaledwie 29% posiadania piłki (sic), a schodziła na przerwę z prowadzeniem 3:1.
Dobry moment Brighton, riposta Palmera
Konkrety konkretami, ale czy był to idealny występ Chelsea? Zdecydowanie nie. Sam Diego Gomez mógł, a może nawet powinien, ustrzelić dublet po strzałach głową (raz przed przerwą, raz po przerwie). Dwukrotnie w dogodnych sytuacjach chybił celu. Potem jego strzał nogą wybronił Martinez. W następstwie tej interwencji Argentyńczyka goście bili rzut rożny, a chwilę później z ponowienia akcji strzelili bramkę kontaktową. Znów dobrze podał Yalcouyé, a Joao Pedro tak pechowo zablokował Pascala Grossa, że zaliczył swojaka.
Mało tego, chwilę później znów dał o sobie znać Gomez. Aktywny Paragwajczyk strzelał soczyście, ale tylko w boczną siatkę. Chelsea wyraźnie traciła rezon…
Gospodarze przetrwali jednak trudny moment, a na kwadrans przed końcem meczu kolejny wpis do meczowych statystyk zaliczył Joao Pedro. Tym razem była to asysta do Cole’a Palmera. Anglik w swoim stylu, albo – jak celnie zauważył Andrzej Twarowski, w stylu Messiego – przymierzył lewą nogą przy dalszym słupku i Verbruggen wyjmował piłkę z siatki po raz czwarty.
W doliczonym czasie gry Gross – trochę z niczego – zdobył gola kontaktowego. Tutaj żachnąłby się Tomasz Tułacz, bo nie do końca z niczego – po wrzucie z autu. Była to już absolutna końcówka meczu i goście niczego więcej nie wskórali.
W grze Chelsea znów było sporo mankamentów, zwłaszcza w grze defensywnej. Wyniki się jednak zgadzają. Dwa zwycięstwa w lidze przedzielone triumfem w Carabao Cup. Brighton wraca ze Stamford Bridge bez punktów, ale „Mewy” przegrały po walce, z podniesionym czołem. Gdy do zespołu wrócą Kaoru Mitoma i Yankuba Minteh, powinno być jeszcze lepiej. Czołowi skrzydłowi ekipy Fabiana Hürzelera leczą kontuzje.
Chelsea – Brighton 4:3 (3:1)
- 1:0 – R. Lavia 4′
- 2:0 – P. Neto 14′
- 3:0 – J. Pedro 32′
- 3:1 – M. Yalcouye 35′
- 3:2 – J. Pedro (sam.) 63′
- 4:2 – C. Palmer 74′
- 4:3 – P. Gross 90+6′
fot. Newspix