Dawno nie była w takiej sytuacji. Iga Świątek od 2021 roku do Finałów WTA wchodziła bez większego problemu. Wyniki były różne – choć raz, w 2023, wygrała – ale jednak niezmiennie tam była. W tym sezonie jednak, na niespełna dwa miesiące przed tą imprezą, Iga jest na liście tenisistek, które mogą wystąpić w Indian Wells co najwyżej jako rezerwowa. Czy więc można sobie wyobrazić scenariusz, w którym jednak tam zagra? Przeanalizujmy.
Iga Świątek i WTA Finals. Czy Polka zagra w Indian Wells?
Przede wszystkim trzeba napisać, że to mocny rok. W zeszłym sezonie kwalifikację do Finałów – czyli ósme miejsce w rankingu – dawało 4325 punktów. Tyle miała Jasmine Paolini, która o sześć (!) oczek wyprzedziła Mirrę Andriejewą. Dwa lata temu sytuacja prezentowała się podobnie, gdyby nie Barbora Krejcikova, która poza wygranym Wimbledonem zaliczała fatalny sezon, to wystarczyłoby jeszcze mniej punktów – Czeszka jednak weszła do finałów jako mistrzyni wielkoszlemowa, stąd najniżej notowana zawodniczka z rankingu, Qinwen Zheng, miała 4540 oczek.
Możemy cofać się w czasie. W roku 2023 Karolina Muchova weszłaby z 3650 punktami, ale że zrezygnowała z gry z powodu kontuzji, to zagrała w tej imprezie Maria Sakkari, mająca ich 3245. W 2022 Daria Kasatkina miała 2935, a rozstawiona z dwójką Ons Jabeur – 4555. Wtedy sytuację w rankingu mocno zakrzywiła jednak Świątek, która jeszcze przed finałami miała ponad 10000 (!!!) punktów na koncie.
A jak jest w tym roku?
Gdyby brać pod uwagę obecny ranking Race w wersji live – a przed nami jeszcze kilka turniejów rangi WTA 500 czy 250 i dwa „tysięczniki” – to 8. w nim Linda Noskova ma 4234 punkty. Właściwie gwarantowanym jest, że przekroczy 4500, prawdopodobnie z nawiązką. Sęk w tym, że Iga nie może wyprzedzić tylko Noskovej – to mistrzyni Wimbledonu, ona ma pewny udział w Finałach, nawet jeśli wypadnie poza TOP 8 rankingu Race.
Trzeba więc patrzeć wyżej. A wyżej sytuacja wygląda tak, że pewne awansu są już Jelena Rybakina (7492 punkty) i Aryna Sabalenka (6485). Miejsca w Indian Wells mogą w zasadzie bukować też reprezentantki gospodarzy: Jessica Pegula (5825, aktualny „cut” to 6425 oczek, ale będzie się zmniejszać z każdym turniejem) oraz Coco Gauff (5654), a także Mirra Andriejewa (5614). Walczyć o finały będzie więc następująca czwórka:
- Elina Switolina – 4809 punktów
- Karolina Muchova – 4400 punktów
- Marta Kostiuk – 3851 punktów (w rankingu live, bo gra aktualnie w turnieju w Guadalajarze, jeśli wygra, może mieć na liczniku 4350, a jest tam najwyżej rozstawiona)
- Iga Świątek – 3584 punkty
Za plecami Igi jest Victoria Mboko, która ma 2393 oczka i zero szans na to, by do finałów wejść (chyba że w razie wielu wycofań), więc na Kanadyjkę nie ma co zwracać uwagi. Można zerkać tylko w górę, tego co za plecami obawiać po prostu się nie trzeba.
A więc: czy Iga może w USA zagrać?
Co nam zostało, czyli gdzie zagra Iga
Po porażce w IV rundzie US Open Iga Świątek zdecydowała się na kilka dni wolnego i wróci do rywalizacji później niż przed rokiem – wtedy zagrała w turnieju WTA 500 w Seulu, który zresztą wygrała. Tych punktów jednak tak naprawdę obronić i tak nie mogła – impreza w Korei została bowiem zdegradowana do rangi 250. Iga, owszem, mogła zagrać w innej „pięćsetce”, bo w tym samym terminie rozgrywany jest turniej w Singapurze (a aktualnie w Guadalajarze, ale to druga strona świata).
Postanowiła jednak odpocząć i tym sposobem lepiej wejść w kolejne turnieje – te ważniejsze.
Tuż po tygodniu z Seulem i Singapurem zaczyna się bowiem okres dwóch chińskich tysięczników – tenisistki najpierw zagrają w Pekinie (gdzie Iga wygrała przed trzema laty), a potem w Wuhan. Do wyjęcia tylko w tych dwóch turniejach będzie więc sporo oczek i w zasadzie sytuacja pod kątem finałów może się tam diametralnie odmienić.
Na ten moment Świątek brakuje 816 punktów do Karoliny Muchovej. To w zasadzie jeden turniej tej rangi… aczkolwiek trzeba tu liczyć nie tylko na siebie – a Iga musiałaby dochodzić nie tyle do finałów, co wygrywać – ale też na to, że i rywalki się pogubią. Muchova i Kostiuk, patrząc głównie na nie, to akurat zawodniczki, po których trudno oczekiwać czegoś konkretnego. Z turnieju na turniej ich forma potrafi falować: od genialnej po kiepską.
Jakie wylosują się w Chinach – przekonamy się z czasem. Na pewno jednak wylosować musi się znakomita Iga.
A z tym w tym sezonie też jest problem. W zasadzie wskazać można chyba tylko jeden turniej, przez który w całości przeszła w topowej formie i to jest niedawna impreza w Toronto, gdzie wygrała. Bardzo dobre było też Cincinnati, a poza tym… no, kiepsko. Pytanie czy Świątek bez żadnej presji oczekiwań, żadnego Szlema po drodze, niczego, co mogłoby siedzieć jej w głowie, będzie w stanie grać lepiej niż do tej pory.
Bo mimo wszystko trudno wierzyć, że WTA Finals będą jej wielkim celem. Już tę imprezę wygrywała, jest na tyle utytułowaną zawodniczką, że akurat dla niej przesadnie wiele znaczyć nie powinna. Natomiast warto tam być. To na pewno. Udowodniła to rok temu Jelena Rybakina.
Przypadek Rybakiny, czyli jak WTA Finals napędzają
Jelena Rybakina w zeszłym sezonie do Finałów dostała się rzutem na taśmę. Dosłownie – właściwie dopiero ostatnie tygodnie, ostatnie turnieje zapewniły jej udział w tej imprezie. Co prawda weszła tam rozstawiona z „6”, ale stawka była bardzo zbita – różnica między Kazaszką a Mirrą Andriejewą, która była sklasyfikowana tuż za „linią” oznaczającą awans, wynosiła ledwie 31 punktów.
Jelena w dodatku niespecjalnie radziła sobie w jakimkolwiek dużym turnieju w ciągu sezonu.
W Szelmach trzy razy odpadała w 1/8 finału, raz w 1/16. W obowiązkowych turniejach WTA 1000 raz była w 1/8, trzy razy w 1/16, a raz odpadła od razu, w pierwszym meczu. W dwóch nieobowiązkowych była w półfinałach i to było istotne, bo dało jej całkiem sporo punktów. Kluczowe okazały się jednak dwa turnieje rangi WTA 500 – w Strasburgu w maju, ale przede wszystkim Ningbo Open rozgrywane w październiku.
Rybakina zresztą tę końcówkę sezonu miała mocną. Po Ningbo zagrała jeszcze w Tokio (też WTA 500) i tam doszła do półfinału. To jej wystarczyło, była pewna awansu do Rijadu, więc z rywalizacji się wycofała, oddała walkowerem mecz 1/2 finału. A potem? Potem zagrała fantastycznie w samych WTA Finals – wygrała wszystkie mecze grupowe, pokonała Jessicę Pegulę w półfinale, a na koniec ograła Arynę Sabalenkę.
To wtedy Białorusinka rzuciła, że „raz do roku nawet kij wystrzeli”.
Tyle że tamten turniej okazał się początkiem wielkiej Jeleny Rybakiny. Kazaszka, jakby napędzona tym, co stało się właśnie w Rijadzie, wygrała w tym sezonie Australian Open i US Open, w obu przypadkach pokonując w finale Białorusinkę. Sabalence wydarła też pierwsze miejsce w rankingu WTA. Żadnego z tych osiągnięć nie miała wcześniej na koncie. Nie wiadomo, czy wydarzyłoby się to wszystko, gdyby nie ubiegłoroczne Finały, gdzie nakręciło ją pokonanie wielkich rywalek.
Ale pewnie byłoby Jelenie trudniej, nie miałaby tej wiary w siebie. Gdyby więc nie turniej w Ningbo, zwyczajna „pięćsetka”, a potem poprawka w Tokio, innej imprezie tej rangi, to mogłoby tego wszystkiego nie być. Dlatego właśnie warto walczyć o Finały do samego końca. Nawet gdy jest się tenisistką z tyloma tytułami na koncie, co ma ich Iga Świątek.
Iga w Indian Wells… zapewne i tak będzie
Polka najpewniej będzie rezerwową w WTA Finals. I zapewne, by uniknąć kar, będzie musiała – o ile nie usprawiedliwi się kontuzją – pojechać do Indian Wells i potencjalnie poczekać na to, czy któraś z tenisistek się wycofa, zwalniając jej miejsce. Wiadomo, że to nie pozycja marzeń, z drugiej strony akurat w Kalifornii można jeszcze dobrze potrenować i nawet bez gry po prostu zakończyć sezon.
Natomiast – to akurat pewne – Iga wolałaby w Finałach zagrać. Tak jak w poprzednich latach.
Z pozycji rezerwowej, nawet jeśli drugiej, spaść już w zasadzie nie może. Rywalki są za daleko. Wejść do Finałów bezpośrednio będzie trudno, ale to nie misja niemożliwa do zrealizowania. Nie jest aktualnie Polka w łatwej pozycji, ale jedyne co jej pozostaje, to powalczyć na korcie i zobaczyć co z tego będzie – w pewnym sensie poddać się wyrokom.
Bo do tej pory najlepiej w ostatnich dwóch sezonach – a oba były trudne – grała, gdy nie odczuwała wielkiej presji. I może tak wypadałoby podejść do tych chińskich turniejów – bez presji, po prostu przekonując się, co jest w stanie zagrać i co to ostatecznie da. Może w ten sposób uda się polecieć do Indian Wells po to, by tam grać, a nie czekać na to, czy zwolni się miejsce.
I w sumie oby tak było. Bo obecność w Turnieju Mistrzyń to zawsze miły moment na koniec sezonu. A jak pokazała przywoływana Rybakina – czy nawet Agnieszka Radwańska wiele lat wcześniej – wkradając się do niego na ostatnią chwilę, można ostatecznie nawet wygrać całą imprezę.
Ale na razie: mecz po meczu, krok po kroku. Tak to musi wyglądać.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix