Igor Milicić blisko NBA. A młodsi bracia… lepsi od niego?

Sebastian Warzecha

15 września 2026, 15:14 • 12 min czytania 4

Reklama
Igor Milicić blisko NBA. A młodsi bracia… lepsi od niego?

Igor Milicić junior już drugi sezon z rzędu jest bliski gry w NBA. Rok temu szyki mocno pokrzyżowała mu kontuzja, teraz załapał się na wstępną umowę z New York Knicks, ale do tego, by zostać tam na stałe, droga wciąż daleka. Niemniej: to i tak regularnie pukanie do bram najlepszej ligi świata. Igor jednak stale powtarza, że on swoje umie, ale jego dwaj młodsi bracia są jeszcze lepsi. Familia Miliciciów może więc dać polskiemu basketowi naprawdę dużo. Czy tak będzie?

Reklama

Igor Milicić Jr. walczy o podbój NBA. A za nim mogą pójść bracia

Jest rok 1999. Do polskiej ligi trafia 23-letni chorwacki koszykarz. Zwie się Igor Milicić. Sprowadziła go do siebie ekipa Cersanitu Nomi Kielce. Potem grał też dla warszawskiej Polonii, występował w Sopocie, Włocławku, a po pięciu latach przerwy na grę w innych ligach – ponownie w Trójmieście i przez kilka lat w AZS-ie Koszalin. Łącznie w polskich klubach spędził około dekady.

Już w 2003 roku otrzymał polskie obywatelstwo. Chciał grać dla polskiej reprezentacji, jednak nie było mu to dane.

– Niestety, wcześniej grałem już dla młodzieżowych reprezentacji Chorwacji i to niemal we wszystkich kategoriach wiekowych. Nie wiem dokładnie, co mówią na ten temat przepisy. Co gorsze dla tej sprawy, zagrałem nawet jeden mecz w reprezentacji seniorów. Nie, zaraz… Nie zagrałem nawet minuty! Byłem w składzie, ale cały mecz przesiedziałem na ławce rezerwowych, czyli de facto nie grałem – mówił w tamtym okresie.

Reklama

Z Polską jednak czuł się coraz bardziej związany. Jego żoną została Polka, Barbara. W 2002 roku – choć akurat w Chorwacji, bo w czasie letniej przerwy od koszykówki – urodził się ich najstarszy syn, Igor junior. Cztery lata później na świat przyszedł Zoran, a niecałe dwa lata po nim – Teo. Imiona chorwackie, bo jak mówił Milicić senior, takie musiały być ze względu na tradycję. Ale dom raczej polski, przynajmniej do pewnego czasu.

Bo Igor Milicić senior po karierze koszykarza zaczął inną – trenera. Najpierw tam, gdzie skończył z graniem, czyli w Koszalinie. Potem były Włocławek i Ostrów Wielkopolski. Z klubami trzy razy zostawał mistrzem Polski, był finalistą FIBA Europe Cup, dwukrotnie wygrywał Puchar i Superpuchar kraju. W 2021 roku – środku pracy w Ostrowie – postanowiono mianować go selekcjonerem naszej kadry.

Igor Milicić

Czasy dawne – końcówka sezonu 2012/13, Igor Milicić jeszcze jako zawodnik, w barwach AZS-u Koszalin. Fot. Newspix

Reklama

Jest nim do dziś i to z dobrymi efektami (choć były i słabsze chwile) – Polacy pod jego wodzą zajęli 4. i 6. miejsce na dwóch EuroBasketach, a aktualnie są o jedną wygraną od awansu na mistrzostwa świata, gdzie nasza obecność wcale nie jest oczywistością. Innymi słowy: Milicić senior się sprawdza.

A w kadrze coraz większą rolę odgrywa jego najstarszy syn. Środkowy z kolei był ważną postacią naszej młodzieżówki na mistrzostwach Europy do lat 20. Najmłodszy co do wyboru reprezentacji się namyśla, ale Polska jest jedną z opcji.

Niemniej: wychodzi, że co najmniej ojciec oraz dwóch synów się kadrze przysłuży. I to w dobry sposób.

Życie na walizkach

Koszykówka przyszła w zasadzie sama. Nie było żadnej rodzinnej presji, nic takiego. Bracia po prostu stwierdzili, że będą grać. Choć, wiadomo, to też nie tak, że mogli się od tego uwolnić. Igor junior wspominał tak przed rokiem, w rozmowie ze mną:

Reklama

– Tata nigdy nie pchał nas na treningi. Nie mówił, że musimy trenować koszykówkę. Samo tak wyszło. W domu mieliśmy kosz, do domu przychodzili koledzy taty z drużyny, potem też trenerzy. Oglądaliśmy wszystkie mecze, bo tata chciał patrzyć na przeciwników. Na telewizorze ciągle była polska liga albo Euroliga. Czasem też jego mecze. Była jakaś pora na telewizję dla mamy, a potem cały dzień koszykówki. Do tego miałem dwóch młodszych braci, oni też zaczęli grać i była rywalizacja. Najpierw ja przeciwko nim obu, potem jeden na jeden. Chyba jest tak, że jak jesteś otoczony tą koszykówką, to z tobą zostaje.

Igor junior grał najpierw w Koszalinie, gdzie wybijał się ponad rówieśników, a potem przeniósł się do Sopotu. Tam było różnie. Kluczowy okazał się rok 2018. Wtedy cała trójka braci trafiła do niemieckiego Ulm i tamtejszej, zresztą bardzo renomowanej, akademii. Igor junior miał wtedy 16 lat, a Niemcy stały się wtedy w pewnym sensie centrum życia całej rodziny.

– Dla mnie i braci wyjazd do Ulmu był strzałem w dziesiątkę. Bo dali tam szansę naszej trójce równocześnie. Ja miałem 16 lat, Zoki 12, a Teo 10. To się nie zdarza. Spędziłem tam trzy świetne lata, z wieloma supertrenerami. Oni otworzyli ten wielki ośrodek koszykarski. Mama wyjechała z nami, tata został w Polsce, to było duże poświęcenie z ich strony. To było bardzo pomocne, bo miałem swoją rodzinę w kraju, gdzie nie znałem języka, miałem dom, do którego mogłem wrócić, a mama bardzo dobrze gotuje – opowiadał.

Mama, Polka, gotuje w naszej kuchni, ale też po chorwacku. Bo i rodzina jest to w pewnym sensie wielonarodowa. Przede wszystkim polska, bo to z tym krajem są aktualnie najbardziej związani, ale też – po ojcu – chorwacka, a do tego mocno niemiecka, bo o ile Igor spędził tam trzy lata, o tyle Zoran i Teo są w Ulm po dziś dzień. Najstarszy z braci mówił mi, że w zasadzie „nie ma domu”, bo nawet w Polsce – ze względu na pracę ojca – zmieniali miejsca zamieszkania. Więc jego dom jest tam, gdzie rodzina, nie w konkretnym miejscu.

Reklama

Co do narodowości, sprawę stawiał jednak jasno: – Jestem Polakiem, jestem z tego dumny – stwierdził.

W Ulm Igor poznał o rok młodszego Jeremy’ego Sochana. Przez moment grali razem, zostali dobrymi kolegami. Traf chciał, że zadebiutowali nawet w reprezentacji Polski w jednym spotkaniu – wygranym meczu z Rumunią (88:81) w lutym 2021 roku. Sochan wtedy szalał na parkiecie, zdobył 18 punktów. Milicić zanotował znacznie spokojniejszy występ – do statystyk wpisał się dwoma punktami.

Jeremy niedługo potem poszedł wyżej, trafił do NBA. Igor w 2021 roku też wyjechał za Ocean

Zdecydował jeden moment

Trafił do Virginii i zaczął grać w NCAA, uniwersyteckich rozgrywkach. Choć „grać” to mocno powiedziane – wystąpił w 16 meczach, zdobywał średnio 2,1 punktu na spotkanie. Kilka lat później, w rozmowie z portalem Super Basket przyznawał, że w dużej mierze sam sobie na te słabe statystyki zapracował.

Reklama

– Do Virginii przyleciałem po świetnym okresie w Ulm, w Europie miałem już łatkę wyróżniającego się talentu, a przez to dość duże sportowe ego. Na pierwszym roku popełniłem sporo błędów, bo nie chciałem zmienić nastawienia do amerykańskiej gry. Po czasie widzę, że bez sensu stawałem do różnych rzeczy okoniem i ten bunt był zupełnie niewskazany. Trafiłem do zespołu i trenera, który tak pracując wygrał mistrzostwo dwa sezony wcześniej i owszem, miał na mnie pomysł, ale w systemie, który odbiegał od gry po mojemu. Do tego wszystkiego źle jadłem, przytyłem. Dużo rzeczy złożyło się na to, że w Virginii nie wyszło. Potrzebny był radykalny krok i świeży start – mówił.

Gdy rozmawialiśmy w zeszłym roku przed Eurobasketem, dodawał, że po prostu nie był wystarczająco dojrzały na wyprowadzkę na inny kontynent. Natomiast wyciągnął z tego lekcję, zmienił podejście i zaczął pracować w inny, lepszy sposób.

Na kolejne dwa sezony przeszedł do Charlotte 49ers. Tam wrócił do stabilnego rozwoju, a przed sezonem 2024-25 trafił do Tennessee, gdzie zaczęło się o nim robić całkiem głośno. Zresztą już w 2024 roku zaliczał pierwsze treningi z ekipami z NBA, ale jak sam przyznawał – wtedy chodziło o 2-3 ekipy, nie miałby szans w drafcie. Pojechał jednak na tak zwane workouty, bo chciał się przekonać, jak to wygląda, podpytywał też o nie Jeremy’ego Sochana.

Reklama

Całą tę wiedzę planował wykorzystać w 2025 roku. Wtedy ekip chętnych, by go zobaczyć, było już ponad 20. I co z tego wyszło? W zasadzie nic, bo okazało się, że czasem wszystko zależy od szczęścia albo – w tym przypadku – pecha.

– Cztery lata college’u miałem bez żadnych kontuzji. Potem przyszedł pierwszy [w 2025 roku] trening z drużyną z NBA, pierwszy drill, zrobiłem wsad i przy lądowaniu wrzuciłem się w jakąś rotację. Spadłem na kolano, wiedziałem, że coś się stało, ale mimo bólu dokończyłem trening. Wróciłem do hotelu, poszedłem się przespać dwie godziny, a jak wróciłem, to już nie mogłem chodzić – wspominał.

Boczną drogą do NBA?

Przez kontuzję ominęły go kolejne testy, ominął też EuroBasket (choć zjawił się w Polsce i przechodził badania). A że nie wybrano go w drafcie, to w dużej mierze przepadła szansa na angaż w NBA. Choć mimo wszystko podpisał kontrakt przygotowawczy z Philadelphią. Sixers chcieli go przetestować, zobaczyć, jak wygląda sytuacja. Igor senior, gdy rozmawialiśmy w tamtym okresie, mówił:

– Kontuzja na pewno ograniczyła zainteresowanie jego osobą. Przed urazem interesowało się nim 11 klubów, z czego sześć na poważnie – i co do draftu, i co do przyszłości w NBA. Śledzili go od dłuższego czasu. Natomiast ta kontuzja – mimo że nie jest poważna – odniesiona w niefortunnym czasie, przyczyniła się do tego, że to zainteresowanie poszło w innym kierunku. Ale Igor na tyle zrobił wrażenie, że w 76ers wierzą, że może im pomóc. Dostał tam szansę i to jest najważniejsze.

Reklama

Nie wypowiadał się za to na temat dalszego planu „gdy nie wyjdzie z NBA”, mówił, że to sprawa jego syna i agentów. On sam starał się do tego przesadnie nie wtrącać, choć gdy syn prosił, to udzielał rad. Ba, bywało, że gdy senior był w Stanach i oglądał treningi czy mecze Igora, to trenerzy z NCAA też podpytywali go, co sądzi nie tylko o własnym dzieciaku, ale ogółem o grze danego zespołu. Rozmawiali, wymieniali uwagi, dyskutowali.

Niestety, to też ostatecznie nie pomogło w dostaniu się do ligi. Milicić junior angażu nie dostał, więc na sezon 2025-26 zaczepił się w G League, na zapleczu NBA. Grał dla Delaware Blue Coats, czyli ekipy powiązanej ze wspomnianymi Sixers. W 32 meczach regularnego sezonu, w jakich wystąpił, notował średnio 7 punktów, 4,9 zbiórki i 0,9 asysty, grał po 18 minut.

Szału nie zrobił, wiadomo, ale w połączeniu z jego wzrostem (208 centymetrów), znaczną poprawą gry w obronie i faktem, że występować może tak naprawdę na trzech pozycjach, to ostatecznie całkiem mocne argumenty za tym, by kluby NBA chciały na niego zerkać.

Reklama

Jak się okazało – najczęściej zerkali przedstawiciele New York Knicks. To oni zaproponowali Igorowi kontrakt na występy w przedsezonowych meczach. Przekonamy się, czy Polak wykorzysta swoją szansę i zdoła się przebić. Jeśli nie, to najpewniej zostanie w G League, gdzie jednak z każdym rokiem trudniej będzie mu przeskoczyć do NBA – ma już w końcu 24 lata, a to całkiem sporo jak na to, by do najlepszej ligi świata wchodzić.

Niemniej: wciąż nie jest jej daleko. A kto wie – jeśli mu się uda, to może zagra w niej z braćmi?

Cichy rozwój. Co będzie z Zoranem?

Środkowy z nich, Zoran stoi nieco z boku. Tak to nazwijmy.

Co prawda Igor niezmiennie twierdził, że obaj młodsi bracia są lepsi niż on był w ich wieku, ale akurat Zoran miał problem z wyróżnieniem się. Grał, robił swoje, widać było, że ma potencjał. W Ulm przeskakiwał kolejne szczeble, choć w minionym sezonie nadal grał jednak tylko w rezerwach pierwszego zespołu. W kadrze Polski był ostatnio ważną postacią młodzieżówki do lat 20, sporo jej dał od siebie na mistrzostwach Europy. W nagrodę dostał też powołanie (wzbudziło to nieco kontrowersji, ale było zasłużone) do seniorskiej kadry.

Reklama

Innymi słowy: rozwija się. I jest coraz lepszy. Rok temu Igor mówił mi:

– Wiedzieliśmy od dawna, że mają spore talenty. Jak trenowaliśmy, to robili niektóre rzeczy lepiej. Ja byłem trochę wyższy, niż oni są teraz, gdy byłem w ich wieku. Natomiast to, co robią z piłką, jak manewrują, widzą kąty ataku… Mam nadzieję, że pomimo tej różnicy we wzroście, odnajdą swoje zalety i staną się lepszymi zawodnikami niż ja. To bym chciał zobaczyć najbardziej na świecie.

Młodszym pomagało to, że widzieli, co robił starszy. Jak trenował, pracował, ale też jakie błędy popełniał. Rok temu jeszcze ponoć nie wygrywali z nim gierek jeden na jednego, ale byli tego bliżsi niż kiedykolwiek wcześniej. Faktycznie jednak – wzrost może tu być problemem. Zoran, już 20-letni, raczej nie urośnie, a aktualnie ma oficjalnie wpisane 197 centymetry. Nie tak znowu dużo, choć da się zrobić karierę i przy takich warunkach.

Zoran Milicić

Reklama

– Zoki to jest scorer, ale taki kombo – gra 1-2, rzuca lewą ręką. Rzut mu się ustabilizował, myślę, że może być dobry. W swoim roczniku w Ulmie był jednym z lepszych zawodników – mówił Igor rok temu. Zoran potrzebuje jednak pójść wyżej, poprawić swoje mankamenty i wreszcie zrobić krok na wagę wejścia – najlepiej z przytupem – na seniorski poziom. Jeśli ten sezon nie będzie takim przełamaniem, może być trudno zrobić mu większą karierę. Z drugiej strony – solidne granie na przykład w polskiej lub podobnej do niej lidze, też może przynieść korzyści.

Choć Igor Milicić senior mówił mi rok temu, że plan jest inny – Zoran miał solidnie pograć w Europie przez rok albo dwa (jeśli dwa, to ten drugi będzie teraz), a potem spróbować swoich sił za Oceanem, w ślady najstarszego z braci.

Najmłodszy, a najlepszy. Teo podbije koszykówkę?

Tak naprawdę jednak wszyscy eksperci patrzą nie na Zorana, a na to, co zrobi ten najmłodszy – Teo.

To prawdopodobnie największy talent z tej trójki. Typowy rozgrywający, już teraz – a ma 18 lat – szykowany do tego, by być pierwszoplanową postacią w seniorskiej ekipie Ulm. Już w poprzednim sezonie zagrał w 15 spotkaniach Bundesligi i 10 EuroCupu, drugich co do ważności rozgrywkach europejskich. Świetnie rozumie koszykówkę, na poziomie „gdzie podać, jak podać, kiedy rzucić, a kiedy rozegrać”. Ma tę intuicję, ale też wielkie umiejętności – doskonale radzi sobie w indywidualnych akcjach.

Reklama

W Ulm siedzi od ośmiu lat, przeszedł przez całą tamtejszą akademię, która zrobiła z niego znakomitego koszykarza.

I w sumie dla Polski to problem. Bo na razie nie wiadomo, na jaką kadrę się zdecyduje. A kuszą go trzy: nasza, chorwacka i niemiecka, która jest opcją niezwykle atrakcyjną, bo to przecież aktualni mistrzowie świata. Jego ojciec powtarza, że nie będzie na syna wywierać żadnej presji, że to on ma zdecydować. W sumie słusznie – Teo przecież właściwie pół życia spędził w Niemczech, jeśli wybierze tę kadrę, trudno mieć o to do niego pretensje.

Niemniej: na ten moment zdaje się, że gdzie by nie zagrał, to będzie ważną postacią. I to na lata.

Choć, oczywiście, całkiem możliwe, że za niedługo okienko jego wyjazdów na kadrę drastycznie się ograniczy. Już na początku tego roku Teo brał udział w campie w Los Angeles, współorganizowanym przez NBA i FIBA. W lipcu był w Treviso, na podobnym wydarzeniu, znanym z tego, że wyłapuje się tam przyszłe gwiazdy. Jest właściwie pewne, że oko zawieszone mają na nim skauci z najlepszych college’ów w USA, ale pewnie i spora część tych z NBA. Tym bardziej, że – co podkreśla wiele osób – to typ lidera, który umie pociągnąć za sobą drużynę.

Reklama

Igor junior, gdy mi o nim opowiadał – a było to przecież rok temu – już był absolutnie zachwycony jego grą. Teo od tamtego czasu tylko się rozwinął, również fizycznie. Bo jest teraz w wieku, gdy może się na tym skupić, zagrożenie urazami z powodu choćby rośnięcia jest mniejsze. A, właśnie, wzrost jest nieco problematyczny – ma niespełna 195 cm – ale z drugiej strony przy grze w roli rozgrywającego nie powinno aż tak utrudniać mu to życia.

Możliwe, że za kilka lat pokaże to na parkietach NBA.

A jeśli tak, to kto wie, czy paradoksalnie ze względu na to nie postawi reprezentacyjnie na Polskę. Bo bracia zawarli kiedyś pakt – chcą zagrać razem w ekipie prowadzonej przez ich ojca. Tyle że wiekowo nieco się rozjeżdżają, do tego ścieżki ich karier też idą w różne strony, no to… może reprezentacja właśnie? Nikt w Polsce pewnie by trójką Miliciciów, o ile z karierą któregoś z nich nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, nie pogardził. Tym bardziej, że Igor już staje się istotną postacią tej reprezentacji, a Zoran swoje pokazał w młodzieżówce.

Reklama

Gdyby dołączył do nich i Teo, mogliby naprawdę stanowić o sile naszego basketu. Jak jednak będzie – przekonamy się. Podobnie jak zobaczymy, czy Igor wytyczy braciom szlaki za Oceanem aż do tego ostatniego przystanku w NBA.

Dla niego to być może najważniejsze tygodnie jego koszykarskiego życia. Mogą zdecydować o tym, co dalej z karierą Igora. Bracia pewnie mocno trzymają kciuki. Tak jak Igor za nim.

Fot. Newspix

Reklama
4 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Boks

Michał Cieślak mistrzem świata w boksie! Pas dostał… bez walki

Sebastian Warzecha
9
Michał Cieślak mistrzem świata w boksie! Pas dostał… bez walki