23 lata i… wystarczy? Czy Amerykanin w końcu wygra Szlema?

Sebastian Warzecha

13 września 2026, 16:26 • 7 min czytania 0

Reklama
23 lata i… wystarczy? Czy Amerykanin w końcu wygra Szlema?

Andy Roddick na US Open 2003. Wielki talent, świetny serwis, znakomite granie. Wróżono mu wiele Szlemów, wygrał tylko tego jednego. A potem? Potem żaden Amerykanin nie poszedł w jego ślady. Wygrywały Amerykanki – i to wygrywały mnóstwo – ale u mężczyzn do dziś trwa posucha. Czy Ben Shelton, który zagra dziś w finale US Open, może ją przełamać?

Reklama

Wielki Szlem nie dla Amerykanów. Czy to się zmieni?

Andy Roddick wciąż czeka na kolejnego

Wydawał się kandydatem idealnym do tego, by wygrać więcej.

Piekielnie mocny serwis podpierał świetną grą w korcie. Nie był może najszybszym czy najbardziej wygimnastykowanym zawodnikiem (ale też nie odstawał od normy), natomiast znakomicie umiał ustawić sobie wymiany pod swoją grę. Jeszcze przed triumfem w US Open był w półfinałach w Australii i Wielkiej Brytanii. Wygrana w Nowym Jorku była zapowiadana, można było się spodziewać, że do takiej dojdzie.

Trafiło zresztą w idealny moment – ze sceny rok wcześniej ostatecznie zszedł Pete Sampras. Andre Agassi wygrał co prawda Australian Open 2003, ale już ten triumf był zaskakujący i oczywistym było, że zostało mu ledwie kilka sezonów. Andy Roddick wstrzelił się więc w czas, gdy miał stać się następcą tej dwójki. Zresztą zawodników z potencjałem było w tamtym okresie więcej, ale to Andy – w chwili triumfu w Nowym Jorku ledwie 21-letni – szybko okazał się najlepszym z nich.

Reklama

I ten potencjał miał – wygrał przecież w karierze 32 turnieje, do tego był w 20 finałach. Tyle że miał też kilka problemów.

Tym największym była konkurencja. Trafił Roddick na czasy – choć jeszcze nic tego nie zwiastowało – w których stawka szybko ograniczyła się w zasadzie do dwóch zawodników: Rogera Federera i Rafy Nadala. W 2004 i 2005 roku dało się tam jeszcze wkręcić – zrobili to Gaston Gaudio i Marat Safin – ale w latach 2006-2008 Rafa i Roger zgarnęli 11 z 12 Szlemów. Ten jeden jedyny, który im ktoś wyrwał to Novak Djoković, jeszcze nie tak wielki, ale jak miało się okazać – też geniusz tenisa.

Potem był jeszcze Juan Martin del Potro (US Open 2009), a w 2010 roku powrót do duopolu (ze wskazaniem na Rafę, który wygrał trzy turnieje wielkoszlemowe). Ten 2010 rok to też ostatni z Roddickiem w TOP 10 rankingu na koniec sezonu. Dwa lata później skończył karierę.

Reklama

Karierę, która naznaczona była głównie przez Federera. Grali ze sobą 24 razy, Andy wygrał trzy z tych meczów. Czterokrotnie rywalizowali w finałach wielkoszlemowych – i w nich zawsze górą był Roger (rozpaczliwie wręcz blisko był Roddick na Wimbledonie 2009). Nie mógł Andy od Federera uciec, nie był w stanie. Okazało się, że ten starszy o rok Szwajcar to geniusz, mistrz, niezwykły tenisista. A Andy był wspaniałym zawodnikiem, ale jednak o poziom niżej. W innych czasach mógłby mieć ze cztery czy pięć Szlemów.

W tych, w których grał, skończył z jednym.

Pewnie nie spodziewał się, że będzie to też Szlem ostatni amerykański szlem w męskim singlu. W deblu przecież wpadło ich mnóstwo, bo rządzili tam bracia Bryanowie, świetnie grał też Jack Sock i kilku innych zawodników. U kobiet siostry Williams robiły swoje, wspierane czasem przez inne zawodniczki, a ostatnio pałeczkę zaczęła przejmować Coco Gauff, do tego wpadł też turniej Madison Keys. Kobiecy debel też widział pewne sukcesy, podobnie mikst. Tylko ten męski singiel, tylko on odstaje.

Ale może właśnie na US Open 2026 się to zmieni?

Reklama

Ben zrobi, czego zrobić nie potrafili inni?

Wymieniać można graczy solidnych, ale takich, co nigdy w finale Szlema nie zagrali. James Blake (trzy ćwiercfinały) czy Mardy Fish (trzy ćwierćfinały) to gracze współcześni Roddickowi. Potem był na przykład John Isner, straszący swoim podaniem, który zagrał w półfinale Wimbledonu. Frances Tiafoe na tym US Open po raz drugi znalazł się w 1/2 finału i po raz drugi na niej się zatrzymał.

I wychodzi, że po US Open 2003, po triumfie Roddicka, w finałach Szlemów grali tylko sam Andy, Andre Agassi (US Open 2005, Federer był lepszy), a potem długo, długo, naprawdę długo nikt. Dopiero Taylor Fritz przełamał tę słabą serię, gdy przed dwoma laty dotarł do meczu o tytuł w Nowym Jorku. Tyle że tam nie postawił się Jannikowi Sinnerowi, Włoch nie stracił nawet seta.

Ameryka więc wciąż czeka.

Możliwe, że na Bena Sheltona. On wielką nadzieją tamtejszego tenisa stał się już trzy lata temu, bo zagrał wówczas w półfinale, właśnie w Nowym Jorku. Miał wtedy Ben niespełna 21 lat, przebojem wdarł się do szerokiej czołówki rankingu ATP. Był wcześniej – w ledwie drugim występie wielkoszlemowym – w ćwierćfinale w Australii. Już po US Open wygrał turniej w Tokio, w następnym sezonie triumfował w Houston.

Reklama

Co jakiś czas notował znakomite rezultaty. A to wygrany turniej, a to dobry wynik w Szlemie. Wciąż jednak falował. Grał trochę straceńczo, często ofensywny tenis brał górę nad zdrowym rozsądkiem. Miał też problemy, gdy dyspozycja serwisowa go zawodziła, brakowało mu trochę planu B czy C. Wydaje się jednak, że w tym sezonie powoli zaczął składać te klocki tak, jak powinny być złożone.

Jest bardziej kompletny, to na pewno. Lepiej rozumie, co zrobić w wymianie, by sobie pomóc, a nie tylko próbować ją wygrać od razu. Podanie ma, zdaje się, bardziej regularne – i nie tylko pierwszy, ale i drugi serwis. Jego niezwykła atletyczność połączona została z dobrym zrozumieniem tenisowej taktyki. A do tego – o czym nie można zapomnieć – miał Ben trochę szczęścia, któremu sam sobie dopomógł.

Bo jest to sezon szans. Z jednej, na Roland Garros, skorzystał Alexander Zverev, gdy wygrał turniej nie musząc grać z Jannikiem Sinnerm czy Carlosem Alcarazem. Shelton w Nowym Jorku rywalizował z tym drugim, wygrał po znakomitej pięciosetówce. Nie był to jednak Carlos jeszcze w pełni sił, wracał po kontuzji, a i tak zagrał fenomenalnie. Amerykanin musiał się namęczyć, ale tę wojnę nerwów wygrał i chwała mu za to.

Reklama

W nagrodę teraz, w meczu o tytuł, nie zagra z żadnym z tej dwójki, a właśnie z Alexandrem Zverevem.

Paradoksalnie to może tylko powiększyć presję. Bo Ameryka czeka, a bilans tej rywalizacji ma Shelton fatalny. 0:5. Wszystkie mecze przegrane. Ugrany jeden set (choć kilka przegrywał w tie-breakach). Do tego dochodzą nerwy związane z pierwszym takim finałem, przed własną publiką, na tym wielkim korcie. Wiele zależy od tego, czy Ben zdoła je opanować. Zverev pewnie to zrobi – kiedyś miał z tym problem, ale ten pierwszy wygrany finał chyba mu dopomógł (choć i tak nie tak wiele brakowało, by zawalił sprawę) – więc to na barkach Sheltona spocznie ciężar utrzymania swoich emocji w ryzach.

Pytanie brzmi więc: czy Ben jest gotów? Czy za krokiem jednym – wejściem do finału – postawi od razu drugi i wygra tytuł?

Jeśli nie, to ta paskudna dla USA seria zostanie podtrzymana… choć nie tylko oni mają problem.

Reklama

Organizatorzy Szlemy wygrywają rzadko

Federacje, które organizują turnieje wielkoszlemowe są najbogatsze. Regularnie posyłają w świat kolejnych tenisistów i tenisistki, które wkradają się do setki czy nawet dziesiątki rankingów. Mają znakomite szkolenie, świetne warunki i tak dalej. A mimo to w zasadzie zdaje się, że po prostu trudno im te Szlemy wygrywać. Amerykanów, owszem, ratuje WTA – siostry Williams, Coco Gauff, Madison Keys, Sloane Stephens, a wcześniej Lindsay Davenport czy Jennifer Capriati.

To są jakieś wyniki. O męskiej stronie już jednak pisaliśmy. Natomiast pozostała trójka?

W XXI wieku – od 2001 roku – wygląda to tak:

  • Australia – sześć tytułów: u mężczyzn na początku wieku wygrywał Lleyton Hewitt (US Open 2001 i Wimbledon 2002). U kobiet Sam Stosur (US Open 2011) i trzykrotnie Ash Barty (Roland Garros 2019, Wimbledon 2021 i Australian Open 2022).
  • Francja – trzy tytuły: u mężczyzn bez choćby jednego (czekają na wygraną od Yannicka Noah na Roland Garros 1983!). U kobiet wygrywały Amelie Mauresmo (Australian Open i Wimbledon 2006) oraz Marion Bartoli (Wimbledon 2013).
  • Wielka Brytania – cztery tytuły: u mężczyzn trzy, wszystkie Andy’ego Murraya (US Open 2012, Wimbledon 2013 i 2016). U kobiet jeden – sensacyjna wygrana Emmy Raducanu w US Open 2021.

Ze wszystkich tych postaci w tenisa nadal gra jedna – Emma Raducanu. Reszta jest emerytowana i w zasadzie nie widać wielkich nadziei. Aktualnie po prostu trudno wskazać kogokolwiek z tych trzech krajów, kto miałby zgarniać singlowe tytuły.

Reklama

Najwyżej notowaną osobą z Australii w rankingach ATP czy WTA jest Alex de Minaur (ATP 9), który jednak nie jest tenisistą na wielkoszlemowe triumfy (jest za to bardzo regularny na co dzień, co też warto docenić). Francuzi mają Arthura Filsa, który jest 11. i ma spory potencjał, ale jeszcze nie na miarę wygrywania najważniejszych tytułów. Brytyjczycy? Nie mają nikogo, kto byłby w Szlemach rozstawiony! Najwyżej znajduje się bowiem 36. na świecie Arthur Fery.

Patrząc na to tło, statystyki Amerykanów prezentują się znakomicie.

W TOP 20 rankingu ATP jest ich sześciu. Ben Shelton po US Open będzie 4. na świecie. U kobiet 3. jest Jessica Pegula, a 4. Coco Gauff. Za nimi też jest sporo rodaczek notowanych stosunkowo wysoko.

Szlemy w XXI wieku? U mężczyzn, wiadomo, niewiele – wygrywali Andre Agassi (Australian Open 2001 i 2003), Pete Sampras (US Open 2002), no i Andy Roddick (US Open 2003). Czyli cztery, wiekowe, ale jednak, tytuły. No a potem są zawodniczki. Serena Williams w XXI wieku wrzuciła 22 ze swoich 23 tytułów. Venus Williams 5 z 7. Do tego trzy Szlemy ma Jennifer Capriati, dwa Coco Gauff, a po jednym Sloane Stephens, Sofia Kenin i Madison Keys.

Reklama

Łącznie? 39 Szlemów, tylko w XXI wieku.

Natomiast jako się rzekło: u mężczyzn wypada to blado. I choć Amerykanie czekają na kolejny taki tytuł o 20 lat krócej niż Francuzi, to jednak pewnie nie mieliby nic przeciwko temu, by ta zła passa po ponad dwóch dekadach została wreszcie przerwana.

Tu już jednak wszystko zależy od Bena Sheltona.

Reklama

Fot. Newspix

0 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Szok w Hiszpanii. Z klubu wyrzucony prezes, trener i wielu innych

Kacper Korpak
0
Szok w Hiszpanii. Z klubu wyrzucony prezes, trener i wielu innych

Inne sporty

Reklama