Tylko Real Madryt wie, jak przegrał ten mecz

Sebastian Warzecha

04 września 2026, 23:32 • 6 min czytania 18

Reklama
Tylko Real Madryt wie, jak przegrał ten mecz

Real Madryt nie lubi grać z Realem Betis. To w ostatnich sezonach jak najbardziej prawdziwe stwierdzenie. Ostatni raz Królewscy wygrali na terenie tego rywala w sierpniu 2021 roku. A potem już się nie udawało – niezależnie od tego, czy mieli w meczu przewagę, czy dostawali sporo szans, czy statystycznie byli lepsi – triumfów nie było. Doszło kolejne potwierdzenie tego trendu. Gracze ze stolicy Hiszpanii sytuacji mieli multum. A gola – ani jednego.

Reklama

Real Madryt miał wszystko w swoich rękach. I przegrał

Nadzieję na wygranie kolejnego starcia z Betisem Los Blancos mogli upatrywać w swojej dobrej formie – wygrali trzy pierwsze ligowe mecze, z czego dwa ostatnie w bardzo dobrym stylu, średniej dyspozycji Realu Betis, który solidnie oberwał niedawno od Levante (5:2 dla ekipy z Walencji) i wreszcie w tym, że zmienił się stadion. Obie ekipy grały bowiem nie na Benito Villamarin, a na La Cartuja, co związane jest z tym, że Betis buduje nowy obiekt.

Jednak, jak się okazało, niezależnie gdzie w Sewilli ekipa gospodarzy podejmuje Królewskich, niezależnie, kto jest trenerem Realu Madryt, to Madrytczycy po prostu Manuela Pellegriniego i jego ferajny pokonać nie potrafią. A tym razem w dodatku nie wywalczyli nawet punktu.

Choć sprawę rozstrzygnąć mogli – czy wręcz powinni – już w pierwszej połowie.

Reklama

Potworna nieskuteczność. Real marnował, co się dało

Ostatnie dwa mecze dały fanom Królewskich nadzieję na to, że jednak z tym strzelaniem goli nie będzie tak źle, jak to pokazało potencjalnie otwarcie sezonu z Espanyolem. Mecz z Betisem z kolei zasugerował, że mogą być i takie, gdy będzie fatalnie. Piłkarze Królewskich co najmniej dwa razy strzelali na w zasadzie pustą bramkę. Mieli karnego. Kilkukrotnie znakomicie wychodzili do główek po rzutach rożnych.

A piłka do bramki wpadła raz. I to akurat w akcji, w której był spalony – i to we wcześniejszej fazie, jeszcze przed kluczowymi podaniami.

Reklama

Natomiast nie można Realu ganić tylko za niewykorzystane sytuacje. Vinicius przez zdecydowaną większość spotkania grał fatalnie. Fakt, że jest to taki gość, który może odmienić losy spotkania w końcówce… i mało brakowało, by to zrobił. Najpierw to po jego asyście fenomenalnym uderzeniem popisał się Carlos Espi. Ale wcześniej to właśnie młody Hiszpan spalił, niestety dla Królewskich. A potem Vinicius był w polu karnym faulowany.

Do karnego podszedł Kylian Mbappe, tego wieczoru nieskuteczny jak właściwie nigdy (?). To piłkarz, który z tym zdobywaniem bramek miewa problemy, czasem potrzebuje kilku okazji. Ale zwykle w końcu trafia. A z Betisem? Dwa razy ustrzelił obrońców, gdy tylko oni zagradzali mu drogę do bramki (zresztą tu Vinicius powinien mieć asystę). Kilka razy wikłał się w dryblingi zamiast spróbować strzału. Z karnego uderzył tak, że Alvaro Valles bez problemu ją odbił.

Można, oczywiście, dyskutować, czy jedenastka nie powinna być powtórzona (wydaje się, że nie) przez wbiegnięcie w jedenastkę gracza Betisu, który wybił piłkę na korner.

Reklama

Można. Ale to niewiele zmienia – bo patrząc na formę i Mbappe, i znakomitego Vallesa, któremu trzeba wręczyć nagrodę MVP, to ten drugi pewnie i powtórkę by obronił. A nawet jeśli nie, to Królewscy zyskaliby tylko punkt.

Fani Los Blancos mogą też tworzyć listę tych, którzy nie powinni wybiec w składzie na kolejny mecz i tych, co powinni zdecydowanie. No więc: na pewno Vinicius, na początku sezonu momentami wprost beznadziejny, nawet jeśli zaliczy jedną czy dwie udane akcje. Na pewno nie Fede Valverde, do którego wrócimy. I nie Eduardo Camavinga, choć on akurat w środku tygodnia, w Lidze Mistrzów zagrać nie może – jest zawieszony.

A kto z ławkowiczów do składu powinien wskoczyć? Pewnie Carlos Espi, którego wejście omal nie odmieniło meczu. Młody Hiszpan ma być „nowym Joselu” i już się znakomicie w tej roli wynajduje. Przy golu miał pecha, wcześniej spalił sytuację wystawioną nogą. A potem doskonale odnalazł się po rożnym, ale w zasadzie wszystkie strzały albo odbijał Valles, albo muskały poprzeczkę (czy spojenie, to akurat sytuacyjne uderzenie Mbappe).

Reklama

Obecnie bowiem Espi na pewno da więcej od Viniciusa… a być może i od Mbappe, jeśli ten będzie tak „skuteczny”…

Prawda jest jednak taka, że z ofensywnej formacji Realu chwalić można było w zasadzie tylko Ardę Gulera, ale ten – z powodu żółtej kartki na koncie (mógł nawet wylecieć z boiska z dwoma żółtymi) – zszedł stosunkowo szybko.

Reszta ferajny nie dojechała.

Betis wycierpiał swoje. W nagrodę wygrał

Real Betis długimi momentami grał mądrze, nieźle utrzymywał się przy piłce, szukał swoich okazji. Miał ich zresztą kilka, ale ze dwa razy dobrze czuwał Thibaut Courtois, a świetnie pracowali też czy to Dean Huijsen (znakomity), czy Ibrahima Konate. Natomiast liczba sytuacji gości i tak sprawiała, że Królewscy powinni ten Betis ograć. I to może nawet zamykając już sprawę w pierwszej połowie.

Reklama

Los Verdiblancos mieli jednak znakomitego Vallesa, bardzo dobrze dysponowanych Hectora Bellerina, Natana czy Diego Llorente (choć ten musiał zejść z powodu urazu głowy już w pierwszej połowie), a nawet niezłego Frana Garcię, grającego przeciwko swojej byłej już ekipie, a także to, co być może najważniejsze w tym wszystkim.

Mnóstwo szczęścia.

Bo Betis przecierpiał, co miał przecierpieć. Udało mu się jakimś cudem nie stracić bramki. A potem sam zagroził Realowi ze stałego fragmentu gry. Pierwszy strzał jeszcze świetnie, na refleks odbił Thibaut Courtois, ale piłkarze gości kompletnie zgubili idącego na dobitkę Troya Parrotta, a ten pewnie trafił do siatki. Konkretnie zgubił go Fede Valverde. Kapitan Realu był fatalny, kompletnie niewidoczny, schowany, właściwie nie było go w grze.

Reklama

Troy Parrott to piłkarz, który debiutował w Tottenhamie u Jose Mourinho. Po kilku latach przypomniał się Portugalczykowi.

Valverde na domiar złego najpierw złamał linię spalonego, a potem nie upilnował swojego rywala. Stać go było tylko na podniesienie ręki w górę, ale nie trzeba było nawet analizy VAR, by widzieć, że nic z tej próby wyratowania się nie będzie.

Valverde chwilę później nie było na boisku.

Reklama

Była za to jedynka po stronie Betisu na tablicy wyników, a zero po stronie Królewskich. I tak zostało do końca.

Jose Mourinho zaliczył więc pierwszą porażkę w swojej drugiej kadencji w roli trenera Realu i pytaniem pozostaje, jak na to zareaguje – czy, jak dawniej, odważy się posadzić którąś z gwiazd? Czy mocniej postawi na Espiego? Czy dokona roszad? Czy też uzna, że to po prostu taki dzień, gdy nic nie chciało wpaść i raczej niczego nie zmieni. Bo przecież biorąc pod uwagę statystykę goli oczekiwanych, Real Madryt powinien wygrać ten mecz i to 3:1.

I tylko jego piłkarze – choć nie wszystkich można winić – wiedzą, jak tego nie zrobili.

Real Betis – Real Madryt 1:0 (0:0)

  • 81′ Parrott – 1:0
Reklama

Fot. Newspix

18 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Ameyaw się pożegnał. „Wiele rzeczy pozostaje dla mnie niezrozumiałych”

Jan Broda
6
Ameyaw się pożegnał. „Wiele rzeczy pozostaje dla mnie niezrozumiałych”
Piłka nożna

Polska i Ukraina zorganizują mistrzostwa świata? Rząd ma plan!

Jan Broda
30
Polska i Ukraina zorganizują mistrzostwa świata? Rząd ma plan!

La Liga

Reklama