Siatkarki zrobiły swoje. Jest ćwierćfinał mistrzostw Europy!

Sebastian Warzecha

31 sierpnia 2026, 20:32 • 4 min czytania 2

Reklama
Siatkarki zrobiły swoje. Jest ćwierćfinał mistrzostw Europy!

Po znakomitej wygranej nad obrończyniami tytułu, czyli Turcją – nawet jeśli nasze siatkarki sugerowały, że przeciwniczki nieco się podłożyły – podskoczyły oczekiwania wobec występu Biało-Czerwonych na mistrzostwach Europy. Ten cel minimum na ten moment to półfinał. Pierwszym krokiem, by do niego wejść, było starcie z Portugalią, w 1/8 finału. W teorii – spokojna wygrana. W praktyce wyszło, że rywalki potrafiły się postawić.

Reklama

Siatkarki w trzech setach. Są w ćwierćfinale

Portugalia? Zdecydowanie kraj, w którym siatkówka dopiero się rozwija. Dość napisać, że to kadra, która w mistrzostwach Europy zadebiutowała w 2019 roku. Szału nie zrobiła, zajęła ostatnie miejsce – w pięciu meczach grupowych wygrała jednego seta. W 2021 i 2023 roku na tej imprezie Portugalek z kolei zabrakło. Teraz – po siedmiu latach od debiutu – widać jednak, że nastąpił w reprezentacji Portugalii pewien postęp. W grupie zawodniczki z Półwyspu Iberyjskiego po trzech porażkach na start, niespodziewanie pokonały Hiszpanki oraz Rumunki – te ostatnie po zaciętym, pięciosetowym starciu.

W efekcie wyszły do fazy pucharowej. Z ostatniego możliwego miejsca, wiadomo więc było, że Turczynki lub Polki – zależnie od tego, która z tych ekip wygra grupę – będą miały dość łatwe zadanie. Padło na Polki.

Czy było to jednak faktycznie tak łatwe zadanie? W zasadzie połowicznie. Owszem, grały nasze zawodniczki tylko trzy sety, ale w chociaż jednym z nich potrafiły się rywalki postawić. Bo dwa pierwsze wielkiej historii nie miały – owszem, może na początku było nieco walki, zaciętych wymian, jednak Polki ostatecznie spokojnie odjeżdżały, bo po prostu każdy element siatkarskiego rzemiosła mamy wyćwiczony lepiej. To najprostszy opis tej sytuacji, jaki da się znaleźć, a równocześnie – po prostu prawdziwy.

Polska jest zespołem lepszym i dlatego wygrała. Koniec. Kropka.

Reklama

Nasze siatkarki wygrały w dodatku, mimo że nie grały idealnie. Widać było, że to nie dyspozycja z meczu z Turcją, czy nawet z wcześniejszych – ze Słowenią i Niemkami. Przydarzały się błędy, brakowało pewności na przyjęciu i w rozegraniu. Tyle tylko, że nie był to mecz, w którym takie problemy mogłyby Polkom na dłuższą metę zaszkodzić. Wiadomo, zawsze istnieje obawa, że zespół, który już „nic nie musi, bo przekroczył oczekiwania” może okazać się groźny. Ale to nie była ta historia.

No, poza jednym setem. Bo w trzeciej partii Portugalki faktycznie były bliskie wygrania seta… a wręcz powinny go wygrać. Już na starcie wypracowały bowiem sześciopunktową przewagę. Tyle tylko, że od razu ją straciły. Natomiast okazał się to moment, gdy były w stanie dobrze popracować zagrywką czy blokiem i to – może zbyt mocno rozluźnione? – Polki zaskoczyło. Rywalki odskoczyły więc najpierw na trzy punkty, a potem, gdy Biało-Czerwone odrobiły straty i wyszły na prowadzenie (16:15), zdobyły pięć punktów z rzędu.

Reklama

Ze stanu 16:20 wyjść nie jest łatwo, ale jeśli coś można Polkom  oddać na tym turnieju, to że nawet gdy nie grają najlepiej, potrafią ogarnąć temat w końcówkach. I tu tak właśnie było – lepiej popracowały w obronie, dołożyły w zagrywce (Maja Koput zaskoczyła rywalki asem) i zrobił się remis. Portugalki walczyły, wciąż prowadziły grę, ale zawodniczki Stefano Lavariniego ostatecznie przebiły się przez ich obronę. I seta wygrały bez potrzeby gry na przewagi.

A cały mecz 3:0.

Reklama

Teraz czeka je starcie z Holandią, która dziś miała niespodziewanie duże problemy ze Słowenią (wygrana 3:2), ale stanowić powinna znacznie większe zagrożenie czy to od Portugalii, czy właśnie od Słowenek, z którymi Polki grały w grupie. Ten mecz w czwartek, a stawką jest awans do fazy medalowej mistrzostw Europy. Stamtąd już krok do tego, by po latach znów stanąć na podium tej imprezy.

Polska – Portugalia 3:0 (25:18, 25:17, 25:23)

Fot. Newspix

2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama