Iga Świątek idzie jak burza. Dziewiąty wygrany mecz z rzędu

Patryk Idasiak

19 sierpnia 2026, 18:51 • 4 min czytania 4

Reklama
Iga Świątek idzie jak burza. Dziewiąty wygrany mecz z rzędu

Iga Świątek nie zatrzymuje się po wygranym turnieju w Toronto. Nieźle jej idzie także w Cincinnati, gdzie odprawiła już trzecią rywalkę. Najlepsze momenty prezentowała w obu środkowych częściach seta. Było trochę błędów, brak konsekwencji – zwłaszcza w pierwszym secie – ale generalnie dość łatwo poradziła sobie z Diane Parry (6:3, 6:3) i jest w ćwierćfinale turnieju WTA 1000. 

Reklama

Świetny moment Świątek w środku seta, a potem to dociągnęła

Świątek przegrała od razu podanie, ale potem szybko odłamała po podwójnym błędzie przeciwniczki. W kolejnym gemie skorzystała m.in. z prostego błędu forhendowego i w kluczowym momencie zdobyła dwa punkty.

Dało się zauważyć, że zdecydowanie lepiej forhendy wychodziły Idze Świątek. Momentami Parry była bezradna. Polka kompletnie nic nie robiła sobie ze slice’ów i czasami jak zaatakowała, to Francuzka mogła tylko patrzeć. Grała coraz pewniej i gema serwisowego na 4:1 wygrała nawet na sucho. W tamtym momencie wyglądało to bardziej tak jakby odbijała z jakąś ośmioletnią kuzynką. „100:0, młoda, gramy dalej?”

Nawet kiedy wydawało się, że Parry ma pewny punkt, to Iga popisała się taką obroną, że piłka minimalnie trafiła obok linii, a rywalka była nie do końca pewna, czy ją w ogóle odpuszczać. Ogólnie bardzo swobodnie w tym momencie seta grała Świątek, z łatwością uderzała wygrywające forhendy przy liniach.

Trochę jednak pojawiło się niepokoju, bo Diane Parry była jeszcze w stanie przełamać Polkę, a następnie z łatwością ugrać gema przy swoim podaniu. Świątek sporo musiała odbijać slice’em i zaczęła popełniać więcej błędów – raz perfekcyjnie ganiała Parry po korcie, żeby nie trafić forhendem.

Reklama

Francuzka dobrze broniła piłki setowej, zaatakowała udaną kontrą w linię, ale Świątek to jakoś po męczarniach (i sporo pudłując) dociągnęła. W ważnych momentach mocno brakowało pierwszego serwisu. Wreszcie posłała taki dość zaskakujący, nie w swoim stylu, z rotacją i wygrała 6:3.

Znów Świątek rozkręciła się w środku seta

Znów Świątek rozpoczęła od przegranej partii, ale tym razem nie serwisowej. Ważny moment nastąpił w trzecim gemie, kiedy Francuzka spudłowała w banalnej sytuacji, gdy trzeba było walnąć smecza, czyli mając w zasadzie pewny punkt – była to piłka na 0:30. Przegrała potem kolejną i Polka miała aż trzy możliwe break pointy. Wykorzystała ten ostatni – ładnym, wyrzucającym rywalkę forhendem. To był zdaje się kluczowy moment meczu – łatwa piłka na 15:15 zamieniła się w 0:30, a potem nerwy dorzuciły swoje na 0:40.

Znów powtórzyła się ta sama sytuacja – Iga największy luz i pewność złapała w środku seta, najpierw wygrywając na sucho swój serwis, a później wykorzystując kluczowe piłki przy stanie 30:30 – identycznie wygrała cztery kolejne gemy po pierwszym przegranym, a potem nawet dołożyła jeszcze piątego, szybciutko w czterech piłkach wygrywając serwis. Prowadziła 5:1.

Panie ciągle, w zasadzie non stop grały do forhendu. Bardzo rzadko oglądaliśmy jakikolwiek mocny bekhend. Jak już było tak naprawdę blisko, bliziuteńko winnera, to Parry to sięgnęła i Polka i tak musiała poprawiać forhendem.

Reklama

Kiedy już się szykowaliśmy do wyłączenia telewizora, to Parry się przebudziła. Stwierdziła: „A walić to, pouderzam sobie mocno”. Też zaczęła ładnie rozprowadzać akcje, a przy tym jeszcze korzystała na błędach Świątek. Polka po 1h i 19 minutach miała pierwszego match pointa, ale Francuzka huknęła jak z armaty i naprawdę efektownie się obroniła. To ją napędziło – Iga dorzuciła podwójny błąd, potem Parry cudowny return i „przeżyła”.

Nie miała już nic do stracenia i kiedy mogła, to potrafiła przywalić efektownie i ryzykownie. Stosowała też bardzo dużo rotacji. Tym razem jednak Świątek nie powtórzyła błędu z pierwszej partii i była cierpliwa. Bardzo długą wymianę wygrała i miała dwie meczówki. Obie zmarnowała…

W zasadzie chyba takie wzajemnie najlepsze wymiany obie panie zostawiły na koniec. Zobaczyliśmy sporo gry technicznej, kątowej, cierpliwej. W końcu jednak Parry nie trafiła bekhendem i czwarta piłka meczowa była tą ostatnią.

Reklama

 

Dodajmy, że w Cincinnati grały też Magdalena Fręch i Maja Chwalińska. Ta pierwsza zatrzymała się na trzeciej przeszkodzie, odpadając z Jeleną Ostapenko, a Chwalińska przełamała niemoc i wreszcie – po czterech porażkach – wygrała pierwsze spotkanie. Potem jednak udanie za French Open zrewanżowała się jej Diana Sznajder.

Fot. Newspix

Reklama
4 komentarze
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama