Górnik znów grał efektownie. I znów nie awansował

Sebastian Warzecha

13 sierpnia 2026, 21:11 • 5 min czytania 46

Reklama
Górnik znów grał efektownie. I znów nie awansował

Górnikowi zabrakło paliwa. Grał efektownie, świetnie pressował, szybko odbierał piłki, tworzył sobie sytuacje. I tak przez dużą część meczu, tyle że w tym czasie padła tylko jedna bramka dla Zabrzan – i to z karnego. A potem Ferencvaros wyrównał, korzystając z tego, że piłkarze gospodarzy nieco opadli z sił. I tyle wystarczyło, by Górnik z Ligi Europy odpadł. 

Reklama

Górnik Zabrze efektowny, ale awansu z tego nie ma

W sezonie 2018/19 Górnik Zabrze wygrał dwumecz z mołdawskim FC Balti (wtedy pod nazwą Zaria) w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Europy. W kolejnej rundzie przegrał i do tego sezonu nie grał po raz kolejny w Europie. Mecz z Mołdawianami, u siebie, był więc ostatnim, w którym Górnik okazał się lepszy od rywali w europejskich pucharach, bo z Fenerbahce, w tegorocznych eliminacjach Ligi Mistrzów, choć zostawili po sobie świetne wrażenie, to na wyjeździe przegrali, a u siebie – zremisowali.

Niemniej: to był naprawdę dobry występ Górnika, momentami wydawało się nawet, że może Turków skarcić. Tak więc dziś – mimo że na wyjeździe przegrali 0:1 – wszyscy fani Zabrzan przyszli na stadion lub zasiedli przed telewizorami z wielką wiarą w swój zespół.

Bo potrafi grać Górnik ofensywnie. Potrafi naciskać na rywali. Potrafi grać świetnie, pressować, prezentować widowiskowy futbol. Oczywistym było, że jeśli wszystkie te założenia polska ekipa wypełni w meczu z Węgrami, to może awansować dalej, pozostać w walce o Ligę Europy. Ale też po prostu: w końcu przejść jakiegoś rywala, po tych siedmiu latach przerwy. I to w dodatku rywala całkiem solidnego, nie pierwszego lepszego słabeusza do zbicia.

Reklama

Wszystko to tworzyło wielką atmosferę wyczekiwania. Ale czy warto było czekać?

Pierwsza połowa? Bardzo dobra

11-4 w strzałach, duża też przewaga w statystyce goli oczekiwanych – w zasadzie pełna dominacja. Tak to wyglądało w wykonaniu Górnika w pierwszych 45 minutach. Zabrzanie robili na boisku, co chcieli. Odbierali piłkę wysoko, przedzierali się w pobliże pola karnego rywali, regularnie zagrażali bramce Ferencvarosu.

No, robili prawie wszystko, co chcieli. Brakowało im jednego – goli.

Skuteczność nie jest bowiem mocną stroną Górnika. A sytuacje były. Już w drugiej minucie bliski gola był Erik Prekop po dośrodkowaniu drugiego z Erików – Janży. I wiecie co? Przez cały mecz powtarzały się potem te momenty, gdy Prekop miał sytuację, ale ją marnował. Świetnie się Słowak zastawiał, harował, odgrywał, dochodził do okazji na gola też w znakomity sposób – to wszystko prawda. Tyle że gdy przychodziło do uderzania na bramkę rywali, to nagle był problem.

Reklama

Próbowali jednak i inni. Kacper Urbański szukał okazji z dystansu. Peter Federico, szalejący na skrzydle, też się dokładał. Goli jednak z tego nie było, bo albo nieskuteczni byli sami Górnicy, albo kończyło się to interwencją bramkarza (rzadziej, bo piłka często latała obok słupka czy nad poprzeczką). Czasem zmuszony do wysiłku był z kolei Philipp Schulze, ale z każdym zagrożeniem radził sobie na pewniaka.

Długo było więc 0:0. Aż w samej końcówce połowy w pole karne wszedł Paulo Bernardo, był faulowany, a potem karnego na gola zamienił pewnie Kacper Urbański.

Reklama

Pierwsza połowa Górnika ostatecznie była więc znakomita.

I znowu złamane serca

Z Fenerbahce nikt nie oczekiwał od Górnika cudów, a mało zabrakło, by polska ekipa sprawiła rywalom wielkiego psikusa. Z Ferencvarosem było inaczej – wszyscy wiedzieli, że odrobienie jednobramkowej straty z Węgier jest jak najbardziej możliwe. I miało miejsce już do przerwy, więc na drugą połowę oczekiwania były spore, bo być musiały. Górnik grał przecież świetnie, Górnik grał efektownie, Górnik nie dał rozwinąć skrzydeł rywalom.

Wszystko się tu zgadzało.

W drugiej połowie było podobnie. Długo to Górnicy dominowali, przeważali, ale w końcu zabrakło im pary, a niestety – nie udawało się wykorzystać swoich szans, na tablicy wyników wciąż było tylko 1:0. Kiedy z kolei włączyło się do gry zmęczenie, to zaczęły się pomyłki w obronie. Pierwsze ostrzeżenie przyszło, gdy Ferencvaros trafił do siatki Górnika, ale sędzia odgwizdał faul na Eriku Janży i gola nie było.

Reklama

Sęk w tym, że nie było też drugiego ostrzeżenia. Ferencvaros po prostu strzelił.

Po rzucie rożnym (co do którego były wątpliwości), właściwie w najgorszy możliwy sposób na utratę gola w meczu, w którym prowadzi się grę. Centra była dobra, strzał też, piłkę zbił jeszcze Schulze, końcówkami palców, ale ta leciała albo do siatki, albo do rywala, który by ją do tej siatki bez problemu wbił. Interweniować rozpaczliwie próbował Michal Sacek, ale skończyło się to tym, że na tablicy wyników pojawiło się jego nazwisko – jako strzelca gola samobójczego. Górnik dostał więc potężny cios, a Węgrzy mogli grać swoje – bronić się i czekać na końcowy gwizdek.

Reklama

Co najgorsze – ta strategia wypaliła.

Górnik nie zdobył gola, skończyło się remisem i dokładnie takim samym rezultatem jak z Fenerbahce – 0:1 poza domem, 1:1 u siebie. No i 1:2 w dwumeczu. I to taki dwumecz do martyrologii piłkarstwa polskiego, przegrany minimalnie, mimo lepszej gry, bo dziś to Zabrzanie byli lepsi.

Ale ostatecznie liczy się to, co w sieci.

Niestety, ta porażka sprawia też, że trudno marzyć o Górniku w fazie ligowej europejskich pucharów – w ostatniej rundzie eliminacji Ligi Konferencji czeka bowiem na Zabrzan AS Monaco.

Reklama

Górnik Zabrze – Ferencvaros 1:1 (1:0)

  • 1:0 – K. Urbański 45′ (karny)
  • 1:1 – M. Sacek 82′ (samobójcza)

Fot. Newspix

46 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Europy

Reklama
Liga Europy

Gasparik po odpadnięciu Górnika: Straciliśmy szansę na puchary

Jan Broda
7
Gasparik po odpadnięciu Górnika: Straciliśmy szansę na puchary