Dobrzycki kontra krótka doba. Definicja okresu przejściowego

Antoni Figlewicz

06 sierpnia 2026, 12:00 • 5 min czytania 8

Reklama
Dobrzycki kontra krótka doba. Definicja okresu przejściowego

Czy spodziewałem się po wywiadzie Roberta Dobrzyckiego dla klubowej telewizji czegoś więcej niż ugładzonego przekazu wybrzmiewającego z kontrolowanego środowiska? No nie. Byłbym naiwny, oczekując morza konkretów. Nie od tego są klubowe media, żeby podpalać świat. Jest jednak co najmniej jeden punkt, na którym zawiesiłem ucho i – co ciekawe – oko. Bo jeśli coś zapadło w pamięć, to przede wszystkim wyraźny sygnał, że Robert Dobrzycki… nie ma za dużo czasu.

Reklama

Nie ma choćby czasu wpaść na godzinę do Łodzi. Owo zawieszenie oka polegało na tym, że w pierwszych kilku kadrach gdzieś w tle zamajaczył Pałac Kultury, z czego szybko wytłumaczył się prowadzący rozmowę rzecznik prasowy, Jakub Dyktyński. Bo… wywiad klubowych mediów z prezesem Widzewa Łódź przeprowadzono w Warszawie.

Ktoś może mi zaraz zarzucić, że szukam dziury w całym, ale spokojnie, bo to tylko ważny dla dalszej części tekstu przykład – naprawdę nie chodzi o to, żeby bić pianę dla samego bicia piany. Nie, to nie kwestia tego, że „olaboga, prezes Widzewa w Warszawie, mieście Legii, koniec świata”. Nie chodzi też o to, że jeden z bogatszych Polaków ma swój wielki biznes, który prowadzi z poziomu stolicy, bo to uznać należy za całkowicie normalne. Wiem również, że mnóstwo rzeczy można załatwić przez telefon i podejrzewam, że mnóstwo jest tak właśnie załatwianych.

Rozchodzi się o… czas, który nie jest z gumy.

Robert Dobrzycki nie ma czasu. Potrzebuje więc świetnych fachowców

Już na dzień dobry dowiadujemy się z tego wywiadu, że Robert Dobrzycki to człowiek zapracowany, zabiegany, mający wiele na głowie. Człowiek, którego trzeba jakoś przelotem złapać w warszawskim biurze Panattoni, żeby przez 42 minuty pogadać z nim o klubie, którego jest prezesem. Jego ludzi, tych, którzy mają do niego najkrótszą drogę, dzieli od Roberta Dobrzyckiego 128 kilometrów z biur Widzewa do biur prezesa Widzewa. Dystans pokazujący, jak cennym zasobem jest dla bohatera wywiadu czas.

Reklama

I także dlatego nie dziwi mnie deklaracja właściciela dotycząca przejściowości jego bezpośrednich rządów w łódzkim klubie. One – przynajmniej zgodnie z jego podejściem i zgodnie z wieloma obserwacjami kibiców – są dziś potrzebne, ale mają i muszą mieć charakter tymczasowy.

Bo zwyczajnie wygląda na to, że Robertowi Dobrzyckiemu brakuje czasu, by być prezesem na pełen etat. Pierwszą podobną myśl miałem już w dniu prezentacji zespołu, kiedy prezes-właściciel pozdrowił kibiców w krótkim filmiku, ale sam w tym czasie był poza Łodzią. Daleki jestem od tego, żeby go za układanie kalendarza po swojemu winić, szczególnie, że był czas, kiedy aktywnie szukał nowego prezesa, sondował rynek, początkowo nie chciał sam zasiadać na stołku. Naturalną, domyślną wydaje się jednak obecność prezesa klubu w takim dniu na stadionie Widzewa.

Dziś mamy sygnał – Robert Dobrzycki urzęduje w Warszawie, a w jego terminarzu, nawet ze sporym wyprzedzeniem, trudno znaleźć 4-5 godzin na dojazd do Łodzi, rozmowę i powrót do Warszawy. Znalazł chwilę na ważny i długo wyczekiwany przez kibiców wywiad, nawet jeśli nie padły w nim żadne konkrety. Te 42 minuty to i dużo, i mało – zależnie od tego, czego oczekujemy od inwestującego w polską piłkę bajecznie bogatego przedsiębiorcy. Na właściciela to w zupełności wystarczy, nawet na takim poziomie ogólników. Na prezesa? Mam poczucie zmarnowanych 42 minut.

Reklama

Prezes przejściowy. „Znajdę odpowiednią osobę”

Nie planuję być prezesem na zawsze. Z pewnością po jakimś czasie znajdę odpowiednią osobę na to stanowisko, na ten moment jednak sam muszę zobaczyć to wszystko od środka. Dla mnie to nie jest projekt na miesiąc, kwartał, czy na rok. To jest projekt życia. Dla mnie Widzew jest czymś wyjątkowym – mówi Dobrzycki i po jego wielomilionowych inwestycjach mogliśmy się już przekonać, że traktuje klub z Łodzi poważnie.

Z drugiej strony z zewnątrz nadal bardziej wygląda na właściciela spółki, a nie prezesa jej zarządu. Osobę, która wpada do klubu raz na jakiś czas, o najważniejszych sprawach jest informowana przez zaufanych ludzi pracujących w klubie na co dzień, interweniuje tylko w absolutnej ostateczności, choć kreśli kierunki rozwoju.

Nie jak prezes. Jak właściciel. Teraz faktycznie zaangażowany trochę mocniej, ale nadal właściciel.

Reklama

– Przez to, że byłem trochę oddalony od klubu, nie wszystko widziałem. Postanowiłem przybliżyć się do klubu i wiedziałem, że muszę po to sam zostać prezesem. To będzie jednak średni termin, ale w tym okresie wartością jest to, że jestem bliżej. Na dziś to jest rozsądna decyzja, bo zatrudnienie kogoś innego nie dałoby mi takiej swobody działania – przekonuje Dobrzycki. I, żeby nie było, jego rękę w klubie widać. Widzew ruszył w innym kierunku niż ten obrany rok temu, z klubem na wielu szczeblach i w wielu działach pożegnało się całkiem sporo osób, ucięto i zracjonalizowano koszty, niekiedy stosując środki trochę drastyczne.

Ale to tylko porządki i nie przez przypadek w komunikacji klubowej prym wiedzie hasło „okres przejściowy”. Ten potrwa najprawdopodobniej dopóty, dopóki Robert Dobrzycki będzie prezesował, poznając Widzew, jak sam mówi, z bliska. W końcu jednak doba musi mu się rozjechać, pociągnięcie kilku srok za ogon jest po prostu trudne i w dłuższej perspektywie nieefektywne.

Jest dużo pracy do wykonania. Chcę się zaangażować w klub tak, żeby ustawić to wszystko tak, jak chciałbym, żeby działało. Wiele osób zarzuca mi, że robię z Widzewa korporację, ale moim zdaniem korporacji w Widzewie było więcej, niż jest w Panattoni – twierdzi prezes-właściciel. W trakcie wywiadu rzuca też takie trzy zdania: – Stres kosmiczny, ale to pierwszy rok mojej nauki w roli właściciela klubu. Wiedziałem, że będzie trudno, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Zwykle raczej próbuję być spokojny, ale tu ta sytuacja była bardzo stresująca.

I rozumiem, dlaczego chciał wziąć sprawy w swoje ręce. Nie wydaje mi się jednak, by ta przejściowość mogła trwać dłużej niż jeszcze kilka miesięcy. Przeciąganie jej, zamiast dać wymierne korzyści, odbije się prędzej (kolejną) czkawką.

Reklama

Fot. Newspix

8 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama