Polscy saneczkarze od 24 lat mieli jednego i tego samego trenera – Marka Skowrońskiego. To on ich prowadził, on odpowiadał za rozwój kadry i on pracował również na innych polach, choćby kwestii sprzętowej czy współpracy z kadrą Niemiec. Dla polskich sanek to człowiek-instytucja. I pracować chciał dalej. Został jednak zwolniony. Z jakiego powodu? Czemu jego zwolnienie wzbudziło wielkie kontrowersje? Oraz dlaczego zastąpił go… bobsleista?
CZYTAJ REPORTAŻ O TYM, JAK ZABIJA SIĘ POLSKIE SANECZKARSTWO
Saneczkarstwo. Naszych zawodników poprowadzi… bobsleista
Gdy rozmawiamy, Skowroński jest spokojny, zdawałoby się, że aż za bardzo. Może jednak zdążył przetrawić sytuację. W końcu od zwolnienia, o którym pierwotnie dowiedział się z Facebooka, minęło sporo czasu. Nawet podpisanie wypowiedzenia miało miejsce już ponad miesiąc wcześniej. Choć w czasie naszej rozmowy wie już o tym, że zastąpił go trener z zupełnie innej dyscypliny – a to musi uwierać.
Niemniej, trener zachowuje spokój. Nawet wtedy gdy pytam: czułby się pan na siłach poprowadzić bobsleistów?
– W żadnym wypadku. To tak samo, jakbym dostał propozycję sędziowania zawodów w łyżwiarstwie figurowym – odpowiada. I mówi, że to dwie różne dyscypliny, co zresztą potwierdzają mi też zawodnicy. Mateusz Sochowicz, trzykrotny olimpijczyk, aktualnie prawdopodobnie najbardziej doświadczona osoba w naszej kadrze, twierdzi:
– Wojciech Chmielewski bardzo dobrze powiedział, że bobsleiści robią [chodzi o potrzebę dokładności przejazdu – przyp. red.] za pomocą młotka, a my tniemy skalpelem.
Dlaczego więc Skowrońskiego zastępuje właśnie bobsleista?
„Pogwałcenie jakichkolwiek zasad etyki”
Jeszcze dwa słowa o zwolnieniu, bo jego ostateczny akt odbył się na Walnym Zgromadzeniu PZSSan. Skowrońskiemu wręczono wtedy kartkę do podpisania, ten swoją sygnaturę złożył i… w zasadzie to tyle. Tak podziękowano mu za ćwierć wieku pracy na rzecz rozwoju dyscypliny. Pracy, w którą angażował się nie tylko jako trener.
On przecież odpowiadał za dodatkowe projekty. Za jego sprawą od lat funkcjonuje Partnerschaft, w ramach którego Polacy korzystają nieodpłatnie (to wielkie oszczędności!) z niemieckich torów, bo nie mają swojego, ale też pomagają im niemieccy trenerzy, a nawet dzielą się czasem technologiami i uwagami na temat sprzętu. Teraz to najpewniej upadnie. Nie wiadomo, co będzie z innymi rozwojowymi działaniami – choćby współpracą z Zachodniopomorskim Uniwersytetem Technologicznym, gdzie rozwijano kwestie techniczne, głównie metali, czyli części, które suną po lodzie, przy naszych sankach.
Innymi słowy: zwolnienie Skowrońskiego, tym bardziej w takiej atmosferze, może skoczyć się dominem, które doprowadzi do upadku polskich sanek. Podkreślmy tę atmosferę, jak mówił Zbigniew Czoch, były członek zarządu i wiceprezes związku:
– To jest jawne pogwałcenie jakichkolwiek zasad etyki, jakie powinny obowiązywać nas wszystkich.
Skowroński w dodatku nie mógł wystartować w konkursie na nowego trenera, bo gdy ten ogłoszono, wciąż pełnił tę funkcję. Wypowiedzenie wręczono mu… po okresie zgłoszeń. Tak to wymyślił poprzedni jeszcze zarząd, przed wyborami i tak to zrealizował. Człowiek-instytucja wyleciał.
I tyle.
Faworyt był z góry ustalony?
O stanowisko trenera walczyło dwóch kandydatów. Maciej Kurowski, dobrze znany w środowisku – były saneczkarz, potem trener, który pracował sporo poza granicami naszego kraju. Człowiek stosunkowo młody, a już obeznany z tematem. Lubią go kadrowicze, uważają, że to bardzo dobry fachowiec. Przy okazji też wychowanek Skowrońskiego, pierwotnie plan zakładał nawet, że zostanie jego asystentem i będzie powoli przejmował coraz więcej obowiązków, tak by płynnie się w te polskie realia wdrożyć.
No i Dawid Kupczyk. Też były sportowiec, też wielokrotny olimpijczyk, też z pracą trenera w CV. Wszystko by się zgadzało – nawet saneczkarze mówią, że szanują go i jego pracę – gdyby nie to, że to bobsleista. I właśnie: jak mówił Sochowicz za Chmielewskim – to niby podobna, ale jednak zupełnie różna dyscyplina.
Nowy zarząd chciał jednak Kupczyka (czy związek z tym miał fakt, że steruje tym zarządem Dariusz Ziarno, którego współpracownikiem w kadrze juniorów jest Andrzej Kupczyk, ojciec Dawida? Pojawiały się takie sugestie), więc termin ogłoszenia wyniku naboru odwlekał. Kurowskiego próbował skusić inaczej – zaoferować mu posadę asystenta byłego bobsleisty, ten jednak nie chciał o tym słyszeć.

Więc czekano i czekano, i czekano. Wiedząc, że Maciej ma ofertę z Kanady, że tamtejsza federacja wywiera na niego nacisk. I w końcu Kurowski uznał, że to wszystko nie ma sensu. Wyjechał za Ocean, tam będzie pracować.
A w Polsce ostał się Kupczyk.
„Szok. To porażka saneczkarstwa”
– Dla mnie to jest szok – mówi Skowroński. – Bo gdybyśmy nie mieli nikogo do wyboru, to ktoś musi grupę poprowadzić. Decyzja, że trener z bobslejów… w pewnym sensie może lepiej, że [ma prowadzić] seniorów niż juniorów. Bo junior to zawodnik niedoświadczony, jak mu trener nie wytłumaczy toru, to może sobie zrobić krzywdę i wylądować w szpitalu. Senior swoje już wie, więc w tej kadrze jako „opiekun”, ktoś mógłby mimo wszystko wystąpić. Natomiast my mieliśmy wybór. Był Maciej Kurowski. Dlatego to dla mnie porażka polskiego saneczkarstwa, że nie udało się zatrudnić Maćka.
Oczywiście, ostatecznie nie jest powiedziane, że Kupczyk będzie złym trenerem, jednak kadrowicze – byli i obecni – są raczej zgodni, że tak naprawdę to w dużej mierze będzie nauka na żywym organizmie, a często to saneczkarze będą musieli uczyć trenera. Przy ucięciu Partnerschaftu – a zdaje się, że ten nie przetrwa – będzie w dodatku jeszcze trudniej.
Mateusz Sochowicz powiedział mi, że niewiadomych jest w tej sytuacji mnóstwo. Tak dużo, że aż strach.
A – jak przeczytacie w linkowanym poniżej reportażu – to nie jedyne powody do zmartwień dla polskiego saneczkarstwa. Tych jest aż nadto.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix