Argentyna ma Leo Messiego, Portugalia Cristiano Ronaldo, a Francja Zinedine’a Zidane’a lub Michele’a Platiniego. Brazylia wciąż zachwyca się Pele, Włosi mogą debatować, ale zdaje się, że zwykle pada na Paolo Maldiniego. A Hiszpania… no właśnie, kogo ma Hiszpania? Kto jest najlepszym zawodnikiem w historii tego kraju – nie tylko reprezentacji, a ogółem? Komu przyznać ten tytuł i kto jeszcze powinien być wśród najlepszych? Postanowiliśmy to ustalić. Oto ranking 10 najlepszych hiszpańskich graczy w dziejach piłki.
Najlepsi hiszpańscy piłkarze w historii. Ranking
Zanim zaczniemy, słowa wyjaśnienia. Jako się rzekło – to ranking odnoszący się nie tylko do kadry, a do całokształtu kariery. Dość oczywiste jest jednak, że będzie w nim dużo współczesnych nam zawodników, bo Hiszpanie swój złoty okres przeżywali tak po prawdzie już w XXI wieku – i klubowo, i (przede wszystkim) reprezentacyjnie. To czas sukcesów Barcelony i Realu Madryt w Lidze Mistrzów oraz tych kadry, w latach 2008-2012 i w 2024 roku… a może i w 2026.
Natomiast miała Hiszpania (i ma) wielu wielkich graczy, którzy do dyszki nie weszli. Z różnych er, różnych czasów, różnych ekip.
Wielcy byli na przykład bramkarze tacy jak Andoni Zubizarreta czy Antonio Ramallets, a nagroda dla najlepszego golkipera La Ligi nie bez powodu nosi imię Ricardo Zamory. Z zawodników „retro” wymienić wypada na pewno Telmo Zarrę (jego nagroda przypada z kolei najlepszemu hiszpańskiemu strzelcowi ligi) czy Pichichiego (nagroda dla najlepszego strzelca ogółem), a w czasach nieco nam bliższym graczy takich jak Amancio czy Cesar Rodriguez. To jednak wciąż lata 50., 60. czy 70.
Dalej? Był Jose Antonio Camacho, kto wie czy nie do dziś najlepszy hiszpański obrońca (choć i Jordi Alba zasługuje na docenienie), byli też Emilio Butragueno czy Santillana, dwie legendy Realu Madryt. W Barcelonie wyróżniali się przede wszystkim pomocnicy – Pep Guardiola i Luis Enrique, obaj dziś już kojarzeni bardziej z trenerską niż piłkarską karierą, ale zawodnicy jednak znakomici. Real miał za to w pomocy Michela, kolejną legendę klubu, a w obronie Manuela Sanchisa, Fernando Hierro czy Chendo.
A XXI wiek? To czasy na przykład wspomnianego Alby, ale też wielkich pomocników – był Xabi Alonso, był David Silva, był też Cesc Fabreas, a nadal jest Rodri, który – to dla wielu pewnie zaskoczenie – nie zmieścił się w tej dyszce mimo Złotej Piłki. I cóż, wyjaśnić w tym miejscu wypada kryteria. Sukcesy – tak. Maestria na boisku, czyli test oka – tak. Ale też to, jak odbierany i oceniany jest ktoś w samej Hiszpanii, przejrzeliśmy w tym celu wiele zestawień z różnych miejsc. A Rodri – nawet po odebraniu ZP – zwykle był tam poza TOP 10.
W dyszce czasem lądowali za to czasem Dani Carvajal czy Gerard Pique, ale… nie u nas. I tak, to kontrowersyjne. W gruncie rzeczy jednak – oni wszyscy mogliby tu być, wiele zależy od osobistych sympatii i preferencji. Ktoś ze starszego pokolenia pewnie chętnie wrzuciłby do TOP 10 Butragueno. Fan Barcelony znalazłby miejsce dla Pique, a Realu – Carvajala.
I tak dalej, i tak dalej. Jak się jednak przekonacie – nie ma w TOP 10 nazwisk przypadkowych. To co, zaczynamy?
10. PACO GENTO

Fot. Jac. de Nijs / ANEFO. Wikimedia
Dziesiąte miejsce było najtrudniejsze, jakkolwiek by to nie brzmiało. To znaczy: pozostała dziewiątka w sumie – tak się zdaje – musiała się tu znaleźć. Ale kto na tym dziesiątym? Kogo docenić bardziej ponad te wszystkie wymienione wcześniej gwiazdy? Padło na Paco Gento. Po części dlatego, że zawsze był nieco w cieniu – grał przecież z Alfredo Di Stefano, Kopą czy Ferencem Puskasem – i warto czasem takich ludzi docenić. Gdy Hiszpanie zdobywali złoto Euro 1964, akurat nie dostał powołania, choć i w latach poprzedzających, i po tamtym turnieju w kadrze występował.
Może to o czymś świadczy, może. Na pewno jednak nie odbiera Gento piłkarskiej klasy.
A miał jej dużo. Owszem, był skrzydłowym bazującym głównie na szybkości. Natomiast idealnie pasowało to do tej wielkiej ekipy Królewskich, którzy aż nadto mieli piłkarzy obdarzonych wybitną techniką, kreatorów i, nazwijmy to, finiszerów. Gento miał biegać. Miał dawać opcje. Miał strzelać, gdy mógł strzelać, podawać, gdy mógł podawać, ale przede wszystkim – być zawsze dostępnym do podania. I wywiązywał się z tej roli znakomicie.
To do niego równali do niedawna wszyscy w Europie, bo był jedynym w dziejach piłkarzem z sześcioma wygranymi tytułami w Pucharze Mistrzów. Dobili wreszcie inni gracze z Realu: Luka Modrić, Dani Carvajal, Nacho i Toni Kroos (z jedną Ligą Mistrzów zdobytą w Bayernie), ale nie przebił nikt i skoro Carvajal – ostatni z tej czwórki – też się z Realem pożegnał, to nikt tego jeszcze przez jakiś czas nie zrobi.
Gento łączył w Realu ery. Trafił tam w 1953 roku, jeszcze jako nastolatek, po tym, jak nieźle zaprezentował się w debiutanckim sezonie w barwach Racingu Santander. Właśnie tworzył się wielki Real i wobec mnogości gwiazd, które tam trafiały w kolejnych latach, Gento nieco się gubił, stał z boku. Ale jednak zawsze grał, strzelał i asystował.
Wystąpił łącznie w ośmiu (!) finałach Pucharu Mistrzów, bo sześć z Realem wygrał (1956-1960 i 1966), a dwa przegrał (1962 i 1964). W dwóch trafiał do siatki, w trzech kolejnych asystował. W legendarnym starciu z Eintrachtem (7:3 dla Realu) z sezonie 1959/60 zaliczył trzy ostatnie podania! Z czasem – po odejściach innych wielkich – został kapitanem Realu. W tej roli zdobywał szósty Puchar Mistrzów, wywalczony z tak zwanym pokoleniem Ye-ye, nową generacją graczy Realu, w której był weteranem.
Do tego dwanaście razy zostawał mistrzem kraju. W Realu grał od 1953 do 1971 roku, osiemnaście lat. Według portalu bdfutbol (prawdopodobnie najlepszego źródła danych statystycznych o hiszpańskich graczach) w barwach Królewskich zagrał równe 600 razy, zdobył w tym czasie 183 gole… a asysty, niestety, trudno zliczyć. Ale pewnie było ich więcej niż trafień, bo dla Gento dogranie do Di Stefano, Puskasa czy Amancio zawsze było celem numer jeden.
Zwykle doskonale się z niego wywiązywał.
9. RAUL

Wielu uważa, że powinien mieć na koncie Złotą Piłkę za rok 2001, gdy zgarnął ją młodziutki Michael Owen, a Raul skończył drugi. Może i tak, choć to nie był dla niego najlepszy rok, a i Real radził sobie różnie. Niemniej: Raul to legenda, zaskakująco często pomijana w rozmowach o wielkich napastnikach. W barwach Los Blancos debiutował jako 17-latek, w 1994 roku i z miejsca wzbudził wielką sensację, wszyscy zgodnie uznali, że będzie z niego wielki gracz.
I był.
Właściwie przez dobrych 14 lat nie było co do roli Raula wątpliwości, zawsze był w składzie. Czasem s ataku, czasem za plecami napastników, czasem bardziej po lewej stronie. Czasem grał lepiej, czasem gorzej, ale wielkie sukcesy przełomu wieków w Realu wiążą się z nim. Strzelał bramki w dwóch z trzech finałów Ligi Mistrzów z lat 1998-2002. Przez kilka ładnych lat był najlepszym strzelcem tych rozgrywek.
Choć nie był też typowym snajperem. Dużo rozgrywał, dostrzegał partnerów, miał niezwykłą boiskową inteligencję. Jego znakiem charakterystycznym były gole zdobywane podcinką, ale potrafił też podryblować czy przyłożyć z dystansu. Pod koniec kariery w Realu nieco spuścił z tonu i postanowił odejść – sensacyjnie poszedł do Schalke, pod skrzydła znanego z „zajeżdżania” piłkarzy Felixa Magatha. I tam odżył. Zdobył z tym klubem Puchar i Superpuchar Niemiec, doszedł do półfinału Ligi Mistrzów. W dwa lata – bo tyle spędził w Gelsenkirchen – stał się legendą i w Niemczech.
I tylko do reprezentacji Hiszpanii miał pecha. Luis Aragones bowiem odciął kreską niektórych zawodników, gdy przejmował kadrę, a wśród nich był Raul. Nie powołał go też Vicente Del Bosque na MŚ 2010, ale w pełni słusznie, bo El Siete był wtedy pod formą. Wydawało się, że zasłużył na miejsce na Euro 2012, ale i wtedy się w składzie La Furia Roja nie znalazł. Wielkie sukcesy go ominęły, nic nigdy z kadrą nie wygrał… choć trudno go za to winić. To po prostu była taka era tej kadry, a on sam przecież był wtedy jej najlepszym strzelcem w historii.
Do dziś zajmuje na tej liście drugie miejsce. Wyprzedza go tylko….
8. DAVID VILLA

To już zawodnik bliższy temu, co wyobrażamy sobie, gdy słyszymy „snajper”. Nie wygrał w karierze klubowej tyle co Raul – choć i tak sporo, bo transfer do Barcelony, a potem przejście do Atletico mu w tym pomogły – ale w reprezentacji był kluczowy dla triumfów na Euro 2008 i MŚ 2010. W 2012 roku nie grał, ale ze względu na kontuzję, jeszcze w eliminacjach zdobył dla kadry siedem bramek.
W przeciwieństwie do większości osób na tej liście, Villa zmieniał kluby. I to kilkukrotnie.
Karierę zaczynał w Sportingu Gijón na przełomie wieków, a gdy tam się pokazał, to sięgnął po niego Real Saragossa. W tym klubie grał dwa lata, zdobył z nim pierwsze w karierze trofeum – Puchar Króla w sezonie 2003/04, a potem dołożył też Superpuchar. W 2005 roku przeszedł do Valencii i tam stał się już prawdziwą gwiazdą ligi. Na tyle dużą, że w 2010 roku po 28-letniego Villę sięgnęła Barcelona. Duma Katalonii wyłożyła na stół 40 milionów euro.
I chyba nie żałowała. Villa okazał się idealnym uzupełnieniem dla Leo Messiego i spółki. Z nowymi kolegami zgarnął w 2011 roku pięć na sześć możliwych trofeów (uciekł im Puchar Króla, w finale przegrali 0:1 z Realem Madryt), dokładając bramkę w finale Ligi Mistrzów, ustalającą wynik spotkania z Manchester United. Villa idealnie odnajdywał się – co nie zaskakiwało, w kadrze było przecież podobnie – w systemie gry Barcelony, gdzie regularnie był obsługiwany przez partnerów, ale i sam potrafił asystować.
Po tym wielkim sezonie i kontuzji odniesionej w 2011 roku jego rola zmalała, ale w 2012/13 odżył i znów był istotny. Niemniej: Barcelona postanowiła sprzedać go przed kolejną kampanią. Villa przeszedł więc do Atletico i… pomógł madryckiemu klubowi zgarnąć pierwsze od lat mistrzostwo kraju. W lidze zdobył wtedy 13 goli. Zresztą gdzie był, tam strzelał. Ogólnie w karierze – która rozciągnęła się jeszcze na kilka lat w USA, Australii i Japonii – trafiał do siatki ponad 400 razy.
Z czego 59 w kadrze. To rekord. A te najważniejsze gole przypadły na mistrzostwa świata z 2010 roku – Villa trafiał wtedy w grupowych starciach z Hondurasem (dwa razy) i Chile, w 1/8 z Portugalią (wygrana 1:0) i ćwierćfinale z Paragwajem (również 1:0). Nie ustrzelił bramki w dwóch ostatnich meczach, ale nie zmieniało to faktu, że bez jego goli La Furia Roja nigdy nie zostałaby mistrzem świata. I w sumie to sprawiło, że wylądował w tym zestawieniu nad Raulem.
Inna sprawa, że – podobnie jak Raul – zbyt często zdaje się być ignorowany, gdy padają nazwiska wielkich napastników. Villa bowiem zasłużył, by i jego w tym gronie się znalazło.
7. SERGIO BUSQUETS

Możliwe, że jest zbyt mało doceniany, ale w wielkiej, niezwykłej ekipie Barcelony przypadła mu rola tego najmniej widocznego ogniwa pomocy. Dla jej losów był jednak kluczowy. „Wynalazł” go w rezerwach Pep Guardiola, który gdy został trenerem pierwszej drużyny, wziął Sergio ze sobą. Sam Pep operował przed laty w zasadzie w tej roli, w której potem grał Busquets. I dobrze wiedział, jaki potencjał tkwi w tym młodym chłopaku.
Ten nie przestraszył się zupełnie swojej roli. Właściwie z miejsca doskonale wkomponował się w zespół Guardioli i został kluczowym ogniwem dla jego losów.
Żałować może w zasadzie jedynie tego, że Pep pierwszym trenerem został w 2008 roku – gdyby stało się to o sezon wcześniej, być może Sergio zagrałby też na austriacko-szwajcarskim Euro. A tak zostają mu tytuły mistrza świata z 2010 i mistrza Europy z 2012 roku. No i cała masa trofeów wygranych z Dumą Katalonii, wiadomo. W tej ostatniej rozegrał ponad 700 (!) meczów. Strzelił tylko 18 goli, ale to w zasadzie nie ma znaczenia, nie taka była jego rola.
Jego zadaniem było regulować tempo akcji, wyznaczać ich przebieg na wczesnym etapie. Być zawsze gotowym do odebrania piłki od partnera. Uspokajać, łączyć defensywę z ofensywą. Jasne, gdy obok byli Xavi, Iniesta i Messi to wszystko zdaje się być zadaniem niewielkim, ale problemy Barcelony z tą pozycją w zasadzie od ostatnich lat Busquetsa – gdy fizycznie spuścił z tonu – pokazują, że znaleźć dobrego (i pasującego do zespołu) defensywnego pomocnika wcale nie jest tak łatwo.
Busquets przy okazji wyznaczył nieco inne tory. Nie był nigdy typem pomocnika-przecinaka, nie wyróżniał się muskulaturą czy wielką walecznością. Defensywnie jednak też sobie radził, bo pomagały my intuicja, przewidywanie i boiskowa inteligencja. A poza tym Barcelona w tych najlepszych latach z rzadka oddawała piłkę.
Również dzięki niemu.
6. CARLES PUYOL

Jest takie zdjęcie dwóch kapitanów: Carles Puyol i Raul. Zrobione od tyłu, widać ich nazwiska i opaski na rękach, obaj obejmują się rękami. Nie jest to fotografia tak efektowna jak ta z Mediolanu z Marco Materazzim i Ruim Costą, ale też symboliczna. Wielu bowiem tęskniło potem do tych czasów, tamtej ery, w której El Clasico wyglądało jeszcze inaczej, a rywalizacja Realu z Barceloną była twarda, wielka, ale i toczona w innej atmosferze.
Jest też scena symboliczna: Gerard Pique idzie do sędziego pokazać na zapalniczkę, która poleciała z trybun. Wszystko tuż przed rzutem rożnym w polu karnym Barcelony. Carles Puyol, kapitan, wyrywa mu ją jednak z ręki, wyrzuca za linię boczną i na tym sprawa się kończy. Bez dyskusji i narzekania.
Liczy się gra, mecz, rywalizacja.
Carles Puyol był zawodnikiem – no właśnie – z innych czasów. Ale i do tych nowych wszedł udanie. Ikona linii defensywnej, z jednej strony elegancki, a z drugiej twardziel, co to wiecie, głowę wsadzi tam, gdzie inni niekoniecznie dadzą nogę, a i bitki się w razie potrzeb nie bał. Za takim to chce się iść w ogień… no, albo chociaż na murawę. I po sukcesy.
Zaczynał jako prawy obrońca (choć w juniorach grał czasem jako defensywny pomocnik0, potem przekwalifikował się na środek – w sumie tę samą drogą powtórzy potem Sergio Ramos (na Euro 2008 i MŚ 2010 grali obaj – Puyol na środku, Ramos na prawej). W Barcelonie grał całą seniorską karierę – najpierw w rezerwach, potem w pierwszym zespole. Nigdy nie zmienił klubu, jest jednym z przedstawicieli tego ginącego gatunku. Debiutował w 1999 roku, a karierę kończył w 2013. Mało brakowało jednak, żeby z klubem pożegnał się już w 1998 roku, bo Barca zaakceptowała wtedy ofertę Malagi.
Puyol nie zgodził się na odejście. Zdecydował tak, bo do pierwszej drużyny akurat przeszedł jego przyjaciel, Xavi. Carles uznał, że też go na to stać i nie pomylił się. W 2004 roku był już kapitanem. I jako kapitan zaczął podnosić w górę trofea. Bo z Dumą Katalonii nie wygrał nic… do 2005 roku. Ani jednego tytułu. Potem się jednak zaczęło, a jego cierpliwość została wynagrodzona. Był członkiem ekipy, która zgarnęła sekstet, trzy razy świętował zdobycie Ligi Mistrzów, indywidualnie bywał wielokrotnie wybierany do najlepszych ekip sezonu.
Ucementował swoją pozycję, stał się legendą Barcelony i hiszpańskiego futbolu. Zresztą – dlatego ostatniego zdobył jedną z najważniejszych bramek w historii: to on dał bowiem La Furia Roja finał mundialu, fenomenalną główką, która okazała się jedynym trafieniem w półfinale przeciwko Niemcom. To jeden z jego ledwie trzech goli dla kadry, ostatni w karierze. Ale zdecydowanie najcenniejszy.
5. IKER CASILLAS

Wszyscy pamiętają interwencję z finału. Arjen Robben wychodzi sam na sam, strzela, zdaje się, że akurat tam, gdzie Casillas nie ma szans tego obronić, bo kładzie się w drugą stronę… aż nagle piłka odbija się od jego stopy i wychodzi na rzut rożny. Hiszpania żyje, Hiszpania nadal ma nadzieję. To najważniejszy moment w karierze Ikera. Ale nie jedyny taki.
Były przecież genialne parady z finału Ligi Mistrzów w 2002 roku, gdy wszedł z ławki i właściwie odmienił swoją karierę. Były – też na mistrzostwach z 2010 roku – mecze z Portugalią czy Paragwajem, gdy również musiał się napracować. W barwach Realu wielkich meczów miał całe mnóstwo. I nawet jeśli pod koniec kariery grał gorzej, a potem nie zachwycał też w barwach Porto do którego odszedł… to niewiele to zmienia.
Iker Casillas jest największym bramkarzem w historii Hiszpanii.
Choć nie dosłownie. Bo jego 185 centymetrów wzrostu (zdaniem wielu i tak naciągane) to w sumie niewiele jak na bramkarza. Nadrabiał to jednak fenomenalną skocznością i refleksem. Nie grał wybitnie nogami, ale na linii był niezwykły, może najlepszy w dziejach. Do dziś – choć zdawałoby się, że Gianluigi Buffon, Manuel Neuer, a ostatnio też Thibaut Courtois go odsadzili – pojawia się w dyskusjach dotyczących najlepszego bramkarza w historii.
I ostatecznie to nie dziwi. Casillas był magikiem bramki. Gościem od obrony strzałów zdawałoby się beznadziejnych. Efektownym, w dodatku. Miał z jednej strony pecha, że grał w Realu, który defensywnie często przeciekał, stąd mało w jego dorobku nagród indywidualnych. A z drugiej strony – był szczęściarzem, bo często mógł się przez to popisać. I robił to. Dla Królewskich przez wiele sezonów był kluczowy. Dla kadry też, w latach 2008-2012 i on pomagał wygrywać mecze. Często chodziło o jedną interwencję, bo przez resztę spotkania Hiszpania kontrolowała sytuację.
I ta interwencja nadchodziła. Casillas odbijał piłkę. Jak przy strzale Robbena. I jak przy strzałach wielu innych. Iker to legenda, która wyrosła nad te inne bramkarskie, już wspominane. A że bramkarzy zbyt rzadko się docenia, gdy porównuje się piłkarzy ze wszystkich pozycji, to w tym przypadku – zdecydowanie warto.
A wręcz powinno się.
4. SERGIO RAMOS

Kusiło, by dać go wyżej, a autor tego zestawienia właściwie to zrobił… ale jako że jest madridistą, to sprawę skonsultował z neutralnymi odbiorcami. Stanęło na czwartym miejscu, choć dla wielu pewnie i to będzie kontrowersją, skoro Sergio Ramos wyprzedza choćby Carlesa Puyola. Faktem jednak pozostaje, że był Ramos obrońcą znakomitym, a do tego notował momenty iście legendarne. Dla historii Realu Madryt pozostanie na zawsze jedną z najważniejszych postaci.
A zdecydowana większość z pozostałych to jednak napastnicy. Ramos był takim co najwyżej za dzieciaka. Choć czasem przypominał o tym fakcie. Ale o tym za moment.
Przede wszystkim napisać trzeba, że w sumie trudno było przypuszczać, jak wielkim piłkarzem stanie się ten gość. Gdy przychodził do Realu Madryt z Sevilli – w 2005 roku – był dość chuderlawym prawym obrońcą. I tak początkowo grał w ekipie Królewskich. Na środek przestawił go dopiero kilka lat później Jose Mourinho. I to tam Ramos odblokował cały swój potencjał, stając się jednym z najlepszych obrońców świata.
Jasne, to gość kontrowersyjny. Momentami brutalny, często kartkowany, memy o tym, że Ramos i czerwona kartka są w zasadzie parą nie wzięły się przecież znikąd. W Realu miał też wzloty i upadki. Ten najgorszy moment to pewnie przestrzelony karny z Bayernem, w półfinale Ligi Mistrzów w 2012 roku. Z tego też były potem memy, niektóre żyją do dziś. To jednak wówczas Sergio pokazał, z jakiej gliny jest ulepiony – niedługo potem znów podszedł do karnego, w półfinale Euro, gdy Hiszpanie grali z Portugalią.
To była czwarta seria, do tej pory remis 2:2 (w pierwszej spudłowali i Xabi Alonso, i Joao Moutinho). Ramos musiał mieć w głowie tamtego karnego. I co zrobił? Strzelił panenką, tak spokojnie, jakby nigdy w życiu nie spudłował karnego.
Niespełna dwa lata później oddał Realowi i sobie za tę jedenastkę z Bayernem. Pod koniec sezonu 2013/14 był bowiem wybitnym… strzelcem. Zaczęło się od niepozornego ligowego meczu, gdy chciał golem uhonorować fakt, że jego partnerka jest w ciąży. A potem przyszły ważniejsze trafienia: dwa z Bayernem, w rewanżu na Allianz Arena (wygranym 4:0) i gol na wagę dogrywki w finale Ligi Mistrzów z Atletico. Gol-legenda, jedno z najważniejszych trafień w historii Realu Madryt
Strzelał też (choć z małego spalonego) w kolejnym finale, w 2016 roku. Kilkukrotnie trafiał z Barceloną w ligowych meczach i innych ważnych spotkaniach. Z czasem stał się… podstawowym egzekutorem karnych. Ale nade wszystko: świetnie bronił. Jasne, w gorszych okresach był czasem zbyt zerojedynkowy, ale w formie stawał się prawdopodobnie najlepszym środkowym obrońcą świata.
Żałować może jedynie tego, że niepotrzebnie odszedł z Realu, w zasadzie na własne życzenie. Mógł mieć nawet sześć Lig Mistrzów, stanęło na czterech. Do tego wygrał z kadrą wszystkie trofea w latach 2008-2012. Zawsze był podstawowym graczem – czy to na prawej, czy na środku obrony.
3. XAVI HERNANDEZ

Kolejny z twórców być może najlepszego środka pola w historii. Ten najstarszy, więc i najszybciej z Barcelony odszedł. Pożegnał się jednak – choć już w mniejszej roli – najlepiej, jak mógł, bo wygraną Ligą Mistrzów w 2015 roku. I może nie jest przypadkiem, że po jego odejściu Barca do tej pory nie wygrała tych rozgrywek ponownie (a i sam Xavi nie dał rady tego osiągnąć jako jej trener). Szkoda, że nie został, jak jego przyjaciel, Carles Puyol, człowiekiem, który w CV ma tylko jeden klub – cztery lata grał potem jeszcze w Katarze.
W zasadzie o tym nie ma co jednak pamiętać. Bo wszystko, co najlepsze, Xavi zrobił w Barcelonie.
On miał to szczęście, że pierwszy tytuł z Barceloną zdobył od razu – mistrzostwo Hiszpanii w sezonie 1998/99, debiutanckim. Potem jednak – tak jak i Puyol – trochę na kolejne czekał. Ale gdy do nich doszło, to był Xavi jednym z ich głównych architektów. Na boisku stał gdzieś pomiędzy kolegami, łączył w sobie spokój i kontrolę boiskowych wydarzeń Sergio Busquetsa, z magią i eksplozywnością Andresa Iniesty.
Bywały takie mecze, że każda akcja Barcelony miała na sobie stempel Xaviego właśnie. Bywały takie, że był jej absolutnie kluczowym graczem. Czasem miało się wrażenie, że gdyby zatrzymać czas na sekundę przed tym, jak otrzymywał podanie, kazać mu zamknąć oczy i opisać pozycję partnerów i rywali na boisku, to zrobiły to z miejsca i z dokładnością co do centymetra. Niesamowity miał „skan” przestrzeni, a przez to – niezwykłą umiejętność utrzymania się przy piłce.
Podać piłkę Xaviemu znaczyło – nie stracić jej. W najlepszej formie to był gość, który po prostu nie oddawał jej rywalom. Zdarzało się, że miał miesiące, gdy w każdym meczu notował ponad 100 podań. Nie tylko do tyłu czy na boki, ale i progresywnych. Był dla Barcelony tym, kim potem dla Realu Toni Kroos, bo tak naprawdę nie musiał błyszczeć, miał od tego innych ludzi, ale i tak często był punktem jasnym, a bywało, że i najjaśniejszym na boisku.
Każda luka w defensywie, każdy błąd rywali mógł być przez niego wykorzystany. Najmniejsze zaspanie obrońcy Xavi dostrzegał. Nie tylko podawał, czasem sam wbiegał w strefy „opuszczone” przez rywali.
2. LUIS SUAREZ

Luis Suarez po lewej, przed chwilą oddał strzał.
Nie, nie ten z Urugwaju, ani ten obecny – z Kolumbii. Cofamy się w przeszłość, w sumie w czasy, od których zaczęliśmy – gdy grał Paco Gento. Real królował wtedy w Pucharze Mistrzów, ale i Barcelona miała swoje wielkie gwiazdy. A jedną z nich był właśnie Luis Suarez. Na ogół podaje się, że do Rodriego był to jedyny hiszpański zdobywca Złotej Piłki… ale zależy to od tego, jak potraktujemy Alfredo Di Stefano, który już po uzyskaniu obywatelstwa Hiszpanii otrzymał tę nagrodę dwa razy.
Suarez takich kontrowersji jednak nie wzbudzał – od urodzenia był Hiszpanem.
W każdym razie: zaczynał karierę w barwach Deportivo La Coruna. Co ciekawe – debiutował w starciu z Barceloną, przegranym 1:6. Musiał jednak grać znakomicie, bo wystarczył jeden sezon, by sięgnęła po niego właśnie Duma Katalonii. Grał jako pomocnik, niezwykle elegancki, świetnie rozgrywał, ale i bez najmniejszych problemów wcielał się w rolę napastnika finalizującego akcje.
Dla Barcelony był kluczowy. Szczególnie, gdy do klubu trafił Helenio Herrera, legendarny trener. Herrera przestawił go nieco do przodu i bliżej lewej strony. To była legendarna formacja Barcy, obok Suareza grali jeszcze Ladislao Kubala, Zoltan Czibor, Sandor Kocsis czy tacy gracze jak Evaristo i Ramon Villaverde. W sezonie 1958/59 Barca była najlepszy na krajowym podwórku – wygrała i ligę, i Puchar Króla (a w zasadzie Generała, bo tak się wtedy zwał). Sezon później obroniła tytuł ligowy i dołożyła do tego Puchar Miast Targowych, zresztą drugi w dorobku Suareza.
Nie udało się za to Hiszpanowi wygrać Pucharu Mistrzów z Barceloną, bo w sezonie 1960/61 Katalończycy ulegli w finale Benfice. Gdy jednak ten finał rozgrywali, miał już na koncie Złotą Piłkę, zostając pierwszym Hiszpanem i pierwszym pomocnikiem, który tę nagrodę otrzymał – zdobył ją za rok 1960, wyprzedzając Ferenca Puskasa i Uwe Seelera. W Barcy czuł się jednak coraz gorzej, wygwizdywać zaczęli go fani tej ekipy, bo dochodziły do nich pogłoski, że Suarezowi nie podoba się wewnętrzna rywalizacja z Kubalą.
W 1961 roku pojawiła się szansa. Chciał Suareza bowiem Helenio Herrera, który wcześniej odszedł do Interu. Hiszpan zdecydował się na ten ruch – zapłacono za niego szalone i rekordowe wówczas 152 tysiące funtów – a Luis przeniósł się na Półwysep Apeniński. Trafił idealnie. W Interze grał dziewięć lat, został gwiazdą i legendą tego klubu. Prowadził go do dwóch triumfów w Pucharze Mistrzów i trzech mistrzostw kraju. To były złote czasy mediolańskiej ekipy. I tak po prawdzie dziwi, że w 1964 roku nie otrzymał drugiej Złotej Piłki – Inter był wówczas najlepszy w Europie, dokładnie tak jak… Hiszpanie.
Nagroda powędrowała jednak w ręce Denisa Lawa z Manchesteru United. A wydaje się, że powinien ją otrzymać Suarez. Gdyby tak było, byłby drugim w historii – po Di Stefano – człowiekiem, który dostał ją dwa razy. Zresztą na podium Złotej Piłki stal cztery razy: drugi był jeszcze w 1961 roku (minimalnie przegrał z Omarem Sivorim), a trzeci w 1965 (lepsi byli Eusebio i klubowy kolega Luisa, Giacinto Facchetti, genialny lewy obrońca).
1. ANDRES INIESTA

W pewnym sensie to następca Suareza, na którego Hiszpanie długo czekali. Grać potrafił i w środku, i bliżej lewej strony. Elegancki, ale i (w sensie czysto piłkarskim) wybuchowy, eksplozywny, potrafiący jedną akcją kompletnie odmienić losy spotkania. Kluczowy dla losów Barcelony w XXI wieku, najlepszy w tych najważniejszych momentach. Bo przecież czegokolwiek nie myśli się o dwumeczu Chelsea z Barceloną w 2009 roku, to jednak bramka Iniesty była genialna. I najważniejsza.
Jego wielki talent jako jeden z pierwszych w pełni dostrzegł Pep Guardiola. Do legendy przeszła rozmowa z Xavim, którą odbył, gdy zobaczył nastoletniego Andresa w szkółce Barcelony. Jeden wielki pomocnik powiedział wtedy drugiemu: „Ten dzieciak wyśle nas na emeryturę”.
Guardiola – który był zresztą idolem Andresa – faktycznie niedługo potem z Barcelony odszedł i grał jeszcze kilka lat w mniejszych klubach. Xavi okazał się jednak dla Iniesty idealnym partnerem, to oni stworzyli wybitny duet, może najlepszy w dziejach – to już kwestia gustu i klubowych sympatii – jeśli o pomoc chodzi. A z Sergio Busquestem być może najlepsze trio (znów: kwestia osobistego zapatrywania się na tę sprawę), jakie biegało po murawach. Nie tylko w Hiszpanii.
Gdyby autor dodawał tu osobiste opinie, napisałby teraz, że z całego składu tej najlepszej Barcelony, zawsze najbardziej podziwiał Iniestę. Bo było w jego grze coś niezwykle niepozornego. Leo Messi w zasadzie niezmiennie był wielki, Xavi spokojny, przechodziła przez niego większość akcji, stale więc obecny. Napastnicy – Thierry Henry, Samuel Eto’o czy David Villa – robili swoje. Obok nich wszystkich był jednak Andres Iniesta.
Z perspektywy czasu zdaje się, że działał jak klej. Robił to, co akurat było potrzebne. Zawsze znajdował się tam, gdzie wypadało.
I o rany, jak on potrafił wyłonić się znikąd. Genialna technika, dobre wykończenie, fantastyczna wizja gry. Łączył wszystko, ale niekiedy chował te atuty na potrzeby taktyki. Nie narzekał na to, że ma grać drugie czy trzecie skrzypce, nie przerażało go też, gdy musiał przejąć pałeczkę i poprowadzić zespół do sukcesu. Czy to w Barcelonie, czy w kadrze – był gotów na wszystko. I w zasadzie często wszystko robił, przynajmniej w fazie ofensywnej.
A poza tym – jak on czarował z piłką przy nodze! Messi robił to trochę inaczej, miał może lepszy drybling, ale oparty bardziej na fantastycznym odejściu od rywali, przyspieszeniu, nagłych skokach. Iniesta mógł w zasadzie z piłką dreptać, po prostu iść, a i tak zapewne utrzymałby ją przy nodze mimo interwencji rywali. Było w tym coś innego, magicznego. W dodatku to taki piłkarz, którego po prostu nie sposób było nie szanować. Wielu kibiców Realu Madryt pewnie żywiło wobec niego podobne uczucie, co fani Barcelony wobec – dajmy na to – Luki Modricia.
Nie lubili go, owszem. Ale trudno było nie kiwnąć głową z uznaniem, gdy akurat prezentował swoje najlepsze zagrania.
A Hiszpanie – cóż, Hiszpanie oklaskiwali go od pewnego momentu wszędzie. Niezależnie od stadionu, Iniesta mógł liczyć na ciepłe przywitanie. Wystarczył do tego jeden gol, ten z 2010 roku, z meczu przeciwko Holandii. Bo po tym jak Iker Casillas zatrzymał Arjena Robbena, ktoś musiał jeszcze trafić do siatki po drugiej stronie. Padło na Andresa.
I w sumie dobrze, że na niego padło. Trudno było o lepszego kandydata.

SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix