W Polsce najsłynniejszym listonoszem, który się przebranżowił, pozostaje Piotr „Kękę” Siara, ale Belgowie mają mocną odpowiedź w temacie. Thomas Meunier pocztę roznosił krótko, ale jednak. Właśnie zalicza swój trzeci mundial i liczy, że zdobędzie na nim drugi medal. W piłkę zamierza grać do czterdziestki. Potem? Potem będzie mógł w spokoju skupić się na sztuce.
– Od picia kawy w fabryce samochodów do gry z Neymarem. Życie nie powinno tak wyglądać – w ten sposób Thomas Meunier kończy tekst o sobie na popularnej platformie The Players Tribune, gdzie zawodnicy opowiadają o swoich losach w pierwszej osobie. Historia, którą przedstawił Meunier, była o tyle niezwykła, że pokazywała drogę do wielkości człowieka, który w pewnym momencie bardzo w siebie zwątpił.
Spis treści
Mistrzostwa Świata 2026. Thomas Meunier i jego nietypowe pasje
Thomas Meunier nie był w Belgii talentem nieznanym. Syn piłkarza-amatora trafił do akademii Standardu Liege. Był zwykłym chłopakiem pochodzącym z niewielkiej miejscowości. Robotnicza rodzina i ojciec, który po godzinach kopał piłkę na lokalnym poziomie, ale brał to na serio. Wiele rzeczy brał zresztą na serio, co generowało spięcia w domu: rodzice Thomasa się rozwiedli, dzieci ciężko to zniosły.
– W domu było intensywnie. Razem z siostrą zamieszkaliśmy u matki, co było dla niej bardzo trudne. Bardzo się starała, żebyśmy mieli pełną lodówkę. Pracowała jako pielęgniarka, potem sprzątała domu. Wieczorem dorabiała jeszcze w restauracji – pisał reprezentant Belgii.
Dla Meuniera ucieczką była akademia Standardu, bo musiał przeprowadzić się do Liege, zamieszkać w bursie. Mógł zacząć od nowa, ale po dwóch latach piękna przygoda się skończyła. Trener przekazał mu, że się nie nadaje.
– Może zabrzmi to śmiesznie, ale dla mnie to nie była katastrofa. Piłka nożna nie była jedyną radością w moim życiu, więc pomyślałem, że pójdę do normalnej szkoły, będę robił normalne rzeczy i cieszył się życiem. Przekazałem rodzicom, że rezygnuję na dobre. Nie miałem już pasji, moje marzenie było martwe – tłumaczy sam zainteresowany.
Dekady po tamtych wydarzeniach powstają całe analizy, prace naukowe o tym, co dla dziecka znaczy zostać wyrzuconym z akademii piłkarskiej. Kluby są uczulane, że pogoń za elitarnym talentem największej kosztuje odrzuconych. Zwłaszcza że w wielu przypadkach trener czy dyrektor po prostu się myli, wskazując na niewłaściwą jednostkę. Meunier na The Players Tribune bagatelizował ten temat, ale w „Guardianie” przyznał, że bardzo go to zabolało.
– Wyzwania z młodości ukształtowały mój charakter. Jeśli jesteś nastolatkiem, skupiasz się wyłącznie na piłce i słyszysz od klubu, że nie jesteś wystarczająco dobry, możesz być w szoku.
W szoku był też Meunier senior. Przestał rozmawiać z synem o piłce, czuł rozczarowanie. Thomas stwierdził nawet, że marzenie ojca też wtedy zniknęło. O karierę zawalczyła jednak matka, która widziała, jak wiele znaczy dla syna ganianie za piłką.

Przez trzecią ligę do PSG. Thomas Meunier składał samochody i roznosił listy
Załatwiła mu testy w lokalnym zespole – Virton. Trzecia liga, najpierw jeszcze akademia. Thomas Meunier strzelił dziesięć goli w sparingu i trener kazał mu tylko wybrać numer na koszulce. Nie miał wątpliwości, że chce go w zespole. Belg dziś gra na prawym boku obrony czy też wahadle, natomiast w przeszłości był napastnikiem. I w Virton zaczął strzelać na zawołanie, na wszelkie sposoby. Nawet najbardziej szalone, bo pakował bramki z dystansu, z przewrotki, jak tylko się da.
Istniał jednak pewien problem. Virton płacił mu 400 euro miesięcznie. Nie dało się z tego wyżyć, więc Thomas stanął przed wyborem: albo praca, albo studia. To drugie wykluczało aktywną grę, więc postanowił poszukać roboty w okolicy. Meunier najpierw został listonoszem, potem pracował w fabryce samochodów.
– Roznoszenie poczty jest o wiele trudniejsze, niż może wam się wydawać. Wstawałem o piątej i zaczynałem trasę. Zatrzymujesz samochód, wychodzisz, idziesz do skrzynki, sortujesz pocztę, wracasz. I od nowa, co dziesięć metrów. Gdy pada i musisz przejść 50 metrów do skrzynki, poważnie się męczysz. Gdy wracałem do domu, byłem tak wyczerpany, że spałem całe popołudnie! – opowiadał sam zainteresowany.
Po kilku miesiącach Thomas Meunier dał sobie z tym spokój. Zaciągnął się do fabryki okien samochodowych, gdzie rutyna wyglądała podobnie. Pobudka o piątej, pół godziny dojazdu do pracy. Łyk kawy, początek zmiany o szóstej. Reprezentant Belgii był monterem przednich szyb w samochodach znanych, zachodnich marek. Po czternastej, po ośmiu godzinach pracy, szedł na trening. W poniedziałki atmosfera w fabryce była najlepsza: kumple mogli analizować jego występy dla Virton. Czasami dawali mu w kość.
– Podobało mi się to, było tam mnóstwo młodych pasjonatów futbolu. Rozmawialiśmy o nim cały dzień. Cieszę się z tego doświadczenia, nauczyło mnie ważnych rzeczy w życiu. Przede wszystkim szacunku do tego, co masz. Gdy jako nastolatek zarabiasz 50 tysięcy miesięcznie, możesz zwariować. Lekcja, którą odebrałem, dała mi dobre fundamenty na resztę życia – stwierdził w jednym z wywiadów.
Thomas Meunier zarabiał 1250 euro miesięcznie i grał w trzeciej lidze, ale jego życie kompletnie się zmieniło. Club Brugge zaryzykował, wydał 100 tysięcy euro na zdolnego, młodego piłkarza z niższej klasy rozgrywkowej i uruchomił domino, które doprowadziło Belga do Paris Saint-Germain.
Meunier na salonach. PSG to wielki bankiet, Paryż kusił muzeami
Club Brugge to klub jego dziadka. Kibicował mu najmocniej. Ojciec też był szczęśliwy: wydarł się przez telefon, że jego synowi się udało. W Virton siadał w rogu trybuny i oglądał samotnie mecze syna, wciąż wierząc, że jeszcze się przebije. Natomiast od „przebije się” do gry z gwiazdami w PSG daleka droga. Thomas Meunier po latach przyznał, że w Paryżu czuł się jak w innym świecie. Żartował, że Thiago Motta nawet nie pamiętał, że wymienili się koszulkami: do tego stopnia był nieznany.
– To była niekończąca się impreza urodzinowa. W Brugii zresztą świętowaliśmy urodziny grając w rzutki czy bilard lokalu. Tu wynajmowano pałace, całe budynki, organizowano bankiety dla setek osób. Wtedy widzisz, że to nie są piłkarze, to gwiazdy – opowiadał Meunier.
W stolicy Francji czuł się jednak jak ryba w wodzie. Wszystko przez… sztukę. Thomas był oszołomiony liczbą muzeów, galerii, które mógł odwiedzić. Sztuka od zawsze była dla niego ważna, zaraziła go tym babcia, nauczycielka. Jak sam mówi: jedyna osoba w robotniczej rodzinie, która miała pojęcie o artystach, muzyce.
– Był okres, w którym mówiłem, że zostanę rysownikiem, twórcą kreskówek. Byłem wielkim fanem Królika Bugsa! – chwalił się Belg.

Koszulki inspirowane lokalnym artystą na pewno przypadły do gustu Meuniera.
Studiował więc sztukę i odwiedzał różne przybytki. Podziwiał Francisa Bacona, Victora Vasarely’ego oraz Salvadora Dalego. Tapeta na telefon z obrazem Dalego sprawiła zresztą, że o nietypowej pasji dowiedzieli się dziennikarze. To znaczy: przed tym, jak Thomas Meunier sam został mecenasem sztuki. Piłkarz nie ograniczył się bowiem do tego, że spełnił marzenie i kupił sobie dzieła ulubionych malarzy. Wspólnie z przyjacielem, byłym agentem, stworzył adresowany do artystów projekt: Play It Art.
– Działamy jak sponsor. Rekrutujemy talenty i prosimy ich o prace związane ze sportem. Nie wszyscy się zgadzają, bo instrukcje nie są częścią tożsamości artysty. Niektórzy jednak próbują wykorzystać swój dar: malarstwo, rzeźbę, fotografię – tłumaczył Meunier w belgijskich mediach, gdy w Brukseli odbywała się premiera wystawy w ramach wspomnianego projektu.
When Football Meets Art było zbiorem dzieł inspirowanych futbolem. Często przekraczających granicę, stąd Lionel Messi sportretowany w koszulce Realu Madryt. Prace artystów są po czasie licytowane, a dochód z ich sprzedaży trafia na konto fundacji, która wspiera integrację młodzieży z biednych rodzin.
Meunier zabiera dzieci do muzeów. „Chcę, żeby interesowały się czymś więcej niż TikTokiem”
Thomas Meunier sam tworzył sztukę. Wykorzystywał wiedzę przekazaną przez babcię, ale z uśmiechem przyznaje, że od kiedy ma trójkę dzieci, jego kariera artysty jest już skończona. Zamierza grać w piłkę do czterdziestki i może potem znów chwyci za pędzel, ołówek, cokolwiek. Póki co zajmuje się tym, żeby zarazić najmłodszych swoją pasją.
– Chodzimy z dziećmi na wystawy. Chcę, żeby interesowały się czymś więcej niż TikTok-iem. Ostatnio pokazywałem im wystawę o kulturze i historii Egiptu – tłumaczył na oficjalnym kanale reprezentacji Belgii.
Jak sam twierdzi, wizyty w muzeach dają mu „emocje intelektualne”, bo patrzy na rzeczy, które „muszą być zrozumiane i mogą nauczyć nas, jak coś rozumieć”.
– Chodzi o podjęcie wysiłku, otworzenie umysłu i dążenie do wiedzy, odkrywania świata. Kiedy zacząłem w to wsiąkać, podobał mi się kubizm i surrealizm. To trochę belgijska rzecz. Artyści flamandzcy mieli ogromny wpływ na sztukę. Teraz odkrywam ją poprzez znajomości, częściej patrzę na rzeźby, architekturę. Bardzo lubię nową sztukę, skandynawski styl: jest o wiele bardziej neutralna. Każdy znajdzie powód do jej odkrywania – twierdził w rozmowie z „Champions Journal”.
Jeśli więc komuś podobają się koszulki reprezentacji Belgii inspirowane dziełami Rene Magritte’a, to na pewno jest to Thomas Meunier. Być może nawet tłumaczy swoim kolegom z kadry, dlaczego taki wybór to znakomity pomysł? W końcu belgijski dinozaur, weteran wielkich imprez, dostrzega zmiany pokoleniowe w szatni.
– To jak eksperyment. Ich mentalność, podejście jest inne. Gdy wchodziłem do szatni, Instagram był popularny, ale teraz mamy generację TikToka. Wszyscy tańczą i słuchają gównianej muzyki! – śmiał się w rozmowie z kanałem belgijskiej federacji.
Dla młodych Belgów mamy jedną radę – słuchajcie Thomasa Meuniera. To facet, który przeżył tyle, że może tym obdzielić całą szatnię. W pewnym momencie nie tylko założył własne biznesy, lecz też… został swoim własnym agentem. Był listonosz, jest self-made-man. Idealnie pasuje do american dream, motywu tego mundialu.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix