Inna Iga Świątek. Spokojna wygrana z Karoliną Pliskovą

Sebastian Warzecha

02 lipca 2026, 16:14 • 3 min czytania 14

Reklama
Inna Iga Świątek. Spokojna wygrana z Karoliną Pliskovą

Słaby był pierwszy mecz Igi Świątek w tegorocznym Wimbledonie. Owszem, z Taylor Townsend ostatecznie wygrała, ale jej gra w żadnym razie nie zachwycała. Dziś na kort wyszła już jednak inna Iga Świątek. Odmieniona, choć pewnie jeszcze nie w najlepszej formie. I ta inna Iga spokojnie poradziła sobie z Karoliną Pliskovą. Jest III runda Wimbledonu.

Reklama

Iga Świątek w lepszym stylu. Polka w III rundzie Wimbledonu

Karolina Pliskova najlepsze lata ma za sobą, ale to nie znaczy, że nie bywa groźna, nawet dla najlepszych zawodniczek. Zwłaszcza na trawie, bo tam jej serwis jest lepszą bronią, niż na innych nawierzchniach. Zresztą – Karolina była w londyńskim turnieju w finale, ale w 2021 lepsza od niej okazała się Ash Barty. Niemniej: to nadal tenisista, która swoje potrafi, nawet jeśli jeszcze niedawno była poza najlepszą setką, a do Wimbledonu przystępowała jako 73. zawodniczka świata.

Choć akurat Iga potrafi z nią grać – w bezpośrednich meczach miała przed dzisiejszym starciem bilans 3:0, do tego dwa inne spotkania się nie odbyły, bo Pliskova oddała je walkowerem. Wspomnieć wypada tu też finał turnieju w Rzymie z 2021 roku, gdy Świątek wygrała w meczu o tytuł… bez straty gema. Dokładnie tak, jak rok temu – na Wimbledonie – pokanała Amandę Anisimovą.

Innymi słowy: Iga miała sposób na Pliskovą. I dziś też to udowodniła.

Grała bowiem dużo lepsze spotkanie niż dwa dni temu. Była pewniejsza swych zagrań, nie wpadała w spiralę błędów, równiejszy był też jej serwis. Sporo poprawiła, choć jeszcze daleko nam do optymizmu – w tym sezonie bywało już tak, że Polka grała świetne mecze, by potem wrócić znów do tej gorszej dyspozycji. Niemniej: Iga grająca jak dziś będzie zyskiwać przewagę z większością rywalek. Jak jednak w ogóle wyglądał dzisiejszy mecz?

Reklama

Ano tak, że w pierwszym secie na korcie była długimi momentami właściwie tylko Iga. Mecz zaczęła przecież od prowadzenia 4:0, z dwukrotnym przełamaniem Czeszki. Świetnie pracował forehand Polki, która umiejętnie wykorzystywała geometrię kortu i sprawiała problemy czeskiej rywalce, rozrzucając ją po korcie. Dopiero w piątym gemie miała Polka małe problemy i po części swoimi błędami oddała gema serwisowego. Czy jednak miało to jakiekolwiek większe konsekwencje? Nie, bo chwilę później po raz kolejny – już trzeci – przełamała Pliskovą.

A potem zamknęła seta.

Wygrała go 6:1, czyli… dokładnie tak wysoko, jak pierwszego w starciu z Townsend. Kluczem było, by dalsza część meczu toczyła się inaczej, niż w tamtym spotkaniu, bo Iga po 6:1 dla siebie, drugą partię z Amerykanką przegrała 2:6. Przez moment zdawało się, że Pliskova również może pokusić się o taką odmianę – na starcie seta przełamała Igę, prowadziła 2:0… i na tym w sumie skończyło się jej grożenie palcem. Potem inicjatywę na powrót przejęła Iga. Odłamała serwis, wyrównała stan rywalizacji, a w piątym gemie – po wielu rozegranych wymianach – zaliczyła kolejnego breaka.

Reklama

Jak wyszła na prowadzenie, to już nie odpuściła, tylko jeszcze mocniej docisnęła gaz w podłogę. Krótki moment słabości na starcie seta okazał się być jej jedynym w tym meczu – spotkanie wygrała 6:1, 6:3. Dołączyła tym samym do Huberta Hurkacza, który już wczoraj awansował do III rundy tego Wimbledonu. Jej rywalką będzie teraz (najpewniej) Alexandra Eala i to może być trudny mecz. Filipinka dobrze czuje bowiem trawę, ma szeroki wachlarz zagrań, zalicza do tego niezły sezon, a w przeszłości potrafiła już Igę pokonać (choć na kortach twardych).

Przekonamy się, co Iga pokaże, wobec takiego wyzwania.

Iga Świątek – Karolina Pliskova 6:1, 6:3

Reklama

Fot. Newspix

14 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

W Górniku nie mógł liczyć na regularne występy. Znalazł nowy klub

Mikołaj Duda
0
W Górniku nie mógł liczyć na regularne występy. Znalazł nowy klub

Inne sporty

Reklama