Sensacje fazy grupowej. W czyje ślady może pójść Republika Zielonego Przylądka?

Sebastian Warzecha

26 czerwca 2026, 21:05 • 10 min czytania 2

Reklama
Sensacje fazy grupowej. W czyje ślady może pójść Republika Zielonego Przylądka?

Republika Zielonego Przylądka, po dwóch remisach, jest bliska sensacyjnego wyjścia z grupy mistrzostw świata. Przed nią mecz z Arabią Saudyjską, jak na razie najsłabszą w tej grupie, który o tym zadecyduje. Jeśli się uda – Kabowerdeńczycy dołączą do grona krajów, których w fazie pucharowej nikt się nie spodziewał. A kto się tam znajduje obecnie? Oto pięć naszych wyborów.

Reklama

Mundial i sensacje. Republika Zielonego Przylądka będzie kolejną?

Oczywiście, że obecnie jest łatwiej – z grupy wyjść mogą nawet trzy drużyny. Czy jednak ktokolwiek postawiłby, że w tej grupie znajdzie się właśnie RZP? Wątpliwe. Tymczasem Kabowerdeńczycy zszokowali świat już w pierwszym meczu, gdy zremisowali 0:0 z Hiszpanią, a potem poprawili drugim spotkaniem – kiedy udało im się strzelić dwie bramki Urugwajowi i znowu zremisować, tym razem 2:2.

Z Arabią Saudyjską zdecydowanie nie stoją na straconej pozycji. Jeśli awansują, sprawią sensację. A kto sprawiał takie w przeszłości?

Oto nasze zestawienie – kolejność tej „wielkości” sensacji jest jednak tylko sugerowana, zachęcamy was do podzielenia się swoją.

1. KOSTARYKA (2014)

Zaczynamy od Kostaryki, która w tamtym momencie nie była już aż taką egzotyką. Grała na mistrzostwach w 2002 i 2006 roku – ominęła te w RPA – i miała w składzie kilku znanych skądinąd zawodników – na przykład Keylora Navasa, który w sezonie 2013/14 zachwycał w La Lidze. Wtedy jeszcze w barwach Levante, po mistrzostwach zgarnął go Real Madryt i to z nim w bramce Królewscy wygrali trzy Ligi Mistrzów.

Reklama

Niemniej: Kostaryka była skazywana na pożarcie.

Dlaczego? Prosta sprawa. Wylądowała w grupie z czwartą drużyną poprzedniego mundialu, czyli Urugwajem, który… i tak miał być najsłabszym z jej rywali. Oprócz niego byli tam też bowiem Włosi i Anglicy. Grupa śmierci, zdecydowanie. Tyle że polegli tam właśnie reprezentanci Italii i Synowie Albionu. Kostaryka szokowała, bo grupę… wygrała! Solidna obrona, dobre kontry – to była podstawa jej gry.

I tyle wystarczyło.

Najpierw nadział się na nią Urugwaj, który dobrze zaczął (gol Cavaniego w 24. minucie), ale w drugiej połowie dał się dwukrotnie zaskoczyć – najpierw w 54. minucie trafił Joel Campbell, a trzy minuty później wyprowadził zawodników z CONCANCAF na prowadzenie Oscar Duarte. Urugwaj próbował wyrównać, ale bił głową w mur, a Kostaryka na koniec dołożyła jeszcze jedno trafienie – tym razem jego autorem był Marcos Urena.

Reklama

Włosi dostali raz, ale tyle wystarczyło, bo na bramkę Bryana Ruiza z 44. minuty nie znaleźli odpowiedzi. I obrońcy, i Keylor Navas w bramce, wyczyniali bowiem cuda. Anglicy też rywalom nie strzelili, ale oni akurat bramki również nie dostali. Co było marnym pocieszeniem – to był ich jedyny punkt w tamtej grupie. A Kostaryka zgromadziła ich 7 i awansowała dalej. Potem pokonała jeszcze Greków (po karnych) i poległa dopiero w konkursie jedenastek przeciwko Holendrom.

Z grupy śmierci doszli do ćwierćfinału. Solidny wyczyn.

2. KOREA PÓŁNOCNA (1966)

Nikt nic nie wiedział o tamtej ekipie. No bo skąd? Koreańczycy z Północy grali w swoim świecie, a azjatyckimi rozgrywkami też niewiele osób w świecie zachodniej piłki się interesowało. Nie mieli, oczywiście, żadnego zawodnika, który by ich futbol reklamował w Europie czy Ameryce – wszyscy grali w swojej lidze. Nikt ich nie znał do tego stopnia, że… po porażce z tą ekipą Włosi oskarżali Koreańczyków, że ci w przerwie wymienili całą jedenastkę, ale nie dało się tego rozpoznać, bo wszyscy byli do siebie podobni!

Reklama

(Co doprowadziło zresztą do żartów o tym, że Włosi nie tylko przegrali z Koreą Północną, ale w dodatku z jej rezerwami).

W Anglii, gdzie odbywały się tamte mistrzostwa, Koreańczyków wspomina się dobrze. Sprawili niespodziankę, ale też ponoć zżyli się z miejscową ludnością, bo przez całe mistrzostwa siedzieli w Middlesbrough, a miejscowa ludność postanowiła ich wspierać – sami zawodnicy mówili potem, że nie rozumieli, skąd ten doping, ale po prostu się nim cieszyli.

W każdym razie: sam fakt, że zagrali na mistrzostwach, już był wyczynem. W ówczesnym rozkładzie miejsc przypadało jedno na Azję, Afrykę i Oceanię! A raczej: powinien być wyczynem. Afryka zbojkotowała bowiem tamte mistrzostwa (przez brak bezpośredniego miejsca dla ekipy z Afryki na nich), potem zdyskwalifikowano jeszcze RPA, które chciało grać, a na koniec wykruszyła się Korea Południowa.

I wyszło, że o awans grały ze sobą Australia oraz Korea Północna. Już wiecie, kto wygrał.

Reklama

A same mistrzostwa? Koreańczycy oberwali na start od własnych braci ze Związku Radzieckiego, ale potem przyszedł remis z Chile i ten mecz z Włochami (1:0), po którym oskarżono ich o oszustwo. Niczego jednak udowodnić się nie udało, więc ekipa z Azji grała dalej. A w ćwierćfinale zagrała najlepszy mecz na tamtym turnieju i… przegrała. Zapewne jednak żadne z zawodników nie zapomni tego, że w pierwszych 25 minutach strzelili trzy gole, a wielka Portugalia z Eusebio żyła w strachu.

Ale to właśnie Eusebio był bohaterem – trafił do siatki czterokrotnie (dwa razy z karnych), do tego dołożył się Jose Augusto i Portugalia wygrała 5:3. Ale w Middlesbrough do dziś pamiętają tamtą ekipą Korei Północnej.

3. KOSTARYKA (1990)

Tak, to znowu oni! Czy raczej: to oni po raz pierwszy. Okazuje się, że ma Kostaryka umiejętność zaskakiwania na mistrzostwach. Wtedy w sumie podwójnie, bo ze strefy CONCACAF było znacznie mniej miejsc niż obecnie. Konkretnie: dwa. Dostali się wtedy na mistrzostwa Amerykanie i właśnie Kostaryka. Reprezentacja z Ameryki Środkowej skorzystała na… dwuletniej dyskwalifikacji Meksyku za fałszowanie aktów urodzenia piłkarzy.

Reklama

Jednak już na mistrzostwach okazało się, że Meksyk – mieli grać z Kostaryką bezpośredni dwumecz w drugiej z trzech faz kwalifikacji – wcale nie musiał mieć z tą ekipą łatwo. Kostaryka zagrała bowiem znakomity turniej, serio. Jako debiutant wyszła z grupy i była to grupa w dodatku trudna. Może nie tak, jak ta z 2014 roku, ale Brazylia, wiadomo, zawsze budziła respekt. A do tego dochodziły dwie stosunkowo mocne europejskie marki: Szkocja i Szwecja. Ci drudzy cztery lata później zdobędą brązowy medal na mundialu w USA.

Tymczasem okazało się, że wszyscy w grupie zgodnie przegrali z Brazylią, Szkocja wygrała ze Szwecją, ale Kostaryka pokonała obie ekipy na „Sz”.

Ze Szkotami zawodnicy z Ameryki wygrali 1:0, po bramce Juana Cayasso (po mundialu wyjechał na dwa lata do Europy, trafił do Stuttgarter Kickers, ale niemieckich rozgrywek nie podbił), potem przegrali tym samym stosunkiem bramek z Brazylią. O wszystkim miał więc rozstrzygać mecz ze Szwecją, która… też jeszcze miała szanse na awans! Brazylia grał bowiem równocześnie ze Szkocją, gdyby wygrała, a Szwecja pokonała Kostarykę, wszyscy poza Canarinhos mieliby dwa punkty.

Niczego nie zdradzając zachęcam, żebyście obejrzeli poniższe wideo do końca.

Reklama

I początkowo Szwedom wszystko się układało – w 32. minucie trafił Johnny Ekstroem. Ale nie upilnowali tego meczu. W 75. minucie na 1:1 strzelił Roger Flores, a w 88. dobił ekipę ze Skandynawii Hernan Medford. Ten ostatni też spróbował sił w Europie, ale… na wypożyczeniach z Deportivo Saprissa. Był w Dinamie Zagrzeb, Rapidzie Wiedeń czy Rayo Vallecano. Dopiero w 1994 roku wyjechał jednak z ojczyzny na stałe i trafił do ekip z Meksyku – najpierw Pachuki, potem Leon i Necaxy. Na koniec kariery wrócił do Saprissy, grał tam do 2003 roku i dalej reprezentował swój kraj – stał się jego legendą, bo to jego trafienie dało Kostaryce awans na MŚ 2002.

W fazie pucharowej żaden z nich nie trafił, strzelił za to Ronald Gonzalez. Gdy trafiał, zrobiło się 1:1 w meczu z Czechosłowacją. Europejska ekipa jednak docisnęła i pomiędzy 63. a 82. minutą trafiła trzykrotnie. Mecz skończył się wynikiem 4:1, a bohaterem był Tomas Skuhravy, strzelec hat-tricka. W Kostaryce jednak bohaterów mundialu 1990 fetuje się do dziś, tyle że teraz razem z tymi z 2014 roku.

4. ARABIA SAUDYJSKA (1994)

Tak się składa, że mamy w gronie tych pięciu ekip rywala Republiki Zielonego Przylądka w meczu o awans. Arabowie w 1994 roku debiutowali na mundialu. Prowadził ich wówczas Jorge Raul Solari, choć tak naprawdę trudno rozstrzygnąć, któremu trenerowi Arabii należałyby się gratulacje za awans na ten turniej. Tylko od 1990 roku – a więc poprzedniego mundialu – trenowali tę ekipę:

Reklama
  • Paulo Massa (Brazylia): 1990.
  • Nelsinho Rosa (Brazylia): 1990-1992 (inne źródła mówią, że objął zespół dopiero w 1992 roku, a wcześniej był on bez trenera).
  • Candinho (Brazylia): 1993.
  • Leo Benhakker: 1993-1994.
  • Ivo Wortmann: 1994.

I wreszcie po nich nastał Solari, który zresztą też jeszcze w 1994 roku ze stanowiska odszedł. W międzyczasie jako trener tymczasowy, na jeden mecz, pojawił się też Mohammed Al-Karashi, który potem objął na moment to stanowisko po Argentyńczyku. Ale to wszystko tak naprawdę nieistotne – choć chcieliśmy, żebyście mieli świadomość sytuacji – a istotne to, co na mundialu. A tam Arabia zaskoczyła i to naprawdę konkretnie.

Tak jak Koreańczycy w 1966 roku, tak i Arabowie grali składem złożonym wyłącznie z zawodników z własnej ligi. Z Arabii docierały też informacje o tym, że urządzano im długie zgrupowania, by przygotować do mundialu, ignorując tak naprawdę rozgrywki klubowe. Czy się opłaciło? Zdecydowanie.

Arabowie trafili do całkiem solidnej grupy z Holandią, Belgią i Marokiem. Mieli być chłopcami do bicia, tymczasem tymi okazało się Maroko (no, nie do końca, przegrało co prawda wszystkie trzy mecze, ale zawsze tylko jedną bramką). Pozostałe trzy ekipy z kolei… powymieniały się wygranymi. Holandia na inaugurację zaczęła od triumfu nad Arabią (2:1), ale potem przegrała z Belgią. Belgia ograła Maroko i Holandię. A Arabia – Maroko oraz Belgię.

W obu przypadkach kluczowa była defensywa. Z Marokiem udało się triumfować 2:1, a gole zdobyli Sami Al-Jaber (z karnego) oraz Fuad Amin, dla którego było to drugie trafienie na tym turnieju (to on strzelił Holandii, otwierając zresztą wynik tamtego spotkania). Z Belgią już w 5. minucie trafił Sa’id al-Uwajran (legendarna bramka, niby Maradona, zobaczcie poniżej), a Saudowie mogli w efekcie wyczekiwać na to, co pokażą ich rywale. Ci nie pokazali jednak nic na tyle dobrego, że pozwoliłoby im to trafić do siatki.

Reklama

Efekt? Trzy zespoły, każdy po 6 punktów i każdy z bilansem bramkowym +1. Grupę wygrała ostatecznie Holandia, Arabia była druga, a trzecia Belgia też wyszła – to były czasy 24 ekip na mundialu. Kto wie, co by było, gdyby Arabowie zmagania w tej grupie wygrali – Holendrzy trafili bowiem na Irlandię i spokojnie ją pokonali (2:0), a ulegli dopiero Brazylii, późniejszym mistrzom świata, w ćwierćfinale. Belgom dostali się Niemcy i w efekcie przegrali już w 1/8 (choć po konkretnej walce, 2:3).

Arabia dostała za to Szwecję, która stała się rewelacją tego turnieju i sięgnęła po brązowy medal. Martin Dahlin oraz Kennet Andersson trafili łącznie trzykrotnie. Jednak nikt Arabii nie mógł zabrać trzech minut uniesienia – gdy w 85. minucie na 1:2 trafił Fahad Al-Ghesheyan i nadzieje tamtejszych fanów musiały odżyć. W 88. sprawę swoim drugim trafieniem zamknął jednak Andersson.

5. SŁOWACJA (2010)

Pamiętacie tę grupę? Cuda działy się wówczas w RPA. Odpadli bowiem obrońcy tytułu mistrzów świata, czyli Włosi. A odpaść w zasadzie nie mieli prawa, bo poza nimi rywalizowali w tejże grupie reprezentanci Paragwaju, Nowej Zelandii i Słowacji. W zasadzie każdy zakładał, że Włosi spokojnie tę grupę wygrają, a za ich plecami uplasuje się Paragwaj. Zgadzało się to, że ekipa z Ameryki Południowej była najlepsza z pozostałych trzech – to oni ostatecznie wygrali grupę.

Reklama

I to z nimi na inaugurację Włosi zrezygnowali, co nie budziło jeszcze przesadnie negatywnych emocji. Tym bardziej, że w drugim meczu Słowacja też podzieliła się punktami z Nową Zelandią – dla tych pierwszych trafił rewelacyjny wtedy Robert Vittek, drudzy wyrównali za sprawą gola Winstona Reida w 93. minucie.

Potem Słowacy przegrali jednak z Paragwajem 0:2 i wydawało się, że mogą żegnać się powoli z turniejem. A tu niespodzianka: Włosi znów zremisowali! Tym razem z Nową Zelandią. I Słowacy nie mieli może wszystkiego w swoich rękach, ale mogli mieć nadzieję. I może to ona popchała ich do prawdziwego piłkarskiego cudu.

Bo najpierw była minuta 25., a Robert Vittek trafił w tamtym meczu po raz pierwszy, mierzonym strzałem przy lewym (z jego perspektywy) słupku, po błędzie w rozegraniu Włochów. Potem – 73. i dołożył drugą bramkę, tym razem z bliskiej odległości, po zgraniu do środka. W międzyczasie Słowacy ratowali się jeszcze wybijaniem piłki z linii bramkowej, ale i to robili skutecznie. Gdy jednak Antonio Di Natale w 81. dał Włochom kontakt, wydawało się, że Italia jednak może straty odrobić…. I była tego bliska, jednak gola na 2:2 spaliła.

Reklama

A potem, w 89. minucie, na 3:1 trafił Kami Kopunek, dla którego strzał był pierwszym dotknięciem piłki w meczu! Bramkę kontaktową już w doliczonym czasie gry zdobył jeszcze (fantastycznym strzałem zza pola karnego) Fabio Quagliarella, a na koniec doskonałą okazję zmarnował Simone Pepe. Słowacja się wybroniła, Słowacja wytrwała. A że w drugim meczu padł bezbramkowy remis, to Słowacy wyszli z grupy kosztem Nowej Zelandii (która nie przegrała meczu!) i Włochów.

Nasi południowi sąsiedzi odpadli w 1/8 finału, z Holandią, ale i tam walczyli – przegrali 1:2 (gole strzelali im ci wielcy: Arjen Robben i Wesley Sneijder), ale w 94. minucie z karnego trafił jeszcze Robert Vittek. Po raz czwarty i ostatni na tamtym turnieju. Więcej bramek mieli tylko królowie strzelców: Thomas Mueller, David Villa, Wesley Sneijder i Diego Forlan, wszyscy po pięć. A przecież każdy z nich zagrał w RPA siedem meczów.

SEBASTIAN WARZECHA

Reklama

Fot. Newspix

2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mundial 2026

Reklama