Istnieją dwie wersje tej historii, ale łączy je jedna, fundamentalna cecha. Żadna z nich nie ma absolutnie nic wspólnego z prawdą. Siedzą w Ghanie dziadkowie i wujkowie, nawijają dzieciakom makaron na uszy, te wierzą w piękną opowieść jak w Świętego Mikołaja i na koniec dowiadują się, że to wszystko była blaga. Piękna, ale jednak blaga.
To artykuł z mundialowego cyklu „Kilka minut w…”, w ramach którego na parę chwil zabieramy was do krajów-uczestników tegorocznych mistrzostw świata. Opowieści, ciekawostki, wspomnienia – jedna historia na jedną reprezentację marzącą o podbiciu największej futbolowej sceny.
Jeśli ktoś, będąc naprawdę małym szkrabem, nie wierzył, że piłkarze mogą mieć jakieś supermoce, niech pierwszy rzuci kamieniem. Roberto Carlos na przykład – na pewno miał w sobie coś nieziemskiego, co pozwalało mu kopać najmocniej na świecie. Albo Ronaldinho, który na bank hipnotyzował rywali swoim tańcem z piłką i przez to oni tak łatwo mu ulegali. Ja, przyznaję się bez bicia, wierzyłem kiedyś, że Wayne Rooney ma umiejętność podobną do komikosowego Hulka i w trakcie meczów robi się bardziej muskularny na zawołanie. A potem trochę odpuszcza.
Istnieje więc ryzyko, że dorastając w Ghanie dałbym się nabrać na opowieść o wielkim meczu tamtejszej reprezentacji z kadrą narodową Indii, który miał się zakończyć kosmicznym wynikiem 1:100. Albo 1:99, mówiłem przecież, że istnieją dwie wersje tej historii.
Wspaniały mecz, który nigdy się nie odbył
Po co to wszystko? Dla hecy – tak naprawdę nie było żadnego powodu, by reprezentacja Ghany jechała taki kawał do Indii tylko po to, żeby dostać tam historyczne lanie. Bo istotnie to afrykański zespół miał dostać w Azji lekcję futbolu, którego wcześniej i później nie widział nikt.
– Korzenie tej historii nie są raczej znane, ale to, co powtarza się w różnych przekazach, to nadnaturalne moce indyjskich piłkarzy, takie jak czynienie piłki niewidzialną czy hipnotyzowanie rywali. Wszystko to miało doprowadzić do gigantycznej wygranej Indii w meczu z Ghaną – czytamy na Modern Ghana, gdzie chociaż częściowo opisano kilka wersji legendy. – Niektóre wersje zakładają, że po meczu FIFA zawiesiła Hindusów, uznając ich niezwykłe umiejętności za zwykłe oszustwo. A reprezentacja Ghany miała obiecać, że już nigdy z Indiami nie zagra.
Z takiego krótkiego opisu wyłania się historia z pogranicza Galactik Football i Supa Strikas. Tajne moce, magiczne strzały, znikająca piłka. O, pasuje tu jeszcze Futbol z Shaolin, głupkowaty film z początku tego wieku, wielkie kino. W Ghanie historia meczu z Indiami, który nigdy się nie odbył, jest naprawdę żywa, czego stara się dowieść także Michael Kwayisi, opisujący całą sprawę dla Ghana Web. On kreśli nawet szerszą fabułę, w której pojawia się miejsce także dla Mao Zedonga i Kwame Nkrumaha, byłego prezydenta afrykańskiego kraju.
A no i jest też w tej całej opowieści miejsce na premiera Indii, Jawaharlala Nehru.

Prezydent Nkrumah istniał naprawdę. W 1965 otrzymał nawet Order Odrodzenia Polski I klasy (fot. Wikipedia)
– W grudniu 1962 roku, po tym jak Chiny pokonały Indie w wojnie chińsko-indyjskiej, sześć narodów spotkało się na Sri Lance, by omówić możliwe działania celem poprawienia relacji obu państw. Byli tam też przedstawiciele Ghany, jednak nie udało się w ramach szczytu jednoznacznie potępić działań Chińczyków, co miało rozwścieczyć Nehru – opowiada Kwayisi, mieszając najpewniej fakty z fikcją w dowolnych proporcjach. – Wkrótce po powrocie prezydenta Nkrumaha do ojczyzny, Nehru wysłał list, w którym mocno zachęcał władze Ghany do oficjalnego potępienia Chin – kontynuuje.
Afrykański polityk wysoce miał sobie cenić ogólnoświatowy pokój, ale prośby nie zrealizował. Historyjka ta opiera się na założeniu, że Nehru wpadł w szał, ale nie był w stanie wypowiedzieć Ghanie wojny z uwagi na osłabienie armii po niedawnych walkach. Celem rozwiązania sprawy w męski sposób zaproponował więc mecz piłkarski.
Fikcyjny łomot. Indie odegrały się na Ghanie w wyobraźni
Zgodnie z popularną wersją przedstawianą przez Kwayisiego Nkrumah nie bardzo wiedział co z tym fantem zrobić. Spotkał się więc ze sprowadzoną wcześniej z Gwinei szamanką, a ta doradziła mu przyjęcie wyzwania – ostrzegła go zresztą, że odmowa poskutkuje ogólnokrajowym głodem na terenie całej Ghany. Wobec takiej prognozy prezydent nie mógł odmówić. Zdecydował się wystawić drużynę do boju.
Dalsza część opowieści to już kompletny odjazd. Stadion w Bombaju wypełniony po brzegi. Sędzia meczu z tylko jednym okiem. Piłkarze indyjscy wychodzący na spotkanie z postawionej na środku boiska butelki Guinnessa.

O, na przykład takiej
Później nie było wcale mniej dziwacznie. Reprezentacja Ghany miała mieć problem z rozpoczęciem gry od środka – piłka nagle stała się niewiarygodnie ciężka i żaden z piłkarzy Czarnych Gwiazd nie był w stanie ruszyć jej z miejsca. Co innego mający przecież magiczne moce Hindusi, którzy szybko objęli prowadzenie. Potem stosowali jeszcze kilka forteli nie z tego świata:
- sprawili, że zniknęła ich bramka,
- podpalili piłkę,
- przywołali potwory,
- grali nagle wieloma piłkami jednocześnie.
W dziewięćdziesiątej minucie na tablicy wyników widniał druzgocący wynik, który różni się w podaniach. Jedni mówią, że było 99:0, inni zaokrąglają tę liczbę do stu. Wszyscy jednak podkreślają w tej opowieści, że Ghana strzeliła gola honorowego. Bohaterem Afryki miał być tego dnia Wilberforce Mfum, który jako jedyny nie spękał wobec wszelkich przeciwności i zapakował piłkę do siatki Hindusów niemal równo z ostatnim gwizdkiem sędziego.

Wilberforce Mfum też istniał naprawdę. Zmarł w maju ubiegłego roku, więc nie opowie nam już o tym zmyślonym golu
Mfum niesiony wielkim wyczynem na indyjskiej ziemi jakiś czas później postrzela też trochę w Pucharze Narodów Afryki, ale tym razem będą to już absolutnie prawdziwe gole. W listopadzie 1963 roku, niedługo po tych fikcyjnych wydarzeniach, wpisze się na listę strzelców w starciu z Tunezją na stadionie w Akrze. Świetny turniej zaliczy pięć lat później, kiedy na kontynencie afrykańskim Ghana wywalczy miano wicemistrza. Pięć goli Mfuma zrobi robotę w starciach z Senegalem, jednym i drugim Kongiem, a także w półfinale z Wybrzeżem Kości Słoniowej, któremu piłkarz zapakuje dublet.
A jak skończyli magiczni gospodarze tamtego meczu? Zgodnie z ghańską narracją FIFA nałożyła na nich zakaz używania tajemnych mocy, przez co Indie nigdy nie zagrały i nie zagrają na mistrzostwach świata. Taka jest kara za tamten ich wielki triumf.
***
Nic w sumie dziwnego, że dało się tę historię jakoś sprzedać afrykańskim dzieciakom. Ghańskie źródła utrzymują, że podobną legendę na swoją modłę próbowali przerobić także Nigeryjczycy, ale z marnym skutkiem. To bowiem część historii Czarnych Gwiazd. Nawet jeśli jest to historia kompletnie zmyślona.
– Szczęśliwi ci, którzy nie widzieli, a mimo to wierzą – podsumowuje Michael Kwayisi.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix