Całkiem nieźle jak na standardy „pełnego zaufania” spisał się Alex Haditaghi w kontekście Thomasa Thomasberga. Właściciel Pogoni pod koniec marca ogłosił, że ma – no właśnie – pełne zaufanie do trenera, pożegnał go pod koniec czerwca, więc nie tak źle. W Ekstraklasie takie zaufanie potrafi trwać i tydzień. Ale tak czy siak, szkoleniowca w polskiej piłce już nie ma, ale trudno powiedzieć, by ktokolwiek miał za nim jakoś bardzo tęsknić.
Duńczyk nie zanotował bowiem wejścia z bramą, ot, chwilę tutaj był i tyle. Początek miał obiecujący, kiedy Pogoń nie przegrała czterech spotkań z rzędu, a jeśli pamiętać jego wyniki z Midtjylland, można się było zastanawiać, czy ten facet w ogóle ponosi porażki. No jednak tak – Szczecinianie oczywiście ostatecznie się utrzymali, ale w zasadzie nigdy już nie byli brani na poważnie pod uwagę, jeśli chodzi o wyścig pucharowy, a nie byłaby to przecież żadna sztuka, skoro żadnego wyścigu nie obserwowaliśmy, po prostu drużyny toczyły się w stronę mety w dostojnym, ale i powolnym tempie.
Pogoń i takiego nie była w stanie utrzymać. Miała ciutkę lepszy moment, gdy wygrała trzy razy z rzędu po 1:0, natomiast jeśli ktoś śledził Ekstraklasę uważnie, wiedział, że sporo było w tym wszystkim szczęścia. No bo jeśli choćby w takiej sytuacji Arka nie była w stanie wyrównać…

To naprawdę Pogoń mogła dziękować, że w trudnym momencie te punkty jej jakoś powpadały. Ale właśnie – „jakoś wpadały’. Ciężko było zaobserwować w grze Portowców jakąś powtarzalność, co się wylosowało, to się akurat wylosowało i Szczecinianie potrafili wyglądać lepiej, ale też gorzej i na kompletnie bezradnych.
Trochę czasu, by to wszystko poukładać, trener mimo wszystko dostał – pracował od października. I owszem, choć w tabeli za ten okres wcale nie wygląda to źle:

To po pierwsze trzeba wziąć poprawkę na specyfikę sezonu, w którym średniak średniaka poganiał, a tabela i na tym obrazku jest strasznie płaska. Po drugie – ona i tak potwierdza to, o czym mowa. Pewną losowość formy i uzależnienie od dyspozycji dnia – 10 wygranych, dziewięć przegranych. Jak panowie piłkarze wstali prawą nogą, to było fajnie, ale w zasadzie tak samo często wstawali nogą lewą.
Zapewne władze klubu oczekiwały czegoś więcej od doświadczonego trenera, bo można sobie wyobrazić, że ktoś bez nazwiska toczy się z Pogonią w takim samym stylu.
Inna sprawa, że rządzący klubem też powinni zrobić rachunek sumienia, bo nie było tak, że Thomasberg dostał samograja i nie robił z niego użytku. Nie, w Szczecinie zbudowano bardzo przeciętną kadrę, która miała wieczny problem ze skutecznością – brak napastnika – roiło się tam za to od piłkarzy przeciętnych i przepłaconych jak Greenwood. Trener od pewnego momentu ratował się młodziutkim Ławą, który talent ma, ale za uszy jeszcze drużyny nie wyciągnie.
Na pewno nie było to więc proste środowisko do pracy, ale znów: łatwiej byłoby się bronić trenerowi, gdyby w tabeli za cały sezon jednak wyprzedził Zagłębie czy Wisłę Płock, którym też można wyciągnąć wiele braków.
Thomasberga zapamiętamy w sumie najbardziej z wypowiedzi po meczu z Bruk-Betem: – Pojawiła się obawa przed zwycięstwem.
Cóż, na dłuższą metę trudno takie lęki zignorować!
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix