Pierwszy trener Chwalińskiej dla Weszło: Zaczynała od karate

Jan Broda

Autor:Jan Broda

06 czerwca 2026, 19:51 • 3 min czytania 0

Reklama
Pierwszy trener Chwalińskiej dla Weszło: Zaczynała od karate

Maja Chwalińska przegrała w finale Rolanda Garrosa z Mirrą Andriejewą (6:3, 6:2), ale i tak swoją historią podbiła serca milionów Polaków. Paweł Kałuża był gościem programu „Weszło w linię”. Pierwszy trener sensacji polskiego tenisa wypowiedział się o początkach kariery swojej dawnej podopiecznej. 

Reklama

Chwalińska, która do turnieju przystępowała jako 114. tenisistka w rankingu WTA, sprawiła absolutną sensację docierając aż do finału Wielkiego Szlema. Polka potrzebowała do tego sześciu zwycięstw i szesnastu godzin spędzonych na korcie.

– Przede wszystkim chciałbym pogratulować Mai, jej rodzicom, Piotrowi Szczypce oraz całemu teamowi, który wspierał ją w Paryżu. Dziękuję Mai za emocje, które dostarczyła przez te trzy tygodnie. U mnie z emocjami w porządku. Przeżywałem, ale pozytywnie – wyznał Paweł Kałuża, pierwszy trener Mai Chwalińskiej, w programie „Weszło w linię”.

24-latka to nie tylko znakomita tenisistka, ale również wielka pasjonatka tego sportu.

– Już od najmłodszych lat Maja śledziła z tatą wszystkie turnieje wielkoszlemowe w domu. Ja pamiętam, że organizowałem zajęcia teoretyczne, na których puszczałem dzieciakom archiwalne materiały z meczów Rolanda Garrosa czy Wimbledonu. Zresztą, Maja dzisiaj wspomniała o tym, że oglądała takie klipy kiedyś – opowiadał Kałuża.

Reklama

To właśnie pierwszy trener zaraził młodziutką Chwalińską bakcylem do tenisa. Choć wcale tak nie musiało być, bo zanim zaczęła uprawiać ten sport, ćwiczyła karate. W międzyczasie zajmowała się także siatkówką.

Maja, mając 7 lat, trafiła do mnie jako karacistka. Ja wówczas jeździłem po szkołach i szukałem dzieci chętnych do udziału w naborze do talentiady tenisowej. Maja przyszła na te zajęcia i dostała się. Była już wtedy po rocznych zajęciach karate. Około 10. roku życia, już po trzech latach naszej współpracy, zachęciłem rodziców i Maję, żeby spróbowała jeszcze uprawiać siatkówkę. Wydawało mi się, że to jest fajny sport dla dziewczynki, a tym bardziej, że na naszych zajęciach ogólnorozwojowych, które prowadziłem, dużo było elementów różnych gier zespołowych i Maja akurat w tę siatkówkę bardzo dobrze sobie radziła – zdradził.

Reklama

Kiedy więc Chwalińska postawiła na tenis jako swój sport wiodący?

– W przypadku Mai to było od zawsze. Ona się zakochała w tenisie już od pierwszych zajęć, od razu jak dostała rakietkę. Cały czas była skoncentrowana na tenisie. Krok po kroku, etap po etapie rozwijała się. Na turnieju Longine, w wieku 13 lat, Maja była już bardzo dobrą tenisistką – zauważył.

Chwalińska podbiła serca milionów Polaków nie tylko samym sukcesem, ale również stylem, w jakim ogrywała kolejne rywalki. Jak podkreślił Kałuża, odkąd Maja trafiła pod jego skrzydła, trenowała różnorodne zagrania, które teraz wykorzystuje na korcie.

Ja miałem taką filozofię treningu, że jeśli już czegoś się podejmujemy, to uczymy się każdego zagrania. Oczywiście, dużo trenowaliśmy na kara [pola serwisowe]. Nawet jak już graliśmy na całym korcie, to rozgrzewki na kara zawsze nam towarzyszyły. Na każdym treningu była precyzja, dokładność, różnorodność, kreatywność. Szybka gra, zmiana tempa gry, slajsy, topspiny, skróty, loby… To wszystko, co Maja dzisiaj prezentuje, towarzyszyło nam od pierwszego treningu. Wiadomo, że inaczej to było, jak miała 7 lat, a inaczej, jak miała ich 18 – mówił.

Reklama

Czy sukcesy Mai Chwalińskiej i wcześniej Igi Świątek sprawią, że nad Wisłą zapanuje tenisomania? Zdaniem Kałuży, wszystko na to wskazuje.

– Uważam, że Maja swoją postawą na kortach w Paryżu, na pewno zachęci dzieci do tenisa. Nie tylko w Dąbrowie Górniczej czy w Bielsku, ale w całej Polsce. Zbliżają się wakacje i uważam, że to jest najlepszy okres, by rozpocząć przygodę z tenisem – podsumował.

Fot. Newspix

Reklama
0 komentarzy
Jan Broda

Pasją do futbolu zaraził go tata, za co jest mu dozgonnie wdzięczny - głównie dlatego, że pierwszym meczem, jaki zaliczył z trybun, był bezbramkowy paździerz Wisły ze Śląskiem jesienią 2010 roku. Skoro przetrwał tamto 0:0, przetrwa już wszystko. Dumny wychowanek Bronowianki Kraków, którego nieuchronny marsz po Złotą Piłkę brutalnie zweryfikował chroniczny brak talentu i drewniane nogi. Zamiast więc w piłkę grać, zaczął o niej pisać. Z wykształcenia politolog, którego bardziej niż cyrk odbywający się w Sejmie interesuje wpływ rządów Nicolae Ceaușescu na sukcesy Steauy Bukareszt w latach 80. XX wieku. Kręci go piłkarski plankton, outsiderskie historie spoza mainstreamu i wersy Kaza Bałagane. Baczny obserwator zjawisk na styku świata sportu i brudnej dyplomacji. Z ciekawości nauczył się kilku języków, w tym rumuńskiego, ale najwięcej do powiedzenia ma chyba po polsku. W przeszłości związany m.in. z Tygodnikiem „Piłka Nożna".

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama