Maja Chwalińska, czyli inspiracja dla… koleżanek po fachu

Sebastian Warzecha

03 czerwca 2026, 08:20 • 6 min czytania 15

Reklama
Maja Chwalińska, czyli inspiracja dla… koleżanek po fachu

Zachwyca Maja Chwalińska w czasie tegorocznego Roland Garros. To wiemy wszyscy. Jednak nie chodzi tylko o grę i nie tylko o wynik. Czy raczej – nie tylko o sam wynik w sobie, który już teraz jest wspaniały. Chodzi przede wszystkim o historię, o te kilka dobrych lat, gdy Chwalińska starała się osiągnąć taki rezultat. O przeszkody, które pokonała. I o to, że patrzy na nią większość tenisowego świata myśląc sobie: „a może mi też się uda”?

Reklama

Maja Chwalińska inspiruje. O takim wyniku marzą tysiące

Tenis to sport, który nie wybacza. Właściwie pewni swego finansowo są tylko zawodnicy z pierwszej setki. Niżej? A to już zależy od tego, jakie wydatki trzeba ponosić. Ktoś z Polski będzie mieć przecież trudniej niż tenisista z 200. miejsca z USA, który ma w samym swoim kraju dobrych sto turniejów, gdzie może próbować rywalizować. Jasne, większość i tak lata po świecie, ale możliwości w Stanach są.

Do tego dochodzą wydatki na trenerów, sprzęt, zakwaterowanie (jeśli nie zapewnia go turniej), fizjoterapeutów, opcjonalne leczenie i tak dalej, i tak dalej.

Im niżej ktoś w rankingu, tym bardziej jego los zależy od umiejętności dobrego planowania swoich wydatków oraz od wsparcia sponsorów zewnętrznych. Niekoniecznie finansowego, czasem po prostu dostarczenia rakiet czy butów (które w zawodowym tenisie zużywają się bardzo szybko). Generalnie jednak często to ciągłe życie na krawędzi i wypada podziwiać tych, którzy trwają w nim długo.

Reklama

A trwają, bo czekają. Na jeden turniej, wynik, który wszystko by odmienił. Na tydzień, który sprawiłby, że nagle ich tenisowe życie – i to poza tenisem w sumie też – zaczęłoby wyglądać zdecydowanie inaczej.

Takie historie się zdarzają. W zeszłym sezonie na Roland Garros do półfinału sensacyjnie dotarła Lois Boisson, reprezentantka gospodarzy. Wszyscy wiemy, że Emma Raducanu wygrała US Open będąc jeszcze niespecjalnie znaną i młodą tenisistką. W 2018 roku w Paryżu Marco Cecchinatto wyeliminował Novaka Djokovicia i choć nigdy wcześniej nie przeszedł nawet pierwszej rundy turnieju wielkoszlemowego, to tam wszedł do półfinału.

Teraz do tej listy dochodzi Maja Chwalińska. I patrzy na nią większość jej kolegów i koleżanek po fachu.

Reklama

Marzenia o wielkim wyniku

Wiecie, to jest tak, że TOP 100 to marzenie. I to naprawdę osiągnięcie. Nasza skala jest nieco zaburzona, bo patrzymy na tych najlepszych z najlepszych i uważamy, że każdy, kto nie jest w TOP 10, to już słabszy tenisista. A to nie tak – TOP 100, ba, nawet TOP 1000 na świecie to absolutna śmietanka. Najlepsi z najlepszych, którzy amatora ograliby do zera bez żadnego problemu.

Dlatego Maja Chwalińska, która trzeci sezon walczyła o wejście do setki i niezmiennie nieco jej brakowało, już i tak mogła być zadowolona. Może niekoniecznie finansowo. Na poziomie sportowym była jednak wysokim.

Nie zmienia to faktu, że połączenie tych dwóch rzeczy jest ważne. Zawodowy sportowiec chce na tym zarabiać, bo to jego praca. A tym bardziej chce ktoś, o kim wiadomo (i wie on sam!), że miał wielki talent i mógł wierzyć, że swoje w tourze ugra. Takim kimś była Maja. Tyle że potem przyszła rzeczywistość: urazy, depresja, pandemia, tuzin innych rzeczy. I oglądanie, jak koleżanka z młodzieżowych reprezentacji staje się najlepszą tenisistką świata. A to trudne, kiedy zostaje się z tyłu.

Uwierzcie jednak, Chwalińska nie jest jedyną osobą z taką historią. Ranking WTA (i ATP też) pełen jest osób, które miały wielki potencjał, a potem coś nie do końca poszło po ich myśli. To w dużej mierze oni okupują te pozycje poniżej setnego miejsca – czasem bliżej tej setki, czasem dalej.

Reklama

Wszyscy marzą o wejściu do niej. O jednym wielkim wyniku. O pokonaniu renomowanych rywalek czy rywali. Marzą… bo co mają robić innego? Bez marzeń tenis poniżej rankingowej setki byłby często niezwykle nieopłacalnym sportem.

Maja więc też marzyła. Sama o tym wielokrotnie mówiła – że wierzy w swoje możliwości, że stać ją na duże wyniki, że wciąż myśli nawet o triumfach wielkoszlemowych. Mądrze jednak nie dawała sobie żadnej cezury czasowej. Po prostu pracowała, a ta praca miała wreszcie przynieść efekt. I przyniosła. Bo nagle, jak wcześniej się psuło, tak teraz wszystko się ułożyło. Wygrała z depresją. Jest, od dłuższego czasu, zdrowa fizycznie. Gra świetnie, akurat na nawierzchni, na której jej styl sprawdza się znakomicie.

To wszystko wreszcie dało efekt.

Maja pokazuje, że można

To wcześniejsze „patrzy na nią większość koleżanek i kolegów po fachu” to przypuszczenie. Rzecz oczywista, że nie przeprowadzałem ankiety wśród tysięcy zawodowych graczy tenisa. Ale nie sądzę, żebym musiał. To dość oczywiste, że gdy komuś, kto kilka dobrych lat czekał na przełom, w końcu się coś takiego udaje, to muszą na to zwrócić uwagę zawodnicy podobni tej osobie.

Reklama

Ci, co też czekają. Ci, których coś hamuje. Ci, co mają marzenia.

Na papierze każdy z nich – przynajmniej z tych, którzy mogą wystąpić w kwalifikacjach wielkoszlemowych ze względu na ranking – może to powtórzyć. Jakość samego tenisa pomiędzy, dajmy na to, 50. a 250. miejscem w rankingu wbrew pozorom nie różni się przesadnie. Finalną różnicę robi głowa, umiejętność wytrzymywania presji, ale i stabilność, umiejętność gry na wysokim poziomie przez cały mecz oraz przez kilka spotkań z rzędu.

Dlatego ktoś, kto załapał się do kwalifikacji Szlema jako ostatni z listy rankingowej, może wierzyć, że do tego turnieju po pierwsze wejdzie, a po drugie – wygra tam mecz, dwa czy trzy. Albo i cztery, tak jak Maja (która przecież nie musi na tym skończyć!). A historie takie jak Chwalińskiej to potwierdzają. Ona była co prawda 114. na świecie, ostatnio szła w górę – tak. Ale przez kilka lat błąkała się po niższych pozycjach.

Reklama

Gwarantowane jest, że w drugiej setce znajdzie się kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt zawodniczek, co ją w karierze pokonały. Niektóre nawet niedawno.

Zresztą wystarczy spojrzeć na ostatnie mecze Mai przed Roland Garros. W Saint-Gaudens przegrała ze 180. na świecie Jessiką Ponchet. W Antalyi i Dubrowniku (w międzyczasie Maja wygrała turniej w Oeiras) dwa razy lepsza była od niej Tamara Zidansek, aktualnie 134. W innym turnieju w Oeiras, w lutym, odprawiła Chwalińską Darja Vidmanova, pukająca dziś do pierwszej setki, ale jeszcze poza nią.

Skoro Maja Chwalińska mogła więc dojść do ćwierćfinału wielkoszlemowego, to każda z tych zawodniczek ma pełne prawo pomyśleć sobie: „mogę i ja”. A one z kolei były ogrywane przez inne, więc czemu i te inne nie mogłyby mieć w głowie takiej myśli? I tak dalej, i tak dalej. Świat jest pełen potencjalnych ćwierćfinalistek Szlema, taki wniosek.

Nie każdej się uda.

Reklama

Ale każda może marzyć. I to marzenie umacniać również przez wynik Mai Chwalińskiej.

Wyczyn dostępny nielicznym

Wynik Mai może być jednorazowym wyskokiem, a może też okazać się początkiem czegoś pięknego. Chwalińska wskoczy bowiem do TOP 50. Obskoczy większość turniejów WTA – w tym Wielkie Szlemy – bez potrzeby kwalifikowania się do nich. W najbliższym czasie broni niewielu punktów, więc będzie miała okazję jeszcze ich dołożyć, spróbować wskoczyć jeszcze wyżej w rankingu.

To nowa rzeczywistość, w której musi się odnaleźć. Ale łatwiej jej będzie o tyle, że ten rezultat to też finansowa stabilizacja. Dużo spokoju.

Wiele osób, które notują taki rezultat, już go nie powtarza. Wspomniani wcześniej Boisson, Raducanu i Cecchinatto tego nie zrobili. Nie udało się też – na przykład – Magdzie Linette po półfinale wielkoszlemowym. Jednak nawet gdyby i Maja dołączyła do tego grona, to cholera – być w ćwierćfinale (a może i dalej?) w Wielkim Szlemie to coś dostępnego, patrząc na ogół tenisistów i tenisistek, dla naprawdę nielicznych.

Reklama

A Chwalińska się w tym gronie znalazła.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Reklama
15 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama