Lech zdominował ligę. Zrobił to rozsądkiem, wizją i konsekwencją 

Jakub Białek

16 maja 2026, 22:11 • 6 min czytania 55

Reklama
Lech zdominował ligę. Zrobił to rozsądkiem, wizją i konsekwencją 

Lech Poznań zdominował Ekstraklasę. Pierwsza dekada XXI wieku należała do Wisły Kraków, druga do Legii Warszawa, a trzecia należy do niego. Osiągnął to rozsądkiem, który wielokrotnie kwestionowano i wizją, która w przeszłości płynnie przechodziła w łatkę przegrywów. Nie zmienił swojej filozofii. I to sprawiło, że dziś jest bezdyskusyjnie najlepszym polskim klubem.

Reklama

To trzecie ligowe zwycięstwo Lecha w tej dekadzie. Pierwsza obrona tytułu tego klubu w XXI wieku. Wydarzenie bardzo duże, nawet jeśli z tym dorobkiem punktowym byłoby w innych sezonach trudno o trofeum. Dziś nie ma to znaczenia. Bo to tytuł zasłużony, bezdyskusyjny, będący zupełnie logiczną konsekwencją obranej drogi.

Lech Poznań wyróżnia się pomysłem

Wisła Kraków sięgnęła po sześć mistrzostw w pierwszej dekadzie tego wieku. Dołożyła do tego po tytule w 1999 i 2011 roku. Pomysł na klub nie był przesadnie skomplikowany – korzystanie z majątku hojnego Bogusława Cupiała. Miliarder zainwestował w Białą Gwiazdę przez osiemnaście lat 219 milionów złotych. Wisła stała się polskim Bayernem Monachium. Czytaj – ściągała najlepszych piłkarzy Ekstraklasy, aktualnych reprezentantów Polski. Potrafiła zatrzymać filary kadry na długie lata. W klubie zaczęło się psuć w momencie, gdy biznesy Cupiała wpadły w tarapaty.

Legia z kolei grała grubo. Podejmowała ryzykowne decyzje transferowe, licząc na to, że koszty zbilansuje nadchodzący wynik. Była w tym dobra, więc biznes się spinał. Efektem sześć mistrzostw Polski w drugiej dekadzie XXI wieku i jedno w 2021 roku na dokładkę. Pomiędzy 2013 a 2021 rokiem Warszawianie tylko dwa razy obeszli się smakiem. Raz kosztem Lecha prowadzonego przez Macieja Skorżę, a za drugim razem fenomenalnego Piasta.

A teraz mamy Lecha. Lecha, który ani nie ma szczodrych właścicieli, którzy sypią pieniądzem jak Robert Dobrzycki, ani nie gra ryzykownie jak Bogusław Leśnodorski z Michałem Żewłakowem. Kolejorz to kompletnie inna historia. Klub rozsądny, stabilny, stawiający w pierwszej kolejności na fundamenty. Klub w rozumieniu szerokiej struktury, w której wszystko musi sprawnie działać. Klub, który dopiero teraz może mówić, że obrana droga naprawdę miała sens, bo jego mistrzostwa nie są już efektem wyskoków, a zwykłą ligową prawidłowością.

Reklama

Już nie przegrywy

Podśmiewano się z Lecha, my sami często to robiliśmy, do którego przylgnęła łatka przegrywów. Kibice wielokrotnie zarzucali mu, że ważniejszy jest dla niego zielony Excel niż klubowa gablota. Żartowali, że odkrytym autokarem po Poznaniu powinien jeździć księgowy, bo w kwestii dodatnich bilansów jest najlepszy w Polsce. Zarząd długo podsycał takie reakcje kibiców. Mówił na przykład o tym, że klub nie będzie prowadził awanturniczej polityki transferowej, żeby nie podzielić losu Polonii Warszawa czy Widzewa Łódź. To, co w oczach właścicieli miało brzmieć rozsądnie i przekonać społeczność, w rzeczywistości jeszcze pogarszało i tak już zły wizerunek.

Tymczasem to podejście – unikanie awanturniczej polityki transferowej, co w nieco łagodniejszych słowach należy rozumieć jako unikanie życia ponad stan – długoterminowo się opłaciło. Pompowanie pieniędzy nie w kontrakty piłkarzy (choć i to Lech oczywiście robi), a w pierwszej kolejności w akademię, Centrum Badawczo-Rozwojowe, infrastrukturę, poważny dział analiz.

Dziś Lech sięga po mistrzostwo z 19-letnim Wojciechem Mońką, który jest prawdopodobnie najlepszym stoperem w Ekstraklasie. Ma 21-letniego Antoniego Kozubala, który śmiało może pretendować do jedenastki sezonu. Do tego Michał Gurgul (dwadzieścia lat), który po słabym starcie sezonu i niemrawej końcówce poprzedniego należy do czołówki na swojej pozycji. O jego obliczu stanowią też inni wychowankowie – Bartosz Mrozek, Robert Gumny, Mateusz Skrzypczak.

W tym samym czasie Marek Papszun wypowiada takie słowa: – Chciałbym, żeby młodzi zawodnicy przede wszystkim grali. W ostatnich czternastu meczach było trudno. Graliśmy o życie – to nie są warunki do rozwoju, tylko do przetrwania. Łatwo jest powiedzieć, aby grał ten czy ten, a na końcu liczy się wynik i mogliśmy się obudzić rano w pierwszej lidze. Tak wygląda sport profesjonalny. To tak, jakby wpuścić dzieciaka do ringu i kazać mu walczyć z Arkiem Wrzoskiem: „Masz i sobie radź”.

Reklama

Kolejni trenerzy Lecha nie mają żadnego problemu ze stawianiem na młodzież i robieniem z niej liderów zespołu, bo po pierwsze – klub ściąga takich szkoleniowców, którzy chcą i potrafią to robić, a po drugie – szkoli coraz lepiej, więc menedżerowie zespołu nie mają dylematów pod tytułem „młody i niedoświadczony dostanie gonga jak od Arka Wrzoska”.

Później ci młodzi są sprzedawani, pieniędzy w klubie jest coraz więcej, więc Kolejorz może pozwolić sobie na grube transfery. Właśnie za to – przesadne oszczędzanie – był wielokrotnie wyśmiewany w poprzednich latach. Pamiętacie chociażby sagę z Damianem Kądziorem? Zawodnik zaliczył w ostatnich latach duży zjazd, ale wtedy w 2022 roku był wyróżniającym ligowcem z realną opcją powrotu do kadry. Lech go chciał, Piast wcale nie stawiał zaporowej kwoty, ale obu klubom nie udało się dogadać.

Większe wydatki

Kądzior tłumaczył wtedy w Meczykach: – Jakby dołożyli 100 tysięcy, to mogłoby do tego tematu dojść, Piast mógłby zaakceptować kwotę 600 tysięcy euro. Ale to trwało za długo, Lech zaczynał negocjacje od zbyt niskich stawek. W klubie z Lecha były trzy lub cztery oficjalne oferty i żadna przekonująca.

Transfer wysypał się o sto tysięcy złotych. Kibice wielokrotnie zarzucali Lechowi, że trzyma węża w kieszeni. Że nie potrafi zaryzykować tak jak Leśnodorski zaryzykował z Vadisem, Moulinem czy Prijoviciem. Tymczasem to już nieaktualne, bo Kolejorz należy do czołówki klubów pod kątem wydawanych pieniędzy. Potrafi rzucić 2,3 mln euro za Yannicka Agnero, po 1,8 mln euro za Patrika Walemarka czy Aliego Gholizadeha. Zanosi się, że za chwilę pobije swój rekord transferowy, wyciągając Luisa Palmę z Celtiku Glasgow.

Reklama

Lech przed kilkoma laty nie wyłożyłby pieniędzy za tego piłkarza, który jest ograny, sprawdzony i wydaje się być pewniakiem. Podziękowałby mu za wkład w mistrzostwo i szukałby nowej, budżetowej opcji, a zyski przeznaczał na akademię czy poduszkę finansową, będące gwarancją bezpieczeństwa i stabilności. Lech jednak po tylu latach prowadzenia klubu czuje się stabilnie i wie, że już może szastać pieniędzmi. Nadal robi to mądrze i rozsądnie, bo to nie jest szastanie w stylu Widzewa Łódź, którego drogie nabytki nawet nie zbliżają się do jakości prezentowanej przez Gholizadeha czy Walemarka.

Poznaniem rządzi dziś spokój. Przekonanie, że brak mistrzostwa Polski nie wywróci polityki i finansów klubu. To zupełnie inne podejście niż to warszawskie, gdzie każdy kolejny brak sukcesu napędza spiralę kłopotów. Im bardziej Legia chce się odbić, tym gorsze decyzje podejmuje. I z każdym kolejnym rokiem, wpadając w pętlę długów, oddala się od statusu, jaki miała w drugiej dekadzie XXI wieku. Lech za to pręży muskuły. Sięga po trzecie mistrzostwo w trzecim dziesięcioleciu. I ma wszystko, żeby do 2030 roku włożyć do gabloty jeszcze dwa czy trzy tytuły.

55 komentarzy
Jakub Białek

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Inne sporty

Bartosz Zmarzlik znowu trzeci. Polak stracił fotel lidera

Jan Broda
2
Bartosz Zmarzlik znowu trzeci. Polak stracił fotel lidera

Ekstraklasa

Reklama