Drugi z rzędu sezon bez trofeów. Zwolniony trener, który miał być wielką nadzieją na lata. Kilka wstydliwych porażek. Brak porozumienia na boisku i zachowania, które piłkarzom niekoniecznie przystoją. Te na murawie. Bo te w szatni czy na treningach to nie przystoją zdecydowanie. Real Madryt stał się w tym sezonie pośmiewiskiem. I to wyłącznie za sprawą poczynań swoich ludzi.
Real Madryt waleczny, ale nie niebezpieczny. Przynajmniej dla rywali
Trudno wyciągać początek tej historii. Na Klubowych Mistrzostwach Świata wydawało się, że jest nieźle. Początki w lidze były takie sobie, gra wyglądała różnie, ale punktowanie się zgadzało. Potem był Klasyk z Barceloną – wygrany, ale z „odpałem” Viniciusa. Większość tego początku poszuka właśnie tutaj. Wydaje się jednak, że nie był to zaczyn do szybkiej dekonstrukcji Królewskich w tym sezonie. Jeśli już – był to po prostu wybuch gotującej się tam w środku magmy.
Pierwszy z wielu zresztą.
Kolejne doniesienia z szatni i okolic trzeba dzielić przez dwa, a nawet trzy. Hiszpańscy dziennikarze kochają dramatyzm i niekoniecznie liczą się z tym, ile z tego, co mówią czy piszą, to prawda. Ale nawet podzielone przez trzy wszystkie te newsy tworzą obraz klubu, w którym władzę przejęli piłkarze. I to piłkarze – łagodnie rzecz ujmując – niezbyt mądrzy. Jasne, na boisku często znakomici, przecież duża część tej kadry ma triumfy w Lidze Mistrzów i tytuły ligowe. Ale poza nim?
No wychodzi, że przedszkolacy. I to nawet nie termin, którego użyłem ja. Zapożyczyłem go. Od kogo?
Od Xabiego Alonso. Hiszpan na jednym z treningów – gdy jeszcze Królewskich prowadził – miał krzyknąć głośno: – Nie wiedziałem, że trenuję przedszkole!
Fani Królewskich dzielili się wtedy na grupki. Jedni uważali, że wina za gorsze wyniki – które wtedy nawet nie były jeszcze tak fatalne – stoi po stronie trenera. Inni obwiniali piłkarzy, ale i tu były podgrupki: antyviniciusowa, antykylianowa, antyvalverdowa i tak dalej. Generalnie jednak im dalej w sezon, tym bardziej wychodzi, że trenerzy w Realu – za przeproszeniem – gó*** mogą. I jasne, tak było od dawna, Carlo Ancelotti dlatego tak radził sobie w Madrycie, że dostosowywał się do zarządu i kadry.
Ale nawet on wymiękł w ostatnim sezonie, nawet jego ta kadra przerosła. W stolicy Hiszpanii – tak to wygląda – zebrały się mentalne dzieciaki, które chcą kopać piłkę, ale zdecydowana większość z nich po swojemu. Bellingham ponoć nie radzi sobie z popularnością Mbappe. Kylian destabilizuje drużynę, a grać musi. Rudiger rozdaje policzki kolegom.

Kylian Mbappe, Jude Bellingham i Vinicius. Jeśli wierzyć medialnym doniesieniom – jest tu część punktów zapalnych w drużynie Realu. Fot. Newspix
I tylko przygląda się temu gdzieś z boku Thibaut Courtois, który chyba cieszy się, że jest kontuzjowany i ma od tych wszystkich zadym spokój.
Walka? Tak, ale nie na boisku
Było w tym sezonie mnóstwo meczów, które Real oddał właściwie bez walki. Piłkarze przechodzili obok spotkania, jakby sądzili, że samo się wygra, albo jakby nie zależało im na wyniku. Czasem tryb waleczny odpalali w końcówce, gdy trzeba było odrabiać straty (jakież to realowe właśnie!), a czasem dopiero tuż przed ostatnim gwizdkiem lub po nim, zwykle biegnąc z pretensjami do sędziego. Mecz z Celtą Vigo – jedna z najgorszych porażek w tym sezonie – jeszcze pod Xabim Alonso był chyba tego najlepszym (i najgorszym) przykładem.
Brak zaangażowania znikał w meczach, na których im zależało. Był w Superpucharze z Barceloną, był w starciach z Manchesterem City i był w dwumeczu z Bayernem, bo tam nikt nie zarzuci podopiecznym Alvaro Arbeloi, że nie próbowali. Ba, nie byli daleko od ogrania tego Bayernu, taka prawda.
Ale gdy przychodziło grać z kimś z drugiej połowy tabeli w lidze? Nie no, to wolno, spokojnie, nie ma co się przemęczać. Trochę jak w PRL-u, wiecie: punkty będą, czy ich nie będzie – zapłata i tak będzie się należeć.
Fani mieli tego nierzadko dość. Gwizdali, wyrażali niezadowolenie. Ale piłkarze rzadko coś sobie z tego robili. A nawet jeśli jeden motywował kolegów, to inni go nie słuchali. Waleczności w tych gościach było tyle, by obdzielić co najwyżej dwóch-trzech na boisku. Reszta po prostu grała, bez ognia. I wiecie, do tego fani Realu zdążyli już przywyknąć, to nic nowego – tak to z tą ekipą po prostu jest, trzeba poczekać na trenera, który da radę ich ustawić.
Ale nagle okazało się, że – cholera! – walczyć to oni jednak potrafią. Szkoda tylko, że ze sobą.
Fede Valverde w wyniku szarpaniny z Aureleniem Tchoaumenim trafił do szpitala i nie zagra z Barceloną w niedzielę. Alvaro Carreras oberwał od Antonio Rudigera. Media donosiły jeszcze o kilku spięciach, a Alvaro Arbeloa nie miał niemal żadnego pomysłu, co z tym fantem zrobić. Zresztą chłop wydaje się absolutnie pogodzony z myślą, że wyleci z tego zespołu i… dobrze dla niego. Serio. Niech gdzie indziej udowodni, że trenować umie (a wydaje się, że umie), bo w tej szatni nie mógł bowiem tego absolutnie pokazać.
Zresztą powstaje pytanie: kto będzie mógł to zrobić?
Jose, czyli a co tam, dolejmy oliwy
Dużo mówi się o tym, że Florentino Perez chce sprowadzenia Jose Mourinho. I może to słuszna koncepcja, nie wiem. Mourinho kilka lat przebywał – z perspektywy Realu patrząc – na peryferiach. Roma, Fenerbahce, nawet Benfica czy Tottenham tym właśnie bowiem dla Królewskich są. Perez jednak ewidentnie marzy o powtórzeniu sukcesu z ponownym sprowadzeniem Ancelottiego. Wtedy postawił (słusznie) na trenera łagodnego, raczej koleżeńskiego względem piłkarzy.
Teraz chce generała. Dowódcę.
Pytanie brzmi: czy prezydent Królewskich się ugnie? Przez ostatnie lata bowiem wszelkie sygnały z gabinetu Florentino sugerowały, że piłkarze są dla niego cenniejsi od trenera, że to ich słucha. Podobnie jego doradcy (choć w ostatnim czasie ten front się nieco odmieniał). Jeśli jednak przyjdzie Mourinho, to na pewno będzie chciał to wszystko urządzić po swojemu. Wyrzucić kilku gości albo przynajmniej dać im ultimatum. Sprowadzić innych. Wymagać zaangażowania, ustawić to wszystko po swojemu.
I albo to wypali, bo Portugalczyk ich kupi swoją reputacją i nastawieniem, albo skończy się katastrofą równie spektakularną co ta Hindenburga. I nie, nie Titanica – bo Real ostatecznie nie zatonie. Ale ta kadra ewidentnie ma tendencję do tego, by się podpalić i w ten sposób runąć, zawalając kolejny sezon. Jedno jest pewne: jeśli Mourinho faktycznie przyjdzie, to nudy nie będzie. Sęk w tym, że Królewscy mogą tej nudy właśnie potrzebować – bo gdy każdy dzień przynosi nowe fatalne dla nich doniesienia, to akurat trochę spokoju by nie zawadziło.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Tyle że trenera spokojnego już mieli. A nawet kilku.
Jednego w zeszłym sezonie, w tym drugiego (bo uważam, że Alonso mimo wszystko takim, przynajmniej początkowo, był), a teraz mają trzeciego. I nic to nie dało. Spokój wprowadzić mógłby może Zinedine Zidane w swoim kolejnym zejściu na Santiago Bernabeu, ale można wątpić, by Francuz się do tego palił, szczególnie myśląc o objęciu narodowej kadry po MŚ. A inni trenerzy z reputacją (bo wygląda, że takiego tu trzeba), wyrobioną marką, o których się wspomina?
Antonio Conte, Max Allegri, Thomas Tuchel – wszystko to szkoleniowcy, którzy też chcieliby rządzić. Może ten ostatni nieco by się ugiął, ale Włosi na pewno nie. Może więc jest w tym słuszność, że znana wybuchowa mieszanka jest lepsza od tej nieznanej.
A poza tym miło byłoby zobaczyć w końcu w Realu, jak ten zespół mógłby grać, gdyby musiał się do trenera dostosować.
I sam nie wierzę, że w to piszę – bo fanem Jose przestałem być dobrą dekadę temu, choć lubiłem, jako fan Realu, Królewskich pod jego wodzą – ale dawać tu tego Portugalczyka. Niech to wszystko albo wypali i wzniesie się ku niebu, albo runie w płomieniach.
Nic pomiędzy.
Fot. Newspix
Czytaj również na Weszło:
- Dyrektor potwierdził zainteresowanie Lewandowskim. „Chcemy takiego zawodnika”
- Pini Zahavi we Włoszech. Lewandowski zagra w Serie A?
- Szczęsny: Jeszcze mi się chce i jeszcze mogę